Nazwa użytkownika   Hasło   Pamiętaj mnie     Przypomnieć login?  

Wyszukaj w portalu

Submit to FacebookSubmit to Google PlusSubmit to TwitterSubmit to LinkedIn

 

 
 
ROSJA
Jerzy Zubelewicz
 
Podróż Sentymentalna
od 13 sierpnia do 3 września 2014r.
 
(dziennik)
 
Wstęp
Pomysł wyjazdu powstał dwa lata wcześniej, w trakcie zawierania znajomości z Aleksandrem Iskowskim. A kim jest Aleksander Iskowski? Lekarz z zamiłowania historyk i publicysta. Rosjanin pochodzący z Orenburga, obecnie mieszkający pod Moskwą. Człowiek, który opisał dzieje Julii Zubelewicz, siostry mojego dziadka Aleksandra Zubelewicza. Po przeczytaniu losów Julii, zrodziła się myśl odwiedzenia i zobaczenia miejsc, w których żyli i pracowali moi pradziadowie. Miejsca, gdzie rodziło się i chodziło do szkół pokolenie dziadka, czyli sam dziadek Aleksander i jego brat Michał oraz siostry: Maria, Julia, Zofia, Antonina i Jadwiga. W trakcie przygotowań do podróży, zapałałem chęcią zobaczenia również miejsc związanych z wojennymi przeżyciami mojego Taty Michała. Takim sposobem powstał obraz trasy, którą chciałem podróżować po Rosji. Powstało pytanie jak podróżować, gdzie nocować, gdzie i w jaki sposób spożywać posiłki? Zastanawiałem się nad tym dość długo. Nie znałem Rosji. Nie znałem bezpośrednio osób, które odwiedzały Rosję w ostatnim dziesięcioleciu, piętnastoleciu i mogły by mi cokolwiek podpowiedzieć. W pierwszej kolejności kupiłem kilka przewodników, książek z opowiadaniami podróżników. Zacząłem również intensywnie przeglądać strony internetowe wpisując hasła: „relacje z podróży po Rosji”, „jak podróżować po Rosji” itp. Koledzy w pracy zaproponowali również, abym skontaktował się z osobą pracującą w Urzędzie Marszałkowskim odpowiedzialną za kontakty z Rosją. Kilkakrotnie spotykaliśmy się na dość długie rozmowy. Zadawałem wiele pytań, na które otrzymywałem wyczerpujące odpowiedzi. Takim sposobem powstawał we mnie obraz Rosji, ludzi tam mieszkających, ich sposób życia, ich sposób przyjmowania obcych. Zrodziła się również myśl, w jaki sposób podróżować po tym olbrzymim kraju.
Wiedziałem, że podróżować będę musiał różnymi środkami transportu. Miały to być pociągi, autobusy, auto-stop. Biorąc w ręce mapę, wyliczyłem, że trasa będzie liczyła od Warszawy do Warszawy ok. 6,5 tys. km. Trudno mi było określić ile czasu spędzę w każdym z miejsc, które planowałem odwiedzić. Nie wiedziałem, ile czasu zajmie mi samo przemieszczanie się. Nie mogłem więc robić wcześniejszych rezerwacji hotelowych lub w jakichkolwiek innych miejscach noclegowych. Wyglądało na to, że wszystko będzie odbywało się tzw. „z dnia na dzień”.
W co zapakować swoje rzeczy na podróż? Co z sobą zabrać? Postanowiłem, że wybiorę się z plecakiem, namiotem i całym oprzyrządowaniem turystycznym. Z plecakiem będzie mi dużo łatwiej przemieszczać się do miejsc, do których chciałem dotrzeć. Namiot i sprzęt turystyczny będzie mi pomocne w sytuacjach, kiedy będą trudności ze zdobyciem miejsca noclegowego w hotelu, schronisku, kwaterze prywatnej. Szczególnie, że dowiedziałem się o niemal całkowitym braku infrastruktury turystycznej w Rosji. Znajomi w Olsztynie, przyjaciele, rodzina twierdzili, że to bardzo nierozsądnie z mojej strony podróżowanie w taki sposób. Zdecydowana większość osób, którym wspominałem o swoich planach twierdziła, że to nie jest dobry czas na podróże po Rosji, że jest tam niebezpiecznie, że Rosjanie mogą być wrogo nastawieni. Niektórzy mówili wprost „wariat”. Nic mnie nie zrażało. Zapadła decyzja, z której postanowiłem nie wycofywać się.
Zaczęło się zbieranie sprzętu, dalsze uzupełnianie wiedzy o Rosji i Rosjanach. W Internecie i u znajomych, którzy mają doświadczenie w tego typu wyprawach, dowiadywałem się w jaki sprzęt turystyczny należy zaopatrzyć się, na co zwracać uwagę. W końcu wiedziałem, ile powinien ważyć cały mój ekwipunek. Założyłem, że nie powinien przekroczyć 10 kg. A co tyle miało ważyć? Otóż: plecak, namiot, materac, śpiwór, sprzęt kuchenny, drobne narzędzia turystyczne i oczywiście odzież. Ekwipunek zbierałem poprzez zakupy w sklepach internetowych, w sklepach turystycznych w Olsztynie. W końcu wpadłem na pomysł, przy okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia w 2013 r., że napiszę list do Świętego Mikołaja. W liście wymieniłem wszystko to, co uznałem za niezbędne. Była to lista obejmująca ponad 20 różnych produktów, w bardzo różnym przedziale cenowym, ale rzeczy konkretnych marek, o konkretnych parametrach. Przede wszystkim chodziło mi o to, aby przedmioty były lekkie. Nie wiedziałem, czego mogę spodziewać się w Rosji, jak długo będę musiał nosić plecak na plecach. Takim sposobem od Św. Mikołaja otrzymałem dużą część wyposażenia, o które prosiłem. Wiosną zakończyłem kompletowanie sprzętu. Wszystko to co posiadałem położyłem na wagę. Wskaźnik pokazywał 6 kg (bez ubrań). Powiem szczerze, że byłem dumny z siebie, że udało mi się uzyskać tak niską wagę. Pomału skompletowałem ubrania.
Jaką obrać trasę? Wiedziałem, że najpierw musiałem znaleźć się w Moskwie. Następnie chciałem być w Orenburgu, Kazaniu, Siumsi, Kilmiez, Kirowie, Słobodzku i spowrotem do Moskwy. Chciałem również odwiedzić miejsca, w których był internowany w 1944 r. mój Tata tj. w Kałudze, Serednikowie, Oriechowo-Zujewie. Na całą podróż po Rosji przeznaczyłem trzy tygodnie.
Zacząłem myśleć o załatwieniu wizy rosyjskiej, o ewentualnych tanich miejscach noclegowych, o ewentualnym wykupieniu biletu do Moskwy. Na stronach internetowych znalazłem tanie hotele w Moskwie, Orenburgu, Kazaniu, Kirowie. O miejscach noclegowych w Internecie w małych miejscowościach nie było mowy. W zdobyciu wizy, bardzo mi pomógł znajomy w mojej pracy. Aleksander Iskowski zaoferował, że odbierze mnie w Moskwie na lotnisku i zakwateruje u siebie w domu. Wiedziałem, że pochodzi z Orenburga i że ma tam rodziców. W rozmowie na skype zapytałem, czy byłoby możliwe, żeby jego rodzice mogli mnie przygarnąć na przynajmniej dwa dni? Po konsultacji Aleksandra z rodzicami, otrzymałem dobrą wiadomość – rodzice mnie przyjmą. Miałem więc zapewnione noclegi w Moskwie i Orenburgu. O resztę miejsc zakwaterowania nie martwiłem się zbytnio. Przecież będę miał namiot. Aleksandra zapytałem jeszcze, jaki okres jest najlepszy do podróżowania po Rosji, dalekiej poduralskiej Rosji? Stwierdził, że sierpień. Czyli wiedziałem już w jakim okresie będę podróżował.
Teraz pytanie, jak dostać się do Moskwy? Rozważałem różne warianty. Pierwszy, że pojadę samochodem do znajomych do Mińska (Białoruś), a stamtąd pociągiem do Moskwy. Drugi wariant: z Warszawy pociągiem, a trzeci, że polecę samolotem. Pierwszy dość szybko upadł, ponieważ musiałem dodatkowo wyrabiać wizę tranzytową przez Białoruś. Także nie bardzo wiedziałem co zrobić z samochodem w Mińsku. Zostawić go komuś na głowie? Nie, nie wydało mi się to najszczęśliwsze rozwiązanie. Myślałem więc o podróży pociągiem bezpośrednio do Moskwy. Dlaczego? Namawiano mnie na podróżowanie rosyjskimi kolejami ze względu na niespotykany nigdzie indziej specyficzny klimat podróży. Zresztą, dawno już chciałem tego zasmakować. Kilka lat wcześniej chodziła mi po głowie podróż Koleją Transsyberyjską nad Bajkał. Czytałem wówczas relacje osób podróżujących rosyjskimi kolejami. Miałem obraz, czego można się spodziewać i jak wyglądają podróże koleją. Zacząłem dowiadywać się ile kosztują bilety kolejowe do Moskwy. Przy okazji dowiedziałem się ile kosztują bilety lotnicze. Okazało się, że przelot samolotem jest tańszy od pociągu. Zdecydowałem się polecieć samolotem. Przede wszystkim bardzo zyskałbym na czasie. Okazało się, że tanie loty odbywają się w dość niewygodnych godzinach. Znalazłem połączenie lotnicze w obie strony z przesiadką w Rydze. Wylot w Warszawy o godz. 6ºº rano, a powrót ok. godz. 23ºº. Jak dostać się do Warszawy i jak wracać z Warszawy do Olsztyna, a potem do Lamkowa? Znalazły się dobre dusze – Krzyśki (przyjaciele z Warszawy). Zaproponowali, żebym przyjechał przeddzień wylotu, a z samego rana, o pół do czwartej zawiozą mnie na lotnisko. OK.
Zbliżał się termin rozpoczęcia przygody życia. Praktycznie byłem już przygotowany. Bilety zarezerwowane, plecak niemal pełny, wstępna wizja pobytu w Rosji nakreślona. Pozostały jeszcze drobiazgi. Przypomniałem sobie o prezentach dla Aleksandra i jego rodziców oraz o gadżetach dla osób przypadkowo spotykanych, służących dobrą radą i pomocą. O te rzeczy zwróciłem się do Urzędu Marszałkowskiego i Starostwa Powiatowego w Olsztynie. Pomyślałem, że przy okazji mogę być osobą promującą Warmię i Mazury, tj. krainę w której żyję i pracuję. Tak się stało. Udało mi się zgromadzić dość pokaźną ilość drobnych pamiątek związanych wizerunkowo lub tematycznie z województwem warmińsko-mazurskim. Podarowano mi między innymi broszury o Warmii i Mazurach w wydaniach różnojęzycznych: w języku rosyjskim i angielskim. Rozpoczęło się ostateczne pakowanie całego ekwipunku. Cały czas myślałem, żeby waga plecaka nie przekroczyła 10 kg. Spakowałem wszystko. Ledwo zaciągnąłem wszystkie sznurki, zapiąłem wszystkie klamry. Plecak powędrował na wagę. Okazuje się, że ważył 19 kg. O, nie! Nastąpiło rozpakowywanie. Wszystkie rzeczy rozłożyłem na kanapie. Zacząłem zastanawiać się z czego zrezygnować. Z drugiej strony, miałem na uwadze, że na razie lecę do Moskwy. W Moskwie oddam część prezentów. Potem pojadę do Orenburga i tam ponownie zostawię trochę rzeczy. Plecak będzie już lżejszy. Ale mimo wszystko, z czegoś trzeba zrezygnować. Zrezygnowałem z części ubrań. Pomyślałem, że będzie ciepło, może tyle zmian ubrań nie będzie trzeba. Zrezygnowałem z kilku drobiazgów. Ostatecznie okazało się, że plecak ważył 17 kg.
W Olsztynie kupiłem bilet, wsiadłem do autobusu. W Warszawie spotkali mnie Jola i Krzysztof. Kolacja i wczesne pójście spać.
 
13 sierpnia (środa)
Dzień rozpoczął się bardzo wcześnie. Budzik w telefonie zerwał mnie z łóżka o godzinie 3. Drobne śniadanie. Krzysiek odwiózł mnie samochodem na lotnisko na Okęcie. Byłem nieco przed czasem odpraw pasażerów. Spokojnie czekałem. W trakcie odprawy okazało się, że muszę jeszcze wnieść opłatę za bagaż za plecak. Zgodnie z rozkładem, odlot miał nastąpić o godz. 6:10. Podstawiono turbośmigłowiec typu Bombardier Q400. Wsiadłem do samolotu. Dosyć wygodny. Lot do Rygi nie trwał długo. Samolot leciał niezbyt wysoko. Chyba na wysokości 3500-4000 m. Niebo było bez chmur. Nic nie zasłaniało pięknych widoków. Musieliśmy lecieć nad Warmią i Mazurami. Z góry widziałem jeziora, pola, lasy oraz miejscowości. W pewnym momencie wydawało mi się, że lecę nad Lamkowem. Przecież, nad Lamkowem przebiega droga powietrzna dla samolotów. Czasem widuje się turbośmigłowce. Poczułem dreszczyk emocji.
 
Ryga.
Przed wylądowaniem kołowaliśmy nad Bałtykiem. Samolot do lądowania podchodził od strony morza. Małe lotnisko. Przylecieliśmy punktualnie. Autobus podwiózł nas do terminalu. Bagaż automatycznie został przekierowany do samolotu, którym miałem kontynuować podróż do Moskwy. Uprzedzono mnie o tym na lotnisku w Warszawie. Z rozkładu lotów wiedziałem, że między przylotem do Rygi, a odlotem do Moskwy mam tylko 40 minut. W hali odpraw rozglądałem się, na którym stanowisku będę miał odprawę. Spojrzałem na świetlne tablice informacyjne, a tam nie ma lotu nr DT418, którym miałem lecieć. Wyświetlone były inne połączenia z Moskwą, ale różniące się o pół godziny w stosunku do godziny podanej na moim bilecie. Numery kursów również różniły się. Lekko zaniepokoiłem się. Zacząłem niespokojnie kręcić się po terminalu. Chciałem dowiedzieć się, co jest z moim kursem do Moskwy. Nie znalazłem punktu informacyjnego. Zdawałem sobie sprawę, że czasu jest niewiele. Samolotami zbyt często nie podróżowałem, stąd brak obycia lotniskowego i niepokój. W tej sytuacji, zdecydowałem się podejść do najbliższego, czynnego okienka odprawiającego pasażerów. Zacząłem dopytywać się o właściwe miejsce odprawy. Okazało się, że jestem w dobrym miejscu. Odetchnąłem. Przy słabej znajomości języka rosyjskiego, nie znając angielskiego, miałem odrobinę stracha. Nie ukrywam, myślałem, że mogę sobie nie poradzić w tej niepewnej sytuacji. Po odprawie wyszedłem na zewnątrz terminalu w oczekiwaniu na przyjazd autobusu. W trakcie oczekiwania, przyglądałem się swojemu biletowi, upewniając się jaki mam numer miejsca. W tym czasie mężczyzna stojący obok mnie, podejrzał, jakie zajmuję miejsce. Zwrócił się do mnie po rosyjsku z zapytaniem, czy możemy zamienić się miejscami? Nie widziałem przeszkód. Okazało się, że ów mężczyzna podróżował razem z żoną i sprzedano im bilety nie obok siebie. Przy okazji usłyszałem wiele miłych słów o Polsce, o Polakach, o zmianach gospodarczych jakie nastąpiły w Polsce. Miło było słyszeć o tym. Podjechał autobus. Tym razem lot odbywał się samolotem typu Boeing 737. W samolocie nie miałem rozmownych sąsiadów. Lot nie trwał długo.
W Moskwie byłem o godz. 12:20 czasu moskiewskiego, a więc cała podróż trwała ok. 4 godziny. Odprawa paszportowa upłynęła z uśmiechem na twarzy funkcjonariuszki służby granicznej. Otrzymałem dokument potwierdzający przekroczenie granicy Rosji. Przypomniano mi, żebym strzegł jego jak oka w głowie. Czytałem o tym przed wyruszeniem z Polski. Przestrzegano, że jest to bardzo ważny dokument. Bez niego, mogę mieć olbrzymie trudności przy wyjeździe z Rosji. Schowałem go więc w bezpieczne miejsce. Nie byłem zmęczony. Moskwa powitała mnie małym deszczem.
Na lotnisku Domodiedowo miał oczekiwać na mnie Aleksander. Byłem ciekawy, czy poznamy się wzajemnie. Widzieliśmy się wcześniej, ale tylko w trakcie dwóch rozmów na skype. Umówiliśmy się, że będziemy mieli ze sobą kartki z napisami dla rozpoznania. On kartkę z napisem po polsku „Witaj Jurek”, a ja po rosyjsku „Александр я здесь”. Odebrałem plecak, wyszedłem na halę, gdzie stał tłumek oczekujących na przybyłych pasażerów. Nie zdążyłem dokładnie rozejrzeć się, a przed sobą zauważyłem machającego do mnie rękoma Aleksandra. Poznałem go od razu. Nie zdążyłem wyciągnąć swojej kartki, Aleksander również. Powitanie było serdeczne. Aleksander zaprowadził mnie do samochodu. Zdjąłem z siebie plecak. Koniecznie jednak chciałem zrobić zdjęcie na lotnisku z przygotowaną przez siebie kartką powitalną. Poprosiliśmy przygodną osobę, aby sfotografowała nas obu.
Aleksander zapytał, co robimy dalej? Czy chcę zwiedzać Moskwę, czy najpierw pojedziemy do domu, abym mógł odpocząć? Zaproponowałem, żebyśmy dzisiaj jednak pojechali do domu. Chciałem zostawić plecak, umyć się. Drugie pytanie Aleksandra, czy jedziemy prosto do domu autostradą, czy bocznymi drogami? Zaproponowałem bocznymi drogami. Zawsze bardziej interesowało mnie obserwowanie życia z perspektywy normalnej zwykłej drogi, aniżeli z autostrady. Wiedziałem, że Aleksander mieszka pod Moskwą. Wydawało mi się, że Kaszira, miejscowość w której mieszka, jest oddalona od Moskwy ok. 40-50 km. Tymczasem jechaliśmy, i jechaliśmy i końca nie było widać jazdy. Po drodze skręciliśmy do miejscowości Stupino. Aleksander jest rozwiedziony. Jego była żona i córka mieszkają w Stupino. Chciał zapewne, abym poznał jego córkę Margaritę. Jest studentką II roku dziennikarstwa. Powitanie było bardzo sympatyczne. Zresztą, bardzo miła dziewczyna. Próbowaliśmy trochę rozmawiać z sobą. Aleksander uprzedził ją, że nie jestem zbyt biegły w języku rosyjskim, i żeby starała się mówić wolniej. O dziwo, sam zadawałem jej pytania. Ona odpowiadała, zadawała pytania, ja odpowiadałem. Wręczyłem jej przygotowane w Polsce, specjalnie dla niej pamiątki. Wiedziałem o jej istnieniu i niezależnie od tego czy doszłoby do spotkanie, czy nie, chciałem obdarować ją drobiazgami. Było to kilka drobnych rzeczy, raczej gadżetów. Spotkanie było krótkie. Pojechaliśmy dalej. Po drodze, Aleksander zatrzymał się, przy jakimś barze. Zafundował drobną przekąskę, coś w rodzaju zapiekanki z warzywami i wędliną,. Obsługa baru zawinęła bułkę w coś co przypominało papier gazetowy, nawet nie śniadaniowy. W smaku nie było to złe, ale sposób przygotowania i podania, lokal, obsługa, nie sprawiało miłego wrażenia. Przypominało to raczej stołówkę przyzakładową, jakie były w latach 70-tych w Polsce. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do supermarketu. Aleksander kupował pieczywo i coś do niego, soki. Zapytał co kupić z alkoholi, jakie mam życzenie? Odpowiedziałem, że chcę spróbować dobrego rosyjskiego piwa. Zaczął z półki zdejmować Heinekena i jakieś inne zachodnie marki. Nie – powiedziałem – chcę spróbować piwo rosyjskie. W końcu z półki zdjął dwie butelki piwa rosyjskiego (nie pamiętam nazwy). W trakcie korespondencji, jeszcze przed wylotem do Moskwy, zapytałem jego, czy w Rosji faktycznie tak dużo i w dużych ilościach spożywa się alkohol? Nieco obawiałem się tego zwyczaju. Stwierdził, że nie. Jeżeli nie chcę pić, nikt mnie do tego nie będzie zmuszał. Nie zdziwił się więc, że nie proponuję zakupienia mocniejszych alkoholi.
W końcu zajechaliśmy do Kasziry. Okazało się, że jest ona oddalona od Moskwy przeszło 100 km. Zapytałem Aleksandra, to Ty codziennie tak dojeżdżasz do pracy? Tak, – odpowiedział – ale nie codziennie muszę być w Moskwie. Co to za odległość, i droga dobra, autostrada. W pracy jestem po półtorej godzinie. Jak to, co to za odległość? – zapytałem. W Rosji to nie odległość – odpowiedział – w Rosji wszystko jest duże, a 100 km? Przyzwyczaisz się do tego.
Dom, do którego weszliśmy miał dwie kondygnacje: parter i piętro. Z zewnątrz wyglądał na budynek, który został postawiony w latach 30-tych ubiegłego stulecia. Wchodzimy do budynku. Ciemny korytarz, brudno, smrodliwie. Na suficie poprzyklejane zapałki, w ten sam sposób, jak to robiło się w dzieciństwie na klatkach schodowych w Warszawie. Zapaloną zapałkę rzucało się w górę z nasączonym tynkiem. Zapałka przyklejała się na suficie w koło zapałki tworzyła się czarna plama. W mieszkaniu było zupełnie inaczej. Czysto i estetycznie w dwóch pokojach i kuchni. Kuchnia malutka z oknem. Łazienka nieco mniej estetyczna, ciemna, o słabej wentylacji, z wanną bez umywalki. Dość długi korytarz w kształcie litery L.
 
Aleksander mieszka sam. Udostępnił mi duży pokój z tapczanem, na którym spałem. W mniejszym pokoju jest jego gabinet do pracy, ale nie medycznej. Tutaj pisze artykuły, tutaj szuka informacji w Internecie do swojej pasji jaką jest historia.
Zasiedliśmy w kuchni przy stoliku (widoczny na końcu korytarza). Zaczęliśmy rozmawiać. Staraliśmy się wzajemnie rozumieć. Ja dość często korzystałem z „tłumacza” w telefonie komórkowym. Często też wzajemnie mówiliśmy sobie, że „nie rozumiem”. Wówczas drogami pokrętnymi dochodziliśmy do zrozumienia. W międzyczasie Aleksander przygotowywał obiadokolację. Zaproponowałem mu swoją pomoc, ale nie chciał o tym słyszeć. W trakcie rozmowy pytał o Polskę, jak żyjemy, ile przeciętnie zarabiają Polacy, jakimi samochodami jeździmy itp. Padło też pytanie dotyczące konfliktu ukraińskiego. Starałem się przekazać swoje stanowisko oczywiście w oparciu o informacje jakie posiadałem, przekazywane przez polskie media. Nie był zdziwiony moją odpowiedzią. Stwierdził jednak, że zawierucha ukraińska powstała z winy Zachodu. Podczas innego wątku rozmowy powiedział, że „społeczeństwo rosyjskie nie umie samodzielnie analizować wydarzeń na świecie. Nigdy nie dano mu takiej możliwości. Społeczeństwo boi się samodzielnie myśleć i wypowiadać swoje myśli”.
Obiadokolację, a raczej mocną kolację zjedliśmy koło godz. 21. Aleksander przygotował duszone piersi kurczaka z różnymi przyprawami i warzywami. Było smaczne i chętnie zjadłem. Zapijałem zakupionym piwem, które niczym nie wyróżniało się od przeciętnych gatunków piw w Polsce.
Dzień był długi, bo zaczął się o 3 rano, a spać poszliśmy po godz. 23.
 
14 sierpnia (czwartek)
Pobudka o 8 rano. Śniadanie. Przypomniałem sobie, że muszę w ciągu tygodnia zameldować się w Rosji i otrzymać kartę meldunkową. Aleksander zdeklarował się, że pomoże mi w tym, ale jutro. W porządku, było jeszcze trochę czasu na dopełnienie tego obowiązku. Zapytał mnie również, kiedy wybieram się do Orenburga i na jak długo. Powiedział, że trzeba kupić bilet na pociąg i musi uprzedzić rodziców na ile dni planuję pobyt. Stwierdziłem, że dwa dni mi wystarczą. Skomentował, że to jest niemożliwe, że muszę być tam dłużej. Pojechaliśmy kupić bilet.
Aleksander postanowił pokazać mi Moskwę. Wsiedliśmy do samochodu marki Citroen C4 i pojechaliśmy. Początkowo zajechaliśmy obejrzeć Ogrody Katarzyny II na przedmieściach Moskwy. Piękne obiekty, ładnie odrestaurowane. Nie wchodziliśmy do pomieszczeń pałacowych. Były zamknięte. Jednakże obiekt zewnętrznie prezentował się okazale.
Pojechaliśmy dalej. Aleksander stwierdził, że nie ma sensu jechać samochodem do śródmieścia, ponieważ mogą być kłopoty z zaparkowaniem. Zaproponował, żebyśmy pojechali do najbliższej stacji metra i metrem do centrum. Zaparkowaliśmy kilkaset metrów od stacji metra. Szliśmy wzdłuż jakiegoś osiedla mieszkaniowego, blokowiska zabudowanego budynkami cztero i więcej piętrowymi. Na osiedlu było dużo zieleni. Drzewa, głównie topole, trawniki gdzie niegdzie zdeptane i niestrzyżone. Przed wejściem do metra ustawione były budki handlowe, stragany z odzieżą, produktami żywnościowymi, kwiatami, gazetami itp. Widać, takie miejscowe targowisko jak w wielu miastach w Polsce przy osiedlach mieszkaniowych.
Weszliśmy na stację metra Кантемировская. Kupiliśmy bilety, a raczej Aleksander kupił. Spojrzałem na plan metra i uznałem, że sieć metra w Moskwie jest olbrzymia. Akurat ta stacja niczym szczególnym nie wyróżniała się. Wystrój dość surowy. Jedynie długie schody w podziemie robiły wrażenie. Składy wagonów kursują często. Na peronie jest bardzo głośno w momencie wjeżdżania pociągu. Wsiedliśmy do wagonu. Zbyt wielu pasażerów nie było. Zauważyłem, że bardzo chętnie ludzie siedzący ustępują miejsce osobom starszym, a przede wszystkim kobietom. Piękny zwyczaj, który niestety w Polsce zanika. W wagonie czysto. Przed wjazdem na każdy następny przystanek metra, przez głośniki podawana była informacja o nazwie stacji, do której zbliżamy się i jaka będzie następna. Bardzo to ułatwiało poruszanie się metrem. Wysiedliśmy na stacji Площадь Революции, niedaleko Kremla. Poszliśmy na Plac Czerwony. Obeszliśmy go w koło. Na środku stawiano rusztowania pod przyszłą widownię. Podobno miał się odbyć międzynarodowy festiwal orkiestr wojskowych. Poszliśmy dalej zobaczyć Kreml. Ponownie mieliśmy pecha. Pomieszczenia muzealne w tym dniu były niedostępne dla turystów. Więc obeszliśmy wszystkie zabudowania i podziwiałem je z zewnątrz. Dużo przepychu, dużo złoceń, pięknie zadbane. Porównywałem z wyobrażeniem Kremla, jaki został utrwalony u mnie poprzez filmy o Moskwie, po obejrzanych albumach. Powiem jeszcze raz: przepych, złoto, potęga. Prawda, Moskwa nie była niszczona jak polskie miasta. Prawie wszystko mogło zachować się w stanie oryginalnym. Jedynie potrzebne były fundusze na konserwację, a widać, że rząd rosyjski i mer Moskwy nie żałują ich na Kreml.
Bardzo chciałem zobaczyć Arbat. Arbat to nazwa dzielnicy i jednej z głównych ulic starej części Moskwy, którą chętnie spacerują turyści. Ulica Arbat powstała w XIV-XV w., a okolice ulicy zamieszkiwali kupcy i rzemieślnicy, stąd nazwy licznych sąsiednich zaułków - Płotnikow (ciesielski), Sieriebriannyj, Dienieznyj (pieniężny). Rzemieślników wyparła w połowie XVIII w. moskiewska arystokracja. Dawno temu, dużo o dzielnicy i ulicy opowiadał mój wuj, który urodził się w Moskwie w 1904 r. Śpiewał o niej Bułat Okudżawa.
Ponownie wsiedliśmy do metra. Przejechaliśmy kilka przystanków i wysiedliśmy na pięknej stacji Арбатская. Stacja nie z tej epoki. Piękne sklepienia, malowidła, rzeźby, marmury. Bardzo mi się podobała i robiła wrażenie. Wszędzie czysto. Tylko ten hałas nadjeżdżających pociągów, mimo mojego przytłumionego słuchu, był mocno odczuwalny.
Długimi schodami wyjechaliśmy na powierzchnię. Ulica Arbat praktycznie jest deptakiem. Podobnie jak w Warszawie Krakowskie Przedmieście, czy w Krakowie ul. Grodzka, czy Floriańska. Tłumy ludzi. Duża ilość obcokrajowców. W tłumie byli oni rozpoznawalni – Azjaci. Wydawało mi się, że wśród małej grupki idącej ulicą słyszałem język włoski. Co raz można było spotkać ulicznych malarzy portreciaży, muzyków grających na gitarach, młodych muzyków (chyba studentów) grających muzykę peruwiańską. To znowu można było usłyszeć „harmoszkę” i pieśni patriotyczne rosyjskie. Gdzie niegdzie można było zobaczyć pokazy sprawnościowe. Po obu stronach ulicy wiele kamienic pamiętających XVIII, XIX wiek. Może były i starsze, ale nie jestem znawcą historii architektury i nie zwróciłem na to uwagi. Aleksander zwrócił natomiast moją uwagę na dom, w którym mieściło się Muzeum Puszkina i na pomnik Bułata Okudżawy. W kamienicach sklepy z pamiątkami, z odzieżą i nieraz bardzo renomowanych światowych firm. Podobał mi się spacer tym deptakiem, charakter ulicy, jej tętno życia. Spacerując ul. Arbat i sąsiednimi uliczkami, Aleksander pokazał mi miejsce swojej pracy. Przechodziliśmy również koło budynku, w którym mieści się Duma Rosji (Parlament). Z zewnątrz budynek wydał mi się groźny. Duża szara, ponura bryła, żadnych elementów na elewacji dających poczucie swobody, lekkości. Poza tym obecna sytuacja polityczna, odbiór przez Polaków i inne narody świata decyzji, jakie były podejmowane w tym miejscu, być może spotęgowało mój odbiór tego obiektu.
Pieszo po Moskwie zrobiliśmy dobrych kilkanaście kilometrów. Czuło się je w nogach. Postanowiliśmy wracać do Kasziry. Po drodze drobne zakupy żywnościowe. W domu Aleksander zajął się przygotowywaniem posiłku, ale nie chciał nawet słyszeć o mojej pomocy. Prawdę mówiąc, czułem się trochę nieswojo. Nie dość, że nie dopuszczał mnie do udziału w codziennych czynnościach domowych, to nie dawał mi za nic płacić. Za każdym razem proponowałem, a nawet nalegałem, że ja zapłacę za bilety, za posiłek w mieście, za zakupy artykułów żywnościowych. Nawet nie było o tym mowy. Wydawało mi się, że jeżeli dłużej będę nalegał, jest skłonny obrazić się. Do tego wszystkiego kupił mi bilet na pociąg do Orenburga i również nie dał się przekonać, że to moja podróż i że jestem na nią finansowo przygotowany. Nic z tego, kupił i już.
Zjedliśmy obiadokolację, ale bardziej chyba była to ponownie mocna kolacja. W trakcie sączenia jednego kieliszka brendy, rozmawialiśmy o spostrzeżeniach dzisiejszego dnia. Chciałbym w tym momencie napisać, że tak, jak na co dzień nie należę do ludzi wiele mówiących, tak tym razem nie zamykały mi się usta i to mówiąc po rosyjsku. Nie twierdzę, że przychodziło mi to łatwo. Moja znajomość języka rosyjskiego, zmuszała mnie do głębokiego penetrowania w moją pamięć i przypominania słówek rosyjskich. Oj, nie jest to lekka praca. Ale, jeżeli już udawało mi się przekazać swoje myśli, byłem bardzo usatysfakcjonowany. W trakcie dzisiejszego spacerowania, zwracałem uwagę na marki samochodów jakie jeżdżą po Moskwie. Są praktycznie prawie takie same jak w Polsce. Jest może przewaga samochodów koreańskich, japońskich, francuskich, nieco mniej niemieckich. Jeździ także sporo Ład, starych i nowych, których modele nie są spotykane na rynku europejskim. Aleksander zwracał również uwagę na samochody chińskie. Mówił, że ludzie je kupują, bo są stosunkowo tanie, ale nie mają serwisu i są olbrzymie problemy z częściami. W trakcie powrotu do Kasziry, Aleksander pokazywał mi zakłady firmowane przez znane koncerny europejskie. Pomyślałem sobie, co z tym embargiem nałożonym na Rosję, skoro normalnie odbywa się tam produkcja?
Wieczorem, Aleksander telefonował do Orenburga, poinformował rodziców, o której godzinie przyjadę. Poumawiał mnie na spotkania z redakcją czasopisma „Гостинный Двор”, ze Stowarzyszeniem Polonii w Orenburgu „Czerwone Maki”.
Spać poszliśmy ok. godz. 23 czasu moskiewskiego, czyli o 1 w nocy czasu warszawskiego. Jak na moje wymagania dotyczące snu, była to bardzo późna pora.
 
15 sierpnia (piątek)
Pamiętałem, że tego dnia były pierwsze urodziny Leosia (wnuka). Wysłałem życzenia SMS-em.
Wstaliśmy dość późno. Upał był niewiarygodny. Po wczorajszym dniu, kiedy to było pochmurno i wcale nie upalnie, dzisiaj od rana temperatura była znacznie wyższa. Poranny prysznic dobrze zrobił. Aleksander proponował, abym korzystał z jego środków myjących, ale wolałem jednak swoje. Z domu zabrałem ze sobą praktycznie wszystko, co potrzeba. W łazience bardzo mnie dziwiło, że cały czas są gorące grzejniki, mimo takiego upału na zewnątrz. Widocznie koszt z korzystania energii cieplnej nie jest wysoki, skoro w środku lata, przy takiej temperaturze, są gorące grzejniki w łazience.
Jak zwykle, o ile można tak stwierdzić trzeciego dnia pobytu w Moskwie, Aleksander zajął się posiłkiem. Tym razem była kasza pszeniczna na mleku, z masłem i ziemniakami. Nie było to złe. Należy przyznać, że Aleksander ma dryg do gotowania i chyba lubi tą czynność.
Potem zostawił mnie samego w domu. Pojechał zameldować mnie. Wspominałem wcześniej, że w ciągu tygodnia każda osoba przyjeżdżająca z zagranicy ma obowiązek zameldować się. Z chwilą, gdy nie mieszkam w hotelu (w hotelach meldunek dokonywany jest automatycznie), turysta musi zameldować się w Biurze Meldunkowym lub na poczcie wykupując i wypełniając odpowiedni druczek. Aleksander stwierdził, że moja obecność w trakcie meldowania na poczcie jest nie potrzebna, ponieważ nie muszę składać żadnych podpisów, a jedynie on, jako osoba, u której zatrzymałem się. Dałem więc swój paszport i pojechał. Wracał ze dwa razy, ponieważ nie miał jednak wszystkich moich danych potrzebnych do wypełnienia druku. I znowu, chciałem oddać mu pieniądze za koszty, jakie poniósł podczas meldunku, niewielkie, ale zawsze kilkaset rubli. Tylko machnął ręką. Dla mnie była to jednak bardzo ważna sprawa do załatwienia. Serdecznie podziękowałem.
Pojechaliśmy do Stupino. Mieliśmy się spotkać z Margaritą. Margarita i Aleksander chcieli mi pokazać miasteczko. Tak naprawdę, bardziej chyba chodziło o spotkanie się niż o zwiedzanie. Trochę chodziliśmy uliczkami i po placach, ale na dobrą sprawę niczego ciekawego nie było. Może chcieli pokazać jak wyglądają w Rosji miasta kilkudziesięciotysięczne? Miasteczko sprawiało wrażenie czystego. Było osiedle z domami wyglądającymi z okresu XIX wieku, ale wytłumaczono mi, że zostały wybudowane w połowie XX wieku i najbliższym czasie będą wyburzane. Rzeczywiście ruinki. Pokazano mi centrum z ładną fontanną. Trochę w stylu francuskim lub włoskim, a może rosyjskim z XVII czy XVIII wieku. Nie pasowała do otoczenia, w którym znajdowała się. Chodząc po miasteczku wskazano mi miejsce, gdzie znajdują się czynne i odwiedzane łaźnie miejskie (banie). Zajrzeliśmy do domu kultury. Zapytano mnie, czy mam chęć na lody. Czemu nie. Wraz z tą propozycją przypomniało mi się, jak mój Tata opowiadał w latach 50-tych, 60-tych, gdy przyjeżdżał z podróży służbowej z Moskwy, że lody jadało się tam na okrągło o każdej porze roku i że były bardzo smaczne. Wsiedliśmy do samochodu i zajechaliśmy do Mc Donalda. Bardzo byłem sfrustrowany. Poczułem jakby Mc Donald miał być pewną wizytówką, którą należy pokazać i zaprowadzić gościa z Polski. To tak, jak kiedyś w 1990 r. znalazłem się w Brukseli i zaprowadzono mnie do Mc Donalda. Ale wówczas była to nowość na europejskim rynku. Zjadłem lody, ale nic nadzwyczajnego. Zajechaliśmy na pocztę. Margarita chciała odebrać przesyłkę. Były to zeszyty 100 kartkowe zamówione w sklepie internetowym. Spojrzałem na nie i przypomniały mi się czasy szkoły średniej w latach 60-tych. Niczym te zeszyty nie różniły się od tamtych. Miękkie szare okładki, papier raczej żółtawy. Pomyślałem, a może po powrocie wysłać jej z Polski ładne tego typu zeszyty? Poprosiłem o adres. Zapytałem, jakie byłyby najprzydatniejsze tzn. czy w linię czy w kratkę. Margarita powiedziała, że najbardziej ucieszyłaby się z czystych, bo takie bardzo trudno kupić. Powiedziałem OK.
Wróciliśmy do Kasziry. Aleksander zaczął przygotowywać obiad. Dzisiaj była w planie faszerowana papryka. Szybko się z tym uwinął. Ponownie, zostałem zaskoczony umiejętnościami kucharskimi Aleksandra. Papryka była pyszna, prawie taka sama w smaku jak u mnie w domu robiona przez Barbarę (małżonkę).
Spakowałem plecak. Był już nieco lżejszy o prezenty dla Aleksandra i dla Margarity oraz dla sympatii Aleksandra. Nie miałem okazji jej poznać. Nie spakowałem albumów o Moskwie, którymi zostałem obdarowany przez Aleksandra, bo miałem jeszcze wrócić do niego. Aleksander przygotował mi potężną wałówkę na podróż z sokami i wodą. Trochę buntowałem się mówiąc, że w podróży nie jadam. Nie dał się przekonać. Musiałem wziąć ze sobą dodatkową reklamówkę.
Wyjechaliśmy do Riazania. Riazań – miasto, w którym więziono aresztowanych przez NKWD 1944-1945 oficerów AK i działaczy niepodległościowych. Moja podróż do Orenburga miała się zacząć właśnie w Riazaniu. Nie trzeba było jechać do Moskwy. Z Riazania było wygodniej dojechać, a i Aleksander chciał mi choćby trochę pokazać to miasto. Z domu wyjechaliśmy nieco wcześniej, aniżeli wskazywałby czas podróży, żeby zdążyć przed odjazdem pociągu zobaczyć choćby część miasta. Jadąc samochodem mijaliśmy wioski, miasteczka. Droga nie była zła. Szeroka, gładka i niemal nie było ruchu. Przejeżdżaliśmy przez dwudziestokilkutysięczne miasteczko Зарайск (Zarajsk). Niewielka mieścina. Aleksander mówił mi, że jest to bardzo stare rosyjskie miasto. Historia jego sięga XII wieku. Nie zatrzymywaliśmy się. Przejechaliśmy koło Kremla w Zarajsku, wąskimi ulicami koło resztek starych, rozpadających się kamienic. Zapytałem Aleksandra, dlaczego zabytki są w takim stanie? Przecież, po odbudowie, renowacji mogłaby to być perełka ściągająca turystów. Czy nie ma pieniędzy na to? Dowiedziałem się, że pieniądze są, ale nikogo to nie interesuje. W Rosji nie ma turystyki wewnętrznej. Rosjan nie interesują ich własne zabytki. Oni chętniej jeżdżą do Azji Wschodniej, czy Azji Południowej. Bogatszych bardziej interesuje Europa czy Ameryka. Bardzo się zdziwiłem tą wypowiedzią, przecież na całym świecie z turystyki są duże pieniądze.
Do Riazania przyjechaliśmy dwie godziny przed odjazdem pociągu. Było trochę czasu na zwiedzanie. Zatrzymaliśmy się przed Kremlem Riazańskim. Kreml wraz z soborami powstawał w XV wieku. Świetność przeżywał w XVII wieku. Na terenie kremla były widoczne ślady prowadzonych prac wykopaliskowych. Wiele budynków z zewnątrz było odmalowanych, co świadczyło o prowadzonych pracach konserwatorskich. Muzeum, niestety, było zamknięte. Przechadzając się dziedzińcem Kremla, zastaliśmy trochę bałaganu na dziedzińcu. Usypane hałdy ziemi, rozkopane rowy. Może były to pozostałości po wykopaliskach i pozostałości po bieżących konserwacjach. Bądź co bądź takie widoki kłuły trochę w oczy, przy tej klasie zabytku.
Zbliżał się czas odjazdu pociągu. Ja prawdę powiedziawszy, zacząłem „w miejscu dreptać” z lekkim niepokojem, czy zdążymy na pociąg. Nieśmiało dopytywałem się, jak daleko jest dworzec kolejowy od Kremla? Aleksander uspakajał mnie, że wszystko jest pod kontrolą. Faktycznie, zdążyliśmy przed przyjazdem pociągu. W Riazaniu zatrzymywał się na kilka minut. Pociąg podjechał. Znaleźliśmy odpowiedni nr wagonu. Przed wagonem stała konduktorka, a raczej opiekunka wagonu i sprawdzała bilety wraz z paszportem. W wagonie znalazłem swoje miejsce. Wagon niby z przedziałami, ale bez ścianki z drzwiami. W każdym przedziale po cztery leżanki. Na korytarzu przy oknie, naprzeciwko każdego z przedziałów dwa miejsca ze stolikiem między nimi. Jedno takie miejsce zająłem ja. Po raz pierwszy miałem sposobność podróżowania rosyjskimi kolejami. Nie bardzo znałem zwyczaje podróżnych, sposób poruszania się w wagonie, co gdzie jest, co można, a czego nie można. Nowe wyzwanie. Usiadłem na swoim miejscu. Nie bardzo wiedziałem co zrobić ze swoim bagażem (plecakiem). Nie bardzo widziałem, gdzie jest miejsce na bagaż. Czytając reportaże podróżników przez Rosję, wypowiadali się, że bagaże chowa się pod siedzeniami. Spojrzałem pod swoje siedzenie. Nie, tam mój plecak nie zmieści się.
trochę miejsca pod leżanką w przedziale. Zapytałem, czy ewentualnie mogę tam schować plecak? Usłyszałem – proszę, jest wolne miejsce. Sprawa bagażu załatwiona. Następna sprawa, jak spać na korytarzu, przecież czeka mnie podróżowanie ponad 22 godziny. Jest po godzinie 20-tej. Przede mną cała noc. Słyszałem, że wszyscy pasażerowie mają miejsca do spania. Nic, postanowiłem jeszcze trochę poczekać, może sprawa sama się wyjaśni. Dobrze zrobiłem. Niedługo, pasażerowie mający miejsca na korytarzu, zaczęli rozkładać miejsca do leżenia. Okazało się, że stolik składało się tak sprytnie, że tworzyła się z niego środkowa część leżanki. Nad oknem rozkładała się druga leżanka, na której miał miejsce pasażer siedzący z drugiej strony stolika. Materace na leżanki w korytarzu były złożone w przedziale. Tam też była przygotowana bielusieńka pościel hermetycznie zafoliowana. Byłem coraz bogatszy w wiedzę. Na pójście spać było jeszcze za wcześnie. Zacząłem rozglądać się po wagonie, spoglądać na pasażerów siedzących w przedziale. W przedziale naprzeciwko mojego miejsca były cztery kobiety. Bardzo żywo rozmawiały między sobą. Nie wszystko rozumiałem o czym mówią. Po ich sposobie zwracania się do siebie i pojedynczych słowach, czy zwrotach nabierałem przekonanie, że są dobrymi znajomymi. Może są związane rodzinnie, a może serdecznymi koleżankami z pracy, a może przyjaciółkami w życiu prywatny. Wzajemnie częstowały się swoimi wypiekami, swoimi produktami żywnościowymi. Popijały herbatę albo kawę z takich samych naczyń, czyli ze szklanek w takich samych podstawkach. Myślałem, że któraś z nich wzięła na podróż taki zestaw. Miałem ochotę dołączyć się do rozmowy, ale nie miałem odwagi wtrącać się w ich rozmowy. Zaczęło się ściemniać. Zbliżała się godzina 22. Zaczęto ścielić łóżka w przedziale. Pasażer siedzący ze mną również rozłożył swoje łóżko nade mną. Panie z przedziału wskazały mi, gdzie jest moje posłanie. Pan z góry pokazał jak rozkłada się moja leżanka. Wziąłem materac, kołdrę, poduszkę i pościel. Okazało się, że w zestawie pościeli był cały komplet: prześcieradło, powłoka na kołdrę, powłoczka na poduszkę i biały ręcznik.
Na korytarzu rozpoczął się spory ruch. Podróżni z kosmetyczkami szli do ubikacji wagonu, umyć się i przygotować się do snu. Panie i panowie wracali w piżamach lub lekkich dresikach. Zupełnie nie byłem na coś takiego przygotowany. Moja piżama była głęboko w plecaku. Całe szczęście kosmetyczka była łatwo dostępna. Wyczekałem moment i sam powędrowałem do ubikacji. Dużo większe pomieszczenie niż w polskich wagonach. Swobodnie można było umyć się, także przebrać się. Było naprawdę czysto mimo, że przede mną przewinęło się sporo osób. Niestety, ja nie miałem się w co przebrać, więc zostałem w tym w czym byłem ubrany. Trochę mi było głupio: kłaść się w ubraniu w czystą pościel, ale buty zdjąłem. Trudno. Ogólne spanie w wagonie nastąpiło po godz. 22. Korytarzem coraz mniej ludzi chodziło i spokojnie można było próbować zasnąć. Okazało się, niestety, że leżanka była o 10-15 cm za krótka. Musiałem leżeć z przykurczonymi nogami.
Pociąg jechał dość wolno jak na pośpieszny. Fakt nie zatrzymywał się. Chyba w nocy przyśpieszył.
 
16 sierpnia (sobota)
Koło godz. 7 rozpoczął się w wagonie poranny ruch pasażerów do toalety, po gorącą wodę do kawy, herbaty itp.. Oczywiście cały czas operuję czasem moskiewskim. Okazuje się, że w całej Rosji od Sankt Petersburga po Władywostok, rosyjskie koleje podróżują według czasu moskiewskiego. Wszędzie na dworcach zegary wskazują dwa czasy: moskiewski i lokalny. Na rozkładach jazdy podane są godziny przyjazdów lub odjazdów pociągów według czasu moskiewskiego.
Wracam jednak do swojej podróży. Zobaczyłem, że pan śpiący nade mną już wstał. Również postanowiłem zerwać się i po złożeniu swojego legowiska, udostępniłem mu miejsce do siedzenia. Kilka razy próbowałem go zaczepić jakimś pytaniem, ale nie był skory do rozmów. Natomiast cztery kobiety podróżujące w przedziale naprzeciwko mojego miejsca, chyba były zainteresowane moją osobą. Miałem wrażenie, że zauważyły jak próbowałem zaczepiać swojego sąsiada i zwróciły chyba uwagę na mój nieskładny rosyjski. Zapytały gdzie jadę, skąd jadę itd. Zaproponowały, abym przysiadł się bliżej.
Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że jadą z Moskwy, gdzie pracują. Pracują tam, ale rodziny jednych były w Samarze, innych w Orenburgu. Cztery kobiety, ale nie były ani ze sobą spokrewnione, ani koleżankami z pracy, jak wcześniej sądziłem. Jechały, jak mówiły do domu, do mężów, do dzieci. Podróżowały tak co dwa tygodnie, czasem rzadziej. Zaproponowały mi wspólne jedzenie śniadania. Podziękowałem. Wyciągnąłem, to co przygotował mi Aleksander. Jedynie miałem kłopot ze zrobieniem sobie kawy czy herbaty. Swój składany, turystyczny kubek miałem schowany w plecaku. Zacząłem się grzebać w plecaku. Jedna z współpasażerek zapytała, czego szukam? Kubka do zrobienia sobie kawy – odpowiedziałem. A dlaczego nie idziesz do obsługi wagonu? – zapytały – przecież tam dostaniesz szklankę z podstawką. Faktycznie, otrzymałem szklankę z prawdziwą rosyjską podstawką. Zaparzyłem sobie kawę. Miałem saszetki turystyczne z rozpuszczalną kawą. Nie zdążyłem wyjąć swoich kanapek, kiedy na stole pojawiło się mnóstwo pierożków, naleśników, ciasteczek. Każda z pań chciała mnie czymś poczęstować. Również dzieliłem się z tym co miałem. A miałem saszetki z kawą, z herbatą, zupki „gorący kubek”. Okazało się jednak, że nie były to jakieś atrakcje dla współpasażerek. Niektóre miały podobne, a inne mówiły, że takie rzeczy są w Rosji. Więc postanowiłem obdarować je drobnymi gadżetami, jakie miałem ze sobą. Zrobiło się bardzo sympatyczne. Zrodziła się niemal rodzinna atmosfera. Panie opowiadały o swoich rodzinach, gdzie pracują, jak się im żyje. Ja natomiast opowiadałem o Polsce, o Warmii i Mazurach, o naszych przemianach i osiągnięciach gospodarczych i cywilizacyjnych. Czas podróży mijał błyskawicznie. Teraz dokładnie nie pamiętam, ale koło południa dojeżdżaliśmy do Samary. Usłyszałem – proszę popatrzeć przez okno, przejeżdżamy przez rzekę Wołga. Rzeka robiła wrażenie. Potężna, niemal nie widać było drugiego brzegu, bardzo duże rozlewiska. Pół godziny później byliśmy na dworcu w Samarze. Okazało się, że tutaj wysiadały dwie współpasażerki. Okazało się również, że w Samarze pociąg dłużej stoi na dworcu. Wymieniają lokomotywy. Wysiadłem z wagonu wyprostować nogi, zobaczyć otoczenie. Dopiero teraz miałem okazję zobaczyć jak długi jest skład pociągu. Nie liczyłem wagonów, ale musiało ich być grubo ponad 20. Z zewnątrz wyglądały na czyste i nowoczesne. Przy peronie stał jeszcze drugi pociąg jadący w przeciwnym kierunku. W około było czysto. Na peronie stały różne kioski. W kilku były artykuły żywnościowe. W jednych można było kupić kanapki, gorące bliny, gorące i zimne napoje. W innych przeważały artykuły pamiątkarskie, ale również były słodycze. Podobno Samara słynie w Rosji z doskonałej czekolady podobnie jak w Europie Bruksela. Rzeczywiście, miałem okazję spróbować czarną, gorzką czekoladę – bardzo smaczna.
Przechadzałem się po peronie, kiedy jedna z pań z przedziału podeszła do mnie i wręczyła zakupiony na dworcu gadżecik – zdjęcia Samary z magnesem do zaczepienia na lodówce, czy innych metalowych przedmiotach. Miłe to było i takim gestem byłem zaskoczony.
W trakcie jazdy od czasu do czasu spoglądałem przez okno. Były widoczne duże przestrzenie najczęściej nieużytków. Pociąg czasem zwalniał zbliżając się do niewielkich przystanków, na których nie zatrzymywał się, ale można było łatwiej dostrzec mijane małe miasteczka, wioski, osiedla. Małe stacyjki miały najczęściej współcześnie wybudowane budynki infrastruktury dworcowej. W miasteczkach budynki budowane były najczęściej z wielkiej płyty. Zabudowę wiosek i osiedli stanowiła stara drewniane domy. Ich obejścia nie były utrzymane w idealnym porządku. Niedbale postawione płoty, duża ilość wyrośniętych chwastów, bałagan na podwórkach. Domy pokryte eternitem – bardzo częsty widok. W Polsce również zdarzają się takie widoki, ale dzisiaj są już coraz rzadsze.
Pociąg dojeżdżał do Orenburga. Nie wiadomo kiedy upłynęło dwadzieścia kilka godzin. Przed tą podróżą wydawało mi się, że będzie ona trwała wieki. Miałem w pamięci jazdę, co prawda autobusem, do Brukseli (20 godzin). Bardzo mi się wówczas dłużyła podróż. Tym razem mijała niepostrzeżenie, w miłym towarzystwie i nadzwyczaj bezpiecznie. Przed wyjazdem do Rosji w jakimś z reportaży przeczytałem, że w trakcie podróżowania trzeba baczną uwagę zwracać na bagaże – lubią znikać. Ja nawet przed wyjazdem miałem przygotowaną specjalną stalową siatkę, którą zakłada się na plecak i zaczepia do konstrukcji wagonowych.
Pomyślałem sobie, jak dobrze, że nie wziąłem tego ze sobą. Po pierwsze, zwiększyłbym sobie wagę plecaka, a po drugie, wygłupiłbym się w oczach innych współpodróżnych. Jaką wyrobiłbym sobie opinię? Jeszcze dzisiaj myślę, że byłby to niezły obciach!
Przed wyjściem z wagonu, trzeba było oddać pościel, poduszkę, ręcznik i szklankę z podstawką. Wzięliśmy swoje bagaże, pożegnaliśmy się wzajemnie. W tym momencie otoczka przyjaźni utworzona w przedziale pękła jak bańka mydlana. Obie panie i ja rozeszliśmy się swoimi drogami.
Dojechałem do Orenburga według czasu moskiewskiego o godz. 18³°, a czasu orenburskiego o godz. 20³°. Spoglądałem z okna na peron. Od Aleksandra wiedziałem, że na spotkanie ze mną miał przyjść jego tata, ale nie wiedziałem jak wygląda. Spoglądałem na osoby stojące przed wyjściem z wagonu i typowałem, z kim będę się witał, z jaką osobą tam stojącą? Jedna z nich wydała mi się, że może być ojcem Aleksandra. I dobrze odgadłem. Był to tata Aleksandra Jewgienij. Obok stała jego córka, czyli Ałła, siostra Aleksandra. Nie wiedziałem o jej istnieniu. W trakcie naszych rozmów Aleksander nie wspominał, że ma siostrę. Przywitaliśmy się i poszliśmy poza dworzec. Podobno miała czekać na nas, zamówiona wcześniej przez Ałłę, taksówka. Stały różne taksówki, ale żadna z nich nie była właściwa. Starano się telefonicznie dowiedzieć jak wygląda sytuacja. Stale nic nie podjeżdżało. Oczekiwanie na taksówkę trwało już ok. pół godziny. A na zewnątrz upał niewiarygodny, grubo powyżej 30º. Plecak mi zaczął ciążyć. W końcu Jewgienij zauważył, że podjechał odpowiedni autobusik, który może nas dowieźć na miejsce. Zdecydowano, że jedziemy nim i wszyscy biegiem. W trakcie oczekiwania, zwróciłem uwagę, że pod dworzec podjeżdżają same małe autobusiki, trochę większe od mikrobusów, ale zdecydowanie mniejsze od normalnych autobusów. Część ich stanowiły pojazdy zbudowane chyba jeszcze w latach osiemdziesiątych, ale były i nowsze. Wsiedliśmy do jednego z tych nowszych, ale nie wsiadła Ałła. Stwierdziła, że nie ma czasu i musi jechać do siebie do domu. Dość długo jechaliśmy. W końcu Orenburg nie jest małym miastem. Liczy ponad pół miliona mieszkańców. Rodzice Aleksandra nie mieszkali w centrum. Po wyjściu z autobusu, Jewgienij prowadził osiedlowymi asfaltowanymi uliczkami bez chodnika. Wzdłuż było kilka drewnianych parterowych domów i w końcu pojawiło się osiedle wyższych, czteropiętrowych bloków mieszkalnych. Między domami rosły drzewa o liściach jakby
Przed dworcem kolejowym w Orenburgu ich zieleń lekko osiwiała. Może to efekt panującego w Orenburgu klimatu (kontynentalny), a w związku z tym duże upały przy bardzo suchym powietrzu.
Weszliśmy do klatki schodowej, a wygląd jej był taki jak to w starych blokach tj. niezbyt czysto, schody betonowe. Drzwi mieszkania na trzecim piętrze otworzyła nam mama Aleksandra. Od razu wydała się bardzo sympatyczną starszą panią. Serdeczne powitanie. Zostałem zaproszony do środka. Niewielkie mieszkanko. Trzy pokoiki. Salonik ok. 16 m², a pozostałe niecałe 10 m². Widna kuchnia i oddzielne łazienka i ubikacja. Umeblowanie skromne, ale wraz z wystrojem, można było odnieść wrażenie, że mieszkają tutaj ciepli i serdeczni ludzie. Zaprowadzono mnie do pokoju, który miałem zająć. Do pokoiku wchodziło się z salonu. Miałem do dyspozycji tapczanik, półki w szafie. Z półek nie skorzystałem. Swoje rzeczy miałem poukładane w plecaku i nie było potrzeby przekładać je w inne miejsce. Na ścianie dywan. Jakże mi przypominał dom w Białymstoku u Babć, a szczególnie w pokoju Babci Julci.
Umyłem się i zostałem zaproszony na kolację. Z plecaka wyjąłem drobne upominki dla Walentyny i Jewgienija. Widziałem, że byli nieco zażenowani, że mam coś dla nich. Ucieszyli się. Następnie zapytano mnie, czy nie przeszkadza mi, abyśmy zjedli ją w kuchni. Odpowiedziałem, że nie. Stwierdziłem nawet, że nie chcę swoją osobą przysparzać zbyt wielu kłopotów i chcę się poczuć jak u siebie w domu, więc jedzenie w kuchni jest dobrym pomysłem. Na kolację została podana faszerowana papryka, duszona młoda kapusta z kawałkami wieprzowiny. Bardzo smacznie było przygotowane. Jewgienij postawił na stole pół litra wódki niezbyt mocnej (tak mi się wydawało). Tak jak na różnych rosyjskich filmach pokazuje się, wódka została rozlana do szklaneczek 100ml. Całe szczęście, że nie trzeba było tego wypić do dna. Przy okazji przeszliśmy na „ty”.
Przy stole rozmawialiśmy dość długo o różnych rzeczach. Ich interesowała Polska, ja pytałem czym oni zajmowali się w pracy zawodowej, jak się im żyje itp. Dowiedziałem się, że Jewgienij był najpierw robotnikiem, potem majstrem, a następnie kierownikiem w zakładzie napraw taboru kolejowego. Natomiast Walentyna była nauczycielką. Oboje są już na emeryturze. Dowiedziałem się, że Jewgienij ma już 82 lata. Walentyna jest od niego kilka lat młodsza.
Z Warszawy wyjechałem po ledwo wykurowanym zapaleniu płuc. Cały czas dokuczał mi jeszcze kaszel, szczególnie przy dłuższych rozmowach. Tym razem było podobnie. Sam się dziwiłem, że tyle mogę mówić i to po rosyjsku. W pewnym momencie staruszkowie stwierdzili, że całkiem dobrze radzę sobie z językiem rosyjskim. Mocno mnie to podbudowało, ale i zdziwiło, chociaż sam znałem swoje możliwości językowe. Przecież pamiętałem tylko kilkadziesiąt słów, z których budowałem zdania w celu przekazania swoich myśl. Widać robiłem to całkiem, całkiem, ale ile mnie to kosztowało wysiłku, to tylko ja o tym wiedziałem.
Spać poszliśmy koło północy.
 
17 sierpnia (niedziela)
Wstałem koło godz. 8ºº. Nie była to dobrze przespana noc. Wysoka temperatura powietrza dawała się we znaki. W nocy chyba nie było dużo poniżej 30º. Wierciłem się, szukałem chłodniejszego miejsca. I po chwili ponownie wszystko robiła się gorące. Nie byłem przyzwyczajony do takich temperatur.
Walentyna przygotowała śniadanie. Ranek był naprawdę gorący. W kuchni okna były zamknięte, przysłonięte zasłonami, a dla wymiany powietrza otwarty był mały lufcik. Zapytałem, jaka jest temperatura? Usłyszałem – 35º. Przysiadłem. Pomyślałem – przecież jestem dużo bardziej na południe od Warmii i Mazur i nie powinienem się dziwić. Tutaj ma wpływ gorący stepowy klimat. Do śniadania usiedliśmy przy niewielkim stoliku w kuchni. Podane zostały wędliny, miód, swojej roboty powidła śliwkowe, sery, duszona kapusta. Obowiązkowo trzeba było zjeść świeżo usmażone bliny. Dobra czarna kawa podana do śniadania dobrze zrobiła po nieprzespanej nocy. Gospodarze pytali, co się je w Polsce na śniadanie, ile co kosztuje i czy sami robimy jakieś przetwory? Omówiliśmy również plan działania na bieżący dzień. Powiedziałem, że chciałbym pochodzić po mieście, zorientować się jak wygląda, jaki ma charakter miasto. Jewgienij stwierdził, że do centrum jedzie ze mną. Chce mi pokazać miasto. Bardzo było mi miło, że padła taka inicjatywa, ale… Właśnie „ale”. Przecież był niesłychany upał, a Jewgienij jest starszym człowiekiem, czy da radę fizycznie? Zaproponowałem, że może jednak sam pojadę po wskazaniu jakimi numerami autobusów mogę się dostać do centrum. Nic z tego, Jewgienij uparł się. Trudno.
Najpierw pojechaliśmy na dworzec dowiedzieć się, jak mogę dostać się do Kazania, bo następnym etapem mojej podróży było właśnie miasto Kazań. Okazało się, że do Kazania nie ma bezpośrednich połączeń kolejowych. Trzeba by pojechać do Samary i tam przesiadać się. Poszliśmy więc na dworzec autobusowy. Był obok. Bezpośrednie połączenie do Kazania było. Podobnie jak przy zakupie biletów na pociąg, trzeba było w przedłożyć paszport. Zresztą, taki obowiązek dotyczył wszystkich kupujących bilety tj. Rosjan i obcokrajowców. Bilet zakupiłem na środę, a wyjazd o godz. 7ºº rano.
Do centrum miasta pojechaliśmy trolejbusem. Bilety przejazdu kupuje się u konduktorów. Nie ma czegoś takiego jak sprzedaż biletów do środków komunikacji miejskiej w kioskach, czy w sklepach. Natomiast w autobusikach opłata za przejazd odbywa się jeszcze w inny sposób. Pasażerowie wsiadają do autobusu i jadą. Dopiero przed wyjściem podają pieniądze kierowcy. Nie ma biletów. Zacząłem się zastanawiać, jak to funkcjonuje, jak się kierowca autobusu rozlicza? Zauważyłem, że wszyscy pasażerowie wysiadając płacili za przejazd. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek próbował przejechać się na gapę. A wydawałoby się, takie to proste: wsiąść, wysiąść i nie płacić. Dziwiłem się, chyba w Polsce znalazłoby się trochę gapowiczów.
Oczywiście, podobnie jak w Moskwie tak i tutaj Jewgienij nie chciał słyszeć, żebym płacił za bilety. Jednakże w trolejbusie uparłem się. Szybko doskoczyłem do konduktorki i swoim nieskładnym rosyjskim, poprosiłem o dwa bilety. W końcu groszowa sprawa, kilkanaście rubli (przelicznik: 12 rubli – 1 zł). Więc proszę o dwa bilety, a ona mnie pyta, skąd ja przyjechałem do Orenburga? Odpowiedziałem, że z Polski, z
Warmii i Mazur. Starsza pani przez chwilę oniemiała. Odezwała się do mnie po polsku, a tym razem ja zdziwiłem się, że zwraca się do mnie po polsku. Mówiła, że w latach 70-tych mieszkała przez 3 lata w Polsce, w Legnicy. Była wówczas młodą 25-letnią dziewczyną. Pracowała w części miasta, zajmowanego przez wojska radzieckie. Mówiła, że miała bardzo wielu znajomych i przyjaciół wśród Polaków. Wspominała, że będąc w Legnicy bardzo się jej podobała piosenka Anny German, ale nie pamiętała tytułu. Próbowała nawet ją zanucić. Nie umiałem przypomnieć jej tytułu. Konduktorka mocno się wzruszyła. Poleciały po jej policzkach łzy. Chodząc po Moskwie, czy teraz po Orenburgu, miałem przy sobie drobne gadżety. Właśnie, w takich momentach bardzo się przydawały, żeby pozostawić pamiątkę po takim spotkaniu.
Dojechaliśmy do centrum miasta. Jewgienij postanowił oprowadzić mnie głównym deptakiem, ulicą Sowietskaja. Szeroki dukt spacerowy ciągnący się przez pół miasta. Zaczynał się w centrum i prowadził do rzeki Ural. Długi i szeroki, ale spacerujących prawie nie było. Czasem szły pary młodych ludzi lub rodziny z małymi dziećmi. Można było również dostrzec młodzież z przewieszonymi na ramionach ręcznikami. Ci ostatni szli zapewne nad rzekę. W kamienicach przy dukcie gdzie niegdzie były sklepiki. Tylko jeden zauważyłem z pamiątkami. Na rogu jednej z ulic stragan sprzedający wodę sodową, coca-colę, pepsi, kwas chlebowy. Południe, upał był potężny. Nie było możliwości zobaczenia, jaka była temperatura, ale było bardzo gorąco. Powietrze było suche i być może dlatego dało się jeszcze żyć, ale bez picia trudno było wytrzymać. Na straganie kupiłem wodę sodową. Za 0,5 l butelkę zwykłej niegazowanej wody zapłaciłem 60 rubli. Drogo, nawet bardzo – pomyślałem, ale trudno. Szliśmy promenadą, Jewgienij pokazywał mi różne domy, w których mieściły się jakieś instytucje. To znowu zwrócił uwagę na duży okazały pomnik poświęcony założycielowi miasta Orenburg. Miasto zostało założone jako twierdza w 1743 r. Spoglądałem na Jewgienija, czy jeszcze ma siłę chodzić. Coś przebąknąłem, że może wracamy? Nie było mowy. Poszliśmy dalej. Tuż przed nadrzeczną promenadą, pokazał mi szkołę, w której uczył się Jurij Gagarin. Przeszliśmy już dobrych kilka kilometrów. Wreszcie, udało mi się staruszka namówić na krótki odpoczynek na ławeczce.
Doszliśmy do rzeki Ural. Rzeka dzieli dwa kontynenty: Europę i Azję. Orenburg leży jeszcze w części europejskiej. Widok był ciekawy. W dole koryto rzeki z piaszczystymi plażami. Przez rzekę została przeciągnięta kładka dla pieszych. Do Azji dostać się było można kolejką linową. Miejsce to przeznaczono na teren rekreacyjny. Nad rzeką były wypożyczalnie sprzętu wodnego oraz inne atrakcje. Były kioski z napojami i słodyczami. Nawet dostrzegłem coś w rodzaju kawiarenki. Na kładce widać było, jak obfotografowywano młodą parę nowożeńców. Trochę postaliśmy, obserwowaliśmy ładny i ciekawy widok. Zaraz obok było Muzeum Historii Orenburga. Zaszliśmy tam. Miasto długiej historii nie ma, toteż w większości ekspozycje były poświęcone etnografii, broni, osobom zasłużonym dla miasta. W drodze powrotnej do centrum miasta, Jewgienij pokazał mi jeszcze budynki Akademii Medycznej, w której studiowały jego dzieci: Ałła i Aleksander.
Wracaliśmy bocznymi ulicami. Będąc w poprzednich latach na Białorusi bardzo lubiłem oglądać drewniane domy. Tutaj też ich nie brakowało. Takie to typowe zabudowania dla Rosji i Białorusi, a nawet w Polsce na Podlasiu. Z tym, że na Podlasiu jest ich coraz mniej, a tutaj niemal na każdym kroku.
Wreszcie doszliśmy do przystanku autobusowego i dość długo czekaliśmy na odpowiedni autobus. Może i dobrze, ponieważ mocno byliśmy już strudzeni spacerem w takim upale. Szczerze podziwiałem Jewgienija. Staruszek nie do zdarcia.
Dojechaliśmy do domu. Widziałem, że mój towarzysz zaczyna tracić siły. Wcale się nie dziwiłem, a wręcz podziwiałem, że tyle wytrzymał. W domu byliśmy ok. godz. 17.Walentyna powiedziała nam, że w dzień temperatura dochodziła w cieniu do 41 stopni. Szok! Siedem godzin wędrówek po mieście w takim upale.
Czekał na nas już obiad złożony z wielu potraw. Na deser podano arbuza. Pyszny!!! Taki arbuz jadłem tylko w Turcji i nie pamiętam dobrze, może w Maroko. Słodki, nie tak bardzo lejący się, jak sprzedawane są w Polsce. Jadłem, jadłem i końca nie było. Wprost zajadałem się arbuzem.
Wieczorem zatelefonowałem do redakcji „Гостиный Двор”, czasopisma, które wydało bardzo obszerny artykuł o siostrze mojego dziadka Julii Zubelewicz. Chciałem się umówić na spotkanie z naczelną redaktor pisma, z panią Наталья Кожевникова. Zatelefonowałem jeszcze do przewodniczącej Stowarzyszenia Polaków w Orenburgu „Czerwone Maki”. W obu przypadkach, wstępnie wiedziano od Aleksandra, że będę gościł w Orenburgu i że chętnie spotkam się z redaktor naczelną czasopisma oraz z polonią mieszkającą w Orenburgu.
Wieczorem z domownikami posiedziałem trochę przed telewizorem. Ciekawy byłem co oglądają moi gospodarze, ale sam również chciałem wiedzieć jakie prezentowane są wiadomości. Był dziennik wydarzeń dnia. Przez ok. 70% pokazywano Władimira Putina biorącego udział w konferencjach prasowych, wizytującego jakiś szpital i zakład pracy. Podczas konferencji prasowych, o ile dobrze zrozumiałem, tłumaczył się z inflacji. Na ten temat wymieniłem kilka zdań z Walentyną i Jewgienijem. Potwierdzili, że dotyka ich inflacja i że artykuły spożywcze zaczynają drożeć.
Minął następny dzień w Rosji. Pochodziłem trochę po Orenburgu. Jednak moim głównym celem wizyty w tym mieście było zobaczenie Szpitala Aleksandrowskiego, z którego została oswobodzona z rąk policji carskiej 17 maja 1907 r. siostra mojego dziadka Julia. Julia była współorganizatorką w 1906 r. buntu marynarzy na wyspie Kronsztad.
 
18 sierpnia (poniedziałek)
Wstałem wcześnie. Noc podobna do poprzedniej. Gorąco, wierciłem się, żeby znaleźć chłodniejsze miejsce w łóżku, żeby nie „parzyło”. Ponadto nie zupełnie przyzwyczaiłem się do zmiany czasu. Obudziłem się ok. godz. 6. Według czasu moskiewskiego była to godz. 4, a czasu warszawskiego godz. 2. Obudziłem się i nasłuchiwałem, czy gospodarze już się krzątają. Było cicho. Temperatura nie była jeszcze do wytrzymania, chyba dwadzieścia kilka stopni. Rano nie miałem możliwości spojrzeć na termometr, wisiał za oknem w sypialni Walentyny i Jewgienija. Wziąłem swój notatnik i zacząłem opisywać, jak codziennie, wydarzenia poprzedniego dnia. Niestety, przed wyjazdem z domu zapomniałem zabrać ze sobą przygotowany w tym celu zeszyt. Aleksander obdarował mnie swoim notatnikiem. Chyba pamiątka po jakimś szkoleniu, albo podarunek od firmy farmaceutycznej.
Zaczął się ruch w domu, wziąłem prysznic, uprałem koszulkę i bieliznę noszoną poprzedniego dnia.
Dzisiaj dzień miał obfitować w ciekawe wydarzenia. Po pierwsze odnalezienie Szpitala Aleksandrowskiego, a poza tym miałem umówione spotkanie przedstawicielami stowarzyszenia polonijnego „Czerwone Maki”.
Poranne śniadanie z gospodarzami. Tym razem była dobrze przygotowana kasza na mleku, ale konsystencji prawie sypkiej, a do niej konfitury. Kawa z mlekiem, wędliny, biały ser. Podano również naleśniki z mięsem na gorąco. Przy takich temperaturach, naprawdę trudno było zjeść naleśniki, szczególnie rano. Ale nie było wyjścia, chociażby jeden, aby gospodyni była usatysfakcjonowana. Przy stole opowiedziałem o swoich planach na dzień dzisiejszy. Wczoraj wieczorem widziałem, że Jewgienij był bardzo zmęczony naszą wspólną wędrówką po Orenburgu. Dzisiaj już nie proponował, aby mi towarzyszyć. I dobrze. Po pierwsze, zawsze byłbym lekko skrępowany jego obecnością, a po wtóre tak naprawdę sam chciałem pochodzić po Orenburgu. Gospodarze jedynie wytłumaczyli mi, jakimi numerami autobusów mam się poruszać, jak się nazywa przystanek, na którym mam wysiąść w śródmieściu i na jakim mam wysiąść w drodze powrotnej. Aleksander jeszcze u siebie w domu, przygotował mi szkic z umiejscowieniem Szpitala Aleksandrowskiego.
Wybrałem się więc samodzielnie. W towarzystwie osoby drugiej, często nie zauważa się pewnych szczegółów. Zaszedłem na przystanek autobusowy komunikacji miejskiej. Przy jezdni na ulicy zauważyłem bardzo wysokie krawężniki oddzielające jezdnię od chodnika. Chodnik? Raczej jezdnia, z której wydzielono część dla pieszych krawężnikiem o wysokości ok. 25 cm. Samochód takiego krawężnika nie przeskoczy. Pieszy może czuć się bezpiecznie, Inna rzecz, która zwróciła moją uwagę to kioski z kwiatami na przystankach autobusowych. Były przy większości przystanków. Trochę czekałem na przyjazd autobusu nr 33. Niedaleko przystanku rozbił swój kramik sprzedawca arbuzów i melonów. Obok przystanku, jakaś ekipa przyszła poprawiać estetykę dużej betonowej donicy na kwiaty o średnicy ok. 70 cm. Była trochę wyszczerbiona. Przyglądałem się pracy 4 osób. Jedna osoba robiła obmiar metrówką. Dwie następne przycinały deseczki, a czwarta dyrygowała. Mocna ekipa! Wreszcie podjechał autobusik dla ok. 20 pasażerów. Wsiadłem. Żeby mieć pewność, że wysiądę na właściwym przystanku, poprosiłem, osobę stojącą obok, aby mi podpowiedziała, gdzie mam wysiąść. Wysiadając nie zapomniałem zostawić kierowcy 15 rubli za jazdę autobusem.
Znalazłem obiekt, który chciałem zobaczyć. Serce mi zadrżało. Niewielki budynek, niemal w centrum miasta. Kiedyś, na początku XX wieku, otoczenie jego wyglądało zupełnie inaczej. W swoich zbiorach mam zdjęcie Szpitala z 1909 r. Budynek dokładnie obejrzałem z zewnątrz. Na jednej tablicy zamocowanej na elewacji był napis: „Памятник истории и культуры”, na drugiej czerwonej „Городская клиническая больница № 4”. Miałem więc pewność, że jest to ten obiekt, którego szukam. Trochę zmieniony dach, mniej kominów, ale wielkość ta sama, okna te same. Otoczenie nieco inne aniżeli to na starej fotografii. Po drugiej stronie ulicy powstał park. Postanowiłem wejść do środka. Na parterze holl, z którego na piętro prowadziły drewniane schody, pomalowane paskudną olejną farbą. Schody wyglądały mi na bardzo stare. Mówiła o tym sztukateria przy suficie i drewniana balustrada na piętrze. Poczułem dreszczyk emocji. Zaczęła działać moja wyobraźnia. Przecież tutaj na korytarzu, w hollu i schodach rozegrała się batalia o życie mojej Babci Julci. Tymi stopniami i tą klatką schodową towarzysze broni Babci, mogli wyprowadzać ją zabijając żandarmów pilnujących jej. Był to pierwszy ślad podczas mojej podróży, mający związek z życiem mojej rodziny w Rosji. Bardzo byłem wzruszony, dumny i zadowolony z siebie, że tutaj trafiłem.
Chodząc po mieście, natknąłem się w śródmiejskim skwerku na murowaną dużą tablicę informacyjną z oszkloną witryną. Tablica była rozmiarów ok. 10 m długości i 2,5 m wysokości. A o czym ona informowała? Umieszczonych na niej było ok. 20-30 dużych zdjęć (portretów) osób, które lokalne władze uznają za przodowników miejscowej społeczności. Nie było informacji w jakiej dziedzinie i co sprawiło, że zostali wyróżnieni. Były jedynie podane imiona i nazwiska oraz miejsca pracy.
W Orenburgu zabudowę stanowią budynki w większości jednopiętrowe, niekiedy dwupiętrowe najczęściej pamiętające XIX i początki XX wieku. Czasem zdarzają się wyższe, ale najczęściej były to już nowe z siedzibami urzędów. Na ulicach nie było zbyt dużego ruchu samochodów. Jest czysto, nie widać śmieci, ale odniosłem wrażenie jakiegoś nieładu. Obok siebie stoją domy odmalowane i kompletnie zaniedbane, rozsypujące się. Nawierzchnie chodników pozostawiają dużo do życzenia. Wylane masą asfaltową, często spękaną i z dziurami. Nie widać było, aby ubytki w nawierzchni były na bieżąco likwidowane. W mieście jest trochę zieleni, ale przeważnie tworzą ją drzewa. Trawników nie wiele, a jeżeli są to raczej zaniedbane, czasem nawet trudno nazwać je trawnikami, bo rosło na nich wysokie nieskoszone zielsko, a nie trawa. Czego nie można było powiedzieć o trawnikach przy urzędach, na których trawa była zadbana i sukcesywnie podlewana. Nie zauważyłem również zbyt wielu pieszych. Chodziłem w godzinach przedpołudniowych. Może w tym czasie większość osób pracuje, albo nie ma potrzeby wychodzenia w taki upał. Znowu zapewne było ok. 40 stopni.
Na obiad umówiony byłem koło godz. 14. Potem czekało mnie spotkanie z przedstawicielami polonii. Bez kłopotów wróciłem do osiedla, na którym mieszkają rodzice Aleksandra. Na przystanku zaszedłem do kiosku z kwiatami. Okazało się, że większość kwiatów to sztuczne. Ciętych nie widziałem. Chciałem kupić kwiaty i podarować Walentynie. Były tylko doniczkowe storczyki. Drogie. Chyba kosztowały 600 rubli. Drogo dla mnie, ale jak drogie w takim razie muszą być dla Rosjan? Kupiłem mimo, że nie wyglądały na najświeższe. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do zupełnie innej jakości kwiatów oferowanych przez sprzedawców. Po drodze do domu zastałem stragan, gdzie sprzedawano arbuzy i melony. Postanowiłem kupić arbuz, ponieważ tak bardzo mi smakował poprzedniego dnia. Walentynę obdarowałem kwiatem i arbuzem. Była wzruszona, że otrzymała kwiat. Nie bardzo wiedziała jaki to kwiat. Widocznie storczyki nie są tutaj popularne. Wytłumaczyłem, podpowiedziałem jakie lubią stanowisko i jak należy je pielęgnować. Co do arbuza… Niestety mizernie strzeliłem. Walentyna oceniła go jako niedojrzały. A przecież przy kupowaniu opukiwałem go, obracałem i miałem przekonanie, że jest dobry. Niestety, tutaj z oceną jakości arbuzów mają większe doświadczenie.
Na godz. 16 byłem umówiony na spotkanie. Od mojego powrotu z miasta urywały się telefony. To telefonowała pani Wanda, przewodnicząca stowarzyszenia. To znowu pan przedstawiający się jako Józef, też z tej organizacji. Pani Wanda chciała uzgodnić miejsce spotkania. Pan Józef mówił o jakiejś książce, którą chciał mi podarować. Wytworzył się w mojej głowie jakiś bałagan. Pani Wanda mówiła o spotkaniu z nią, a nie z grupą Polaków. Nic nie wspominała o Józefie. Cały czas myślałem, że spotkanie ma się odbyć z grupą osób. Nawet na to spotkanie wziąłem specjalnie jedną elegantszą koszulę, aby wyglądać godnie. A tutaj…? Zupełnie nie rozumiałem sytuacji. W końcu miałem czekać na samochód, który miał przyjechać pod dom i zabrać mnie. Wyszedłem przed dom. Po kilku minutach podjechał piękny Lexus Suv z napędem hybrydowym i pełną elektroniką. Za kierownicą siedziała kobieta w wieku ok. czterdziestu kilku lat. Była Rosjanką nie mówiącą po polsku, pani Lila. Okazało się, że jest znajomą pani Wandy i jej pomaga, ale nie ma polskich korzeni. Razem z nią pojechaliśmy w kierunku centrum miasta i tam dosiadła się pani Wanda. Osoba „duża” w wieku ok. 60 lat, trochę fikuśnie ubrana. Osoba, która bardzo dużo mówiła i głośno. W trakcie wymiany pierwszych zdań okazało się, że spotkanie z członkami stowarzyszenie „Czerwone Maki” nie odbędzie się, ponieważ jest okres urlopowy i większość osób rozjechała się. Nie bardzo w to uwierzyłem, choćby z tego, co wynikało z rozmowy z panem Józefem. Wziąłem ze sobą wydawnictwa o Warmii i Mazurach, trochę drobnych pamiątek. Chciałem obdarować przedstawicieli polonii. W takiej sytuacji większość rzeczy oddałem pani Wandzie.
Zawieziono mnie na drugą stronę rzeki Ural, czyli do Azji. Po drodze pani Wanda opowiadała o tym, jak kilkanaście lat temu wiosną wody rzeki Ural wylały. Rwący nurt, szczególnie po drugiej strony Orenburga zrobił bardzo duże spustoszenie. Po zejściu wody ukazały się masowe groby. Były to ciała osób poszukiwanych przez rodziny od dobrych kilkudziesięciu lat, osób represjonowanych i aresztowanych przez NKWD. Z opowieści pani Wandy wynikało, że była jedną z tych osób, które wywalczyły i przekonywały miejscowe władze, aby upamiętnić to miejsce. Wśród pomordowanych byli także Polacy. Szczątki osób, które udało się zidentyfikować, zostały złożone oddzielnych grobach. Natomiast pozostałych złożono w jedno miejsce i postawiono pomnik. Pani Wanda mówiła, że lokalne władze były bardzo nieprzychylne takiemu rozwiązaniu tej sprawy i że bardzo wiele wysiłku ją kosztowało, aby stanął pomnik.
Zostałem obdarowany mnie czasopismami, które zostały opracowane przez jej stowarzyszenie, a drukowane w Polsce. Wręczenie mi czasopism nastąpiło ukradkiem, poza wzrokiem Lili. Poza jej plecami próbowała opowiadać swój życiorys, mówić o represjach stalinowskich, wspominać o przygotowywaniu nowej broszurki. Dlaczego tak postępowała? Czyżby bała się Lili i nie miała do niej zaufania? Dlaczego więc wybrała jej towarzystwo? Nie spodobał mi się taki sposób postępowania i poczułem pewną niechęć do pani Wandy.
Lila natomiast starała się być bardzo miłą i uczynną osobą. Sama zaproponowała, abyśmy pojechali jeszcze w jedno miejsce Orenburga. Miejsce, w którym spotykają się kultury kilkunastu narodów zamieszkujących Orenburg. Tłumaczyła, że ludność Orenburga stanowi społeczność wielonarodowościowa, a miejsce, które zaproponowała pokazać jest tego symbolem. Ulica deptak, gdzie po jednej i po drugiej stronie zostały wybudowane domy w stylu charakteryzującym budownictwo konkretnej narodowości. Każdy dom był siedzibą ośrodka kultury propagującą kulturę danego narodu, restauracja z charakterystycznymi potrawami. Bardzo ciekawe rozwiązanie. Ciekawe domy pod względem architektonicznym. Stały domy propagujące kulturę między innymi Armenii, Tatarstanu, Baszkirii, Rosji, Białorusi, Niemiec, Ukrainy. Polskiego domu nie było. Niestety, praktycznie nikogo na tej ulicy nie zastaliśmy, było pusto. Zaszliśmy do kilku z nich. W świetlicach, czy częściach poświęconych kulturze, nic się nie działo. W restauracjach nie było nikogo. Chcieliśmy czegoś spróbować regionalnego. Ale niestety, kuchnia nie działała. Na sali nikogo poza nami również nie było. Można było tylko wypić kawę, herbatę lub sok. Ponownie pomyślałem, to po co było budowane, skoro nie ma tam ludzi i niczemu i niczemu nie służy. Lila powiedziała, że kilka razy w roku odbywają się festyny i wówczas jest tłoczno.
Wsiedliśmy do samochodu i wracaliśmy. Po drodze, pani Wanda powiedziała, że na chwilę musimy zajechać do sklepu. Zostałem w samochodzie, panie wyszły. Wróciły i Lila zaproponowała, abyśmy zajechali do niej do domu, chociaż przepraszała, że może być lekki bałagan. Zgodziłem się. Chciałem zobaczyć jak mieszka osoba posiadająca taki luksusowy samochód. Zajechaliśmy pod blok mieszkalny blisko centrum miasta. Widać było, że dość niedawno został wybudowany. Windą wjedziemy na trzecie piętro. Weszliśmy do mieszkania i od razu widać było, że nie mieszkają tutaj biedni ludzie. Duży holl, przedpokój. Dalej salon. Z lewej strony przedpokoju ubikacja, duża łazienka i wejście do kuchni, z prawej strony pokoje sypialne. Z salonu było również przejście do kuchni. Zostałem zaproszony na kawę i ciasto, które zostało właśnie kupione w sklepie. W mieszkaniu były także dzieci i osoba chyba usługująca. Miałem oczywiście drobne gadżety. Wręczyłem je dzieciom i Lili. Nie pytałem Lili, czym się zajmuje, jak zarabia na utrzymanie takiego mieszkania i samochodu.
Do domu zostałem odwieziony wczesnym wieczorem. Rodzice Aleksandra czekali na mnie z kolacją. Zrobiło się późno i była pora na pójście spać. Dzień obfitował w wiele wrażeń.
 
19 sierpnia (wtorek)
Tego dnia o godz. 10 byłem umówiony z naczelną redaktor czasopisma „Гостиный Двор” z panią Наталья Кожевникова. Na łamach tego pisma w 2009 r. ukazał się bardzo obszerny artykuł autorstwa Aleksandra Iskowskiego o życiu Babci Julii Zubelewicz w okresie od 1906 r. do 1924 r. Chciałem się spotkać z panią redaktor i podziękować za zainteresowanie dziejami Babci.
Rano śniadanie. Jak zwykle wspaniale zrobiona kasza, jajecznica, wędliny, twarogi, coś w rodzaju krokietów na gorąco i kawa z mlekiem. Gospodarzom pokazałem mapkę Orenburga podarowaną przez Aleksandra, a na niej zaznaczone miejsce redakcji. Wskazali mi, jakim autobusem mogę się tam dostać. Pojechałem. W autobusie sprawdzonym zwyczajem zapytałem się współpasażerów, na którym przystanku powinienem wysiąść. Pasażerowie pilnowali, abym wysiadł w wskazanym miejscu. Okazało się jednak, że nie tak łatwo było odnaleźć redakcję. Chodziłem, kręciłem się w koło i nic. Zacząłem pytać przechodniów o adres redakcji „Гостиный Двор”. Owszem wskazywano mi pewne miejsce w centrum miasta. Kilkakrotnie wskazywano mi ten sam budynek. Obchodziłem dookoła, ale nie mieściła się tam redakcja. Był to budynek o nazwie Гостиный Двор, który został wzniesiony na początku XIX wieku. Budynek ze straganami handlowymi i miejscami noclegowymi dla przybywających wówczas handlarzy. Ale teraz na pewno nie mieściła się tam redakcja czasopisma. Aleksander pomylił się w zaznaczeniu na mapie miejsca redakcji. W końcu, nieco zdesperowany, zaszedłem do małego pomieszczenia w sutenerze. Mieściła się tam pracownia jakiegoś informatyka. Zapytałem o adres redakcji. Znalazł mi w Internecie i byłem w domu. Redakcja mieściła się kilka ulic dalej. Stara kamienica. Na zewnątrz niewielki szyld. Wszedłem do środka. Kilka pokoi w amfiladzie. Zapytałem, gdzie pracuje pani Natalia. Wskazano mi niewielki pokoik. Zapukałem, z uśmiechem i serdecznością zostałem zaproszony do środka. Pani Natalia była przygotowana na moje przyjście. Obok na stoliku przygotowane były dwie filiżanki ze spodkami. W dzbanku zaparzona była gorąca kawa, na talerzyku trochę ciasteczek. Gdzie niegdzie bukiety kwiatów. Popijając kawę i chłodną wodę sodową, rozmawialiśmy o sposobie pracy redakcji, o profilu artykułów, o problemach jakie pojawiają się. Ja opowiadałem o swojej pasji, czyli o poszukiwaniach genealogicznych, o celu swojej podróży, o moich wrażeniach z pobytu w Rosji. Bardzo miło mijał czas. Pani Natalia obiecała, że z końcem roku ukaże się druga część informacji o Babci Julii, którą opisał Aleksander. Rozmowa trwała blisko dwie godziny. Może trwałaby jeszcze dłużej, ale pomyślałem, że jestem gościem i przedłużając wizytę, mogę przeszkadzać w pracy. Na koniec wyszliśmy na dziedziniec kamienicy i pani Natalia chciała zrobić zdjęcie razem ze mną.
Tego dnia musiałem zajść do banku i wymienić dolary na ruble oraz chciałem kupić widokówki i wysłać pozdrowienia do siebie do koleżanek i kolegów w pracy. Ponownie zrobiło się bardzo gorąco. Natknąłem się na pocztę główną. W środku przestronnie. Podobnie jak u nas trzeba było wybrać kolejny numerek w kolejce do stanowisk obsługi klientów. Chwilę poczekałem. Ukazał się mój numer. Podszedłem do stanowiska i chciałem kupić pocztówki ze znaczkami i wysłać. Niestety, poczta nie prowadziła sprzedaży pocztówek. Ponownie, chodzenie po uliczkach i szukanie jakiegoś miejsca, gdzie można je kupić. Będąc na Białoruś miałem podobny problem – nigdzie nie można było kupić widokówek. Wówczas udało mi się je dostać w księgarni. Zaszedłem więc do księgarni i wreszcie kupiłem. Ponowny marsz na pocztę, numerek, oczekiwanie. Oczekując na swoją kolej, na widokówkach napisałem pozdrowienia. Kupiłem znaczki i wysłałem.
Została jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Wymiana dolarów na ruble. Jakoś nie mogłem znaleźć kantorów. We wszystkich informatorach o Rosji, które przeglądałem przed wyjazdem, uprzedzano, aby pod żadnym pozorem nie próbować wymieniać pieniędzy na ulicy u cinkciarzy. Stąd moje uporczywe poszukiwania kantoru lub banku. Jak wspomniałem, kantoru nie znalazłem. Pozostał bank. Okazało się jednak, że nie we wszystkich bankach można przeprowadzić taką operację. Są wyznaczone banki do sprzedaży waluty. Znalazłem odpowiedni i zaopatrzyłem się w gotówkę.
Po załatwieniu wszystkich spraw, chwilę jeszcze pokręciłem się po centrum miasta. Czasem trafiałem na niezbyt  reprezentacyjne miejsca. Ogólnie miasto zachowało dużo starej zabudowy. Należy również wspomnieć, że wszędzie było czysto mimo często spotykanego nieporządku. W mieście jest trochę zieleni. Nie zdążyłem być wszędzie. Nie widziałem dużych osiedli mieszkaniowych, ale chyba nie różnią się zbytnio od moskiewskich przedmieść.
Do domu wróciłem koło godz. 15. Dowiedziałem się, że dzisiaj będą dodatkowi goście. Koło godz. 16 miała przyjechać siostra Aleksandra Ałła z córką Marią. Chcieli się ze mną spotkać przed moim wyjazdem z Orenburga. Miałem wyjeżdżać następnego dnia z samego rana.
Przyszła Ałła. Razem z mamą przygotowały obiad. Ja tymczasem musiałem się odświeżyć po chodzeniu po mieście. Wykąpałem się i przebrałem. Zorientowałem się, że obiad będzie miał bardziej uroczysty charakter, chyba ze względu na moją osobę. Okazało się, że w saloniku, w którym nakrywano do stołu, działa klimatyzacja. Całe szczęście, bo ten dzień jak i poprzednie były bardzo upalne. Doszła Maria i zasiedliśmy za stołem. Jakże mogło być inaczej. Najpierw pojawiło się typowo rosyjskie danie – pielmieni. Raz już je jadłem w Orenburgu. Jednak gospodarze chcieli zrobić mi przyjemność. Kilkakrotnie wspominałem im, że będąc w Rosji chciałbym jeść typowo rosyjskie potrawy. Chyba z jednej strony przyjęli moje stanowisko z aprobatą, z drugiej strony chcieli, abym z Rosji wywiózł charakterystyczne dla niej smaki. Prawda, Walentyna nie robiła sama pielmieni, tylko kupowała w sklepie gotowe, mrożone. Ale były to pielmieni. Podane były z masłem i oprószone świeżymi ziołami. Była jeszcze sałatka z owoców, ciasto, kawa, herbata. Był także arbuz, którego smakiem tak bardzo zachwycałem się. Na stole była także wódka. Mimo, że podano duże, 100 ml kryształowe kieliszki, nie trzeba było wychylać ich do dna. Jewgienij wzniósł toast do mnie skierowany. Ja się odwdzięczyłem. Przy okazji podziękowałem za gościnę, za serdeczne przyjęcie. Nie bardzo umiałem rozmawiać z Ałłą. Mówiła szybko i dla mnie mało zrozumiale. Wymieniliśmy kilka zdań, ale wydawało mi się, że również była zniecierpliwiona moją słabą znajomością języka rosyjskiego. Przez to wydała mi się lekko wyniosłą osobą. Jest lekarką, laryngologiem i pracuje w szpitalu. Jej córka Maria chwilowo nie pracowała. Okazało się, że jest rozwódką po dwóch latach małżeństwa z Łotyszem. Mieszkała w Rydze, ale źle się tam czuła. Mąż nie chciał mieszkać w Rosji. Maria miała już nową sympatię w Orenburgu, który również po jakimś czasie przyszedł i dosiadł się do stołu. Bardzo był nieśmiały. Może sprawiła to moja obecność, a może jeszcze niezbyt często był gościem u rodziny narzeczonej i to go krępowało? Zrozumiałem, że był zawodowym wojskowym.
Spotkanie trwało do wieczora. Koło godz. 20 goście rozjechali się do swoich domów. Pomogłem w sprzątnięciu pokoju. Walentyna i Jewgienij zasiedli przed telewizorem. Chwilę również popatrzyłem w ekran i poszedłem opisywać wydarzenia minionego dnia. Zacząłem przeglądać swoje rzeczy. Chciałem zorientować się ile pozostało mi gadżetów. Przy okazji pokazywałem je Walentynie. Miałem jeszcze broszurki rosyjskojęzyczne o Warmii i Mazurach. Dałem do poczytania i widziałem, że z dużym zainteresowaniem przeglądała o Mikołaju Koperniku. Podarowałem tą publikacja i jeszcze jedną o kanale elbląskim. Plecak zrobił się o drobinę lżejszy.
Spać położyłem się trochę wcześniej ze względu na wcześniejszą pobudkę. Autobus do Kazania odjeżdżał o godz. 7.
Tak, od jutrzejszego dnia zacznie się nowy etap mojej podróży. Będę zdany tylko i wyłącznie na siebie. Wieczorem Aleksander przysłał mi jeszcze sms-a z adresem taniego hotelu w Kazaniu.
 
20 sierpnia (środa)
Wstałem nieco wcześniej niż zazwyczaj. Pobudka była o godz. 5:30. Autobus odjeżdżał o 7,00. Walentyna i Jewgienij również wstali. Ona przygotowała śniadanie, on sprawdzał, czy wszystkie rzeczy spakowałem i zabrałem. Oczywiście padały także pytania, co mi dać na drogę, co do jedzenia, co do picia? Ja jak zwykle twierdziłem, że w podróży nie jadam, że w takich okolicznościach nie mam apetytu. Na nic to się zdało. Wałówka została przygotowana: bliny, kanapki, owoce i napoje. Zapakowałem to wszystko do reklamówki, żeby można było łatwiej do tego sięgnąć. Tego dnia termometr za oknem wskazywał na dość rześkie powietrze. Było niecałe 20 stopni.
Zbliżał się czas wyjścia z domu. Walentyna stwierdziła, że jeszcze mam trochę czasu. Pod dom miał podjechać samochodem ich znajomy (chyba miał taksówkę) i zawieźć mnie na dworzec autobusowy. Pomyślałem fajnie, bo plecak jeszcze trochę ważył, a do przystanku autobusu miejskiego był kawałek drogi. Czekaliśmy na samochód. Wala co raz wyglądała przez okno. Samochodu nie było widać. Zaczynało być nieco nerwowo. Samochodu w dalszym ciągu nie było i nie było. Zapadła decyzja, że należy przez radio-taxi zamówić taksówkę. Przyjechała po 10 minutach, ale czasu do odjazdu autobusu było już niewiele. Podjechało taxi. Szybko zarzuciłem na siebie kurtkę z polaru i plecak. Z Jewgienijem pędem do taksówki. Zdążyliśmy. Z pośpiechu zapomniałem wziąć reklamówkę z jedzeniem i kilkoma nieistotnymi drobiazgami. W końcu jednak w sposób niezamierzony, jedzenia na drogę nie miałem. Stanęło na moim.
Podjechał autobus marki Skania. Podobny do tych jakie kursowały na liniach dalekobieżnych w Polsce 20 lat temu, a może jeszcze dawniej. Na bilecie był zaznaczony numer mojego miejsca. Plecak oddałem do luku bagażowego. Serdeczne pożegnaliśmy się z Jewgienijem. Do autobusu wszedłem prawie jako ostatni. Rozglądałem się, gdzie jest moje miejsce. Znalazłem. Z brzegu siedział niezbyt dużej postury człowiek z białą czapką na głowie. Zapytałem, czy tutaj jest miejsce nr 41? Odpowiedział, że tak i zapytał, czy chcę siedzieć przy oknie? Odpowiedziałem, że jest mi to obojętne. Autobus ruszył punktualnie. Nikt z nas nie podjął rozmowy. Może dlatego, że wczesna godzina, może pewna nieśmiałość? Trudno powiedzieć. Po przejechaniu 40-50 km, nagle mój sąsiad odezwał się w te słowa: я Τатар, а ты кто? Odpowiedziałem, że przyjechałem z Polski. Od tego momentu zaczęliśmy bardzo dużo rozmawiać. Opowiedziałem o celu mojej podróży. On powiedział, że jest rdzennym Tatarem mieszkającym z żoną w Orenburgu, a jedzie do dzieci do Kazania na urodziny czteroletniego wnuka. W trakcie jazdy pokazywał mi wioski, które zamieszkałe są przez samych Tatarów. Różniły się zabudową od innych. Przede wszystkim dominowały małe drewniane domki, najczęściej pomalowane na niebiesko, stojące szczytem do drogi z okiennicami. Zwróciłem uwagę, że przy domach nie było drzew owocowych. Wioski chciałem je sfotografować, ale autobus mocno trząsł, a ponadto szyby w autobusie były mocno zmatowiałe. Tatar utyskiwał, że na polach sieje się kukurydzę, a nie pszenicę, że szkoda tak urodzajnej ziemi na obecną uprawę. Po drugiej stronie przejścia w autobusie siedziała młoda mama (z urody również wydawało mi się, że jest Tatarką) z dwójką dzieci. Dzieci trochę grymasiły. Więc z kieszeni wyciągnąłem drobne gadżeciki i obdarowałem dzieciaki. Widziałem, że z pewną nieśmiałością, ale za razem chęcią przyjęły.
Pierwszy przystanek autobusowy był po ok. 120 km. Zatrzymaliśmy się w jakimś małym miasteczku. Nie pamiętam nazwy miejscowości, nigdzie nie widziałem informacji o nazwie miejscowości. Większość pasażerów wysiadła wyprostować nogi. Część poszła do przydrożnego sklepiku, część do toalety. Byłem w obydwu miejscach. Najpierw toaleta. Ustawiła się tam kolejka. Nie było podziału na męską i damską toaletę, jedno pomieszczenie dla wszystkich. Widok odstraszał. Jakiś niewielki baraczek. Dwa stanowiska tzw. tureckie oddzielone ścianką metrowej wysokości, smród, bród, robactwo. Nie było można zamknąć za sobą drzwi wejściowych. Ludzie dobierali się parami, żeby ostrzegać przed wejściem, że jest zajęte. W środku trudno było postawić nogę, żeby wyjść w miarę czystych butach. A i tak długo wycierałem buty o rosnące obok zielsko. Do sklepu zaszedłem po coś do picia. Wybrałem jakąś oranżadę. Nie był to dobry wybór – słodka, klejąca się, nie gasząca pragnienia i jeszcze bez smaku. Długo męczyłem się z wypiciem tego napoju. Żałowałem, że zapomniałem wziąć przygotowane na podróż wiktuały.
Zauważyłem, że kierowcy autobusu, a było ich dwóch, zaczęli bacznie przyglądać się jednemu z tylnych kół. Podszedłem bliżej. Okazało się, że leje się z niego olej. Było zapaskudzone olejem i w czasie postoju na asfalcie zdążyła pojawić się niewielka kałuża. Pomyślałem, będą kłopoty w kontynuowaniu podróży. Kierowcy przebrali się w strój warsztatowy. Wyjęli z autobusu skrzynki narzędziowe. Dokręcali śruby w kole. Wyjęli również z autobusowego schowka, chyba 100-litrową bańkę z olejem. Dolali olej do piasty koła, pozbierali narzędzie i pojechaliśmy dalej. Następne przystanki były mniej więcej co 100 km. Proceder z kołem powtarzał się przy każdym zatrzymaniu się. Na jednym z przystanków mój autobusowy sąsiad obdarował mnie pamiątką w postaci zakrzywionego noża. Wcześniej ja dałem mu drobiazgi i był to rewanż z jego strony. Miły gest.
W Kazaniu byłem koło godz. 20:00. Na dworcu pożegnałem się z Tatarem (nie zapamiętałem jak miał na imię). Na dworcu rozeszliśmy się w swoje strony. Na niego czekała rodzina, a ja musiałem znaleźć miejsce noclegowe. W odróżnieniu od Orenburga, tutaj nie było tak gorąco. Dobrze, że miałem na wierzchu polar. Orenburskich upałów miałem już dość, a tutaj było jakby normalnie. Kazań jest dużym miastem. Trzecim co do wielkości w Rosji, stolica Tatarstanu. Założony w drugiej połowie XI wieku. Liczący obecnie blisko 1 mln 200 tys. mieszkańców. Aleksander podał mi adres taniego hoteliku blisko centrum miasta. Sugerował mi, żebym zadzwonił i upewnił się, czy są wolne miejsca. Nie dzwoniłem. Skończył mi się limit na karcie telefonicznej. Postanowiłem, jadę pod wskazany adres. Ewentualnie dopiero tam będę się martwił, gdzie przenocować. Czy to będzie inny hotel, może jakieś schronisko, czy prywatna kwatera, a może wreszcie spróbuję rozłożyć namiot na przedmieściach miasta, który wożę ze sobą z całym dodatkowym wyposażeniem.
Na dworcu wsiadłem do taksówki. Hotel rzeczywiście niewielki. Leżący w bocznej, cichej uliczce w otoczeniu starych murowanych kamieniczek. Podkreślam „murowanych”, ponieważ wszędzie, jak do tej pory w miastach i miasteczkach, spotykałem się z dużą ilością drewnianej zabudowy. Podobało mi się miejsce usytuowania hoteliku. Wszedłem do środka. W recepcji pracowała bardzo sympatyczna młoda dziewczyna. Zapytałem o wolne miejsce dla turysty z Polski. Z uśmiechem odpowiedziała, że jest. Zapytała natomiast, o jaki pokój mi chodzi. Odpowiedziałem, że tani. Pomyślała chwilę i zapytała, czy może być miejsce w sali wieloosobowej. Dla mnie było obojętne. Chodziło mi tylko o zatrzymanie się na dwie noce, więc przystałem na propozycję. Wziąłem plecak i poszedłem do pokoju. Pokój był ośmioosobowy, czysty z piętrowymi łóżkami. Wyglądało na to, że nie było współmieszkańców w pokoju. Ściana po stronie drzwi wejściowych do pokoju była wytapetowana fototapetą przedstawiającą dużych rozmiarów tulipany. Oryginalnie to wyglądało. Zająłem miejsce w rogu pokoju na parterze. Umyłem się, a następnie poszedłem znaleźć sklep z artykułami spożywczymi. W recepcji podpowiedziano mi, że znajduje się po drugiej stronie ulicy. Kupiłem jogurt, pieczywo, masło, kawałek kiełbasy. W hotelu było wydzielone miejsce kuchenne dla użytku turystów. Znajdowała się tam kuchenka gazowa, lodówka, mikrofala, stolik z
Pokój, który zajmowałem w hotelu krzesłami, na którym można było przygotować kanapki i zjeść. Po kolacji wziąłem prysznic w ogólnodostępnej łazience. Wszędzie, naprawdę było czysto i z dużą przyjemnością korzystało się z toalety, łazienki, czy kuchni. W poprzednich miejscach, gdzie mieszkałem było czysto, ale zawsze można było się do czegoś przyczepić. Zresztą, miałem w pamięci pierwszy swój wyjazd samochodem do Leningradu, a dzisiaj do Petersburga. Było to w 1978 roku. Pamiętam, jak wracałem i trzeba było przenocować gdzieś w pobliżu Wilna. Nie było wtedy Litwy jako państwa. Była to republika ZSRR. Znalazłem hotel. W pokojach nie było firanek. Zamiast nich do połowy szyb naklejone byłygazety. Ogólny bród. Pościel niby czysta, ale raczej szara. Koc klejący się. Brrr, teraz wspominam to jako pewnego rodzaju atrakcję turystyczną z tamtej podróży. Tutaj natomiast byłem bardzo miło zaskoczony.
Wieczorem poszedłem jeszcze do recepcji porozmawiać. Miła dziewczyna, a poza tym chciałem się wstępnie dowiedzieć, czy jest w Kazaniu kościół wyznania rzymsko-katolickiego, czy jest i gdzie ewentualnie znajduje się ulica Воскресенская. W kościele katolickim chciałem zapytać o księgi metrykalne z przełomu XIX i XX wieku. Może w nich były zapisy o chrztach sióstr mojego dziadka – Zofii i Antoniny. Natomiast na ulicy Воскресенская również w okresie przełomu XIX i XX wieku mieściła się pracownia fotograficzna, w której fotografowali się moi pradziadowie i ich dzieci. Miałem nadzieję, że znajdę te dwa miejsca, chociaż nie liczyłem za bardzo, że będą jakieś namacalne ślady obecności moich przodków. Po niezbyt długich poszukiwaniach, na planach miasta Kazań oraz przeprowadzeniu kilku rozmów telefonicznych, udało mi się otrzymać informację o usytuowaniu obu interesujących mnie punktach. W podzięce za poświęcony czas moim sprawom, przyniosłem kilka gadżetów: długopis, mapę Warmii i Mazur i jedną z broszurek o Warmii i Mazurach. Oczywiście były też pytania, gdzie są Warmia i Mazury, jaka to kraina, jak się tam żyje itp.
Zaczęło się robić późno. Ja przecież byłem po 13-to godzinnej jeździe autobusem i zmęczenie zaczynało dawać znać o sobie. Poszedłem do pokoju. W dalszym ciągu byłem w nim sam bez współlokatorów. Wysłałem siostrze sms-a z życzeniami urodzinowymi i poszedłem spać.
 
21 sierpnia (czwartek)
Wreszcie przy uchylonym oknie dobrze mi się spało. Nie było gorąco, tak w sam raz. Wstałem koło godz. 8. Poranne śniadanko.
Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia dowiedziałem się, że kościół rzymsko-katolicki nie jest zbytnia oddalony od hotelu, ale ul. Воскресенская jest na przedmieściach Kazania. Zapytałem, jak się tam dostać? W recepcji podpowiedziano mi, że najlepiej będzie pojechać taksówką. Postanowiłem jednak najpierw pójść do kościoła. W recepcji otrzymałem plan Kazania i poszedłem. Po drodze natknąłem się na kilka drewnianych domów. Tego typu budownictwo bardzo cieszyło moje oczy. Pierwszy raz piękne drewniane domy zobaczyłem kilka lat temu na Białorusi. Chyba był to początek mojej fascynacji drewnianym budownictwem. Znalazłem kościół katolicki. Zaszedłem do środka. Spotkałem zakonnicę i spytałem, czy jest ksiądz proboszcz. Okazało się, że miał być dopiero popołudniu przed godziną 18. Zapytałem jeszcze, jak trafić na ul. Воскресенская. Okazało się, że w recepcji dobrze mi wskazano miejsce. Opodal kościała złapałem taksówkę i pojechałem.
Faktycznie, dojście piechotą do Воскресенская zajęłoby mi bardzo dużo czasu. Na miejscu, razem z taksówkarzem wysiedliśmy z samochodu i próbowaliśmy dowiedzieć się, gdzie kiedyś mogło znajdować się atelier fotograficzne. Pytaliśmy najpierw jedną osobę, potem następną. Nikt o czymś takim w tym miejscu nie słyszał. Była to ulica o nawierzchni gruntowej. Stały przy niej małe drewniane domki z rozwalającymi się drewnianymi płotami. Na środku ulicy wylegiwał się niewielki piesek. Pomyślałem również, że w końcu XIX wieku zakład fotograficzny nie mógł się mieścić gdzieś na uboczu miasta. A może nawet to osiedle w tamtym okresie nie było częścią Kazania? Zacząłem wątpić, czy jestem w właściwym miejscu, w którym chciałem być. Nie było czego tutaj dłużej szukać. Wsiedliśmy do samochodu i trzeba było wracać. Nagle z jednego z domów wyskoczył młody człowiek, który powiedział, że ul. Воскресенская niegdyś była główną ulicą Kazania, a obecnie nazywa się ul. Кремлёвская. Pomyślałem, chyba jestem w domu. Taka lokalizacja mi pasowała, ponieważ pradziad nie był biednym człowiekiem i nie chodziłby fotografować się na przedmieściach miasta. Posiadane przeze mnie zdjęcia, wykonane w Kazaniu w końcu XIX w., na odwrotnej stronie mają podany adres atelier fotograficznego „Казань, Воскресенская, д. Вьель.” oraz widać, że zakład był nagrodzony medalem. Wszystko wskazywało na to, że centrum Kazania jest odpowiednim miejscem moich poszukiwań. Podziękowałem taksówkarzowi, uregulowałem należność (400 rubli) i poszedłem szukać domu o nazwie Вьель. Okazało się, że w dalszym ciągu jest to ulica reprezentacyjna, z której utworzono deptak dla mieszkańców Kazania i turystów. Przy ulicy stały piękne odnowione stare kamienice. Na deptaku różni muzykanci, artyści. Można było nawet przebrać się w regionalny strój tatarski i zrobić zdjęcie w przebraniu. W odróżnieniu od deptaka w Orenburgu, tutaj było naprawdę sporo spacerujących ludzi. Bardzo podobało mi się to miejsce. Kawiarenki, restauracje, sklepiki z pamiątkami. Zupełnie jak w dużych miastach Europy.
Przeszedłem się wzdłuż ulicy, rozglądając się na prawo i lewo, ale nigdzie nie było znaku o kamienicy, której szukam. W końcu zobaczyłem, że w jednym z domów jest biblioteka. Musiałem w jakiś sposób dowiedzieć się, gdzie jest dom, który niegdyś nazywał się Вьель. Zaszedłem do środka. Pomyślałem, że może są tam jakieś stare publikacje na temat ulicy Воскресенская. Bibliotekarka zapytała w czym może mi pomóc. Opowiedziałem o swoich poszukiwaniach. Zaczęła przeglądać stare woluminy. Do pomocy zebrał się chyba cały zespół bibliotekarek pracujących w tym momencie. Trwało to przeszło pół godziny, może jeszcze dłużej. W końcu otrzymałem informację, że owszem, był taki dom na tej ulicy, ale nie umiały ustalić, która to kamienica. Nie byłem szczęśliwy po uzyskaniu takiej informacji. Przecież moim jednym z głównych celów przyjazdu do Kazania było odnalezienia tej kamienicy. Nie spodziewałem się, że w tym miejscu nadal będzie zakład fotograficzny. Szukałem czegoś, co istniało przeszło 120 lat temu. W międzyczasie była rewolucja, zmieniał się ustrój, własność przechodziła w inne ręce.  Postanowiłem jeszcze raz przejść się tą ulicą i sfotografować wszystkie domy. W ten sposób miałbym uwiecznione kamienice, a w jednej z nich mogło się mieścić atelier, ale bez wskazania która. Fotografowałem kamienicę za kamienicą. Dojrzałem punkt informacji turystycznej. Ale, czy była mi do czegoś potrzebna? Przewodnik po Kazaniu miałem, mapę miasta miałem. Byłem na tej ulicy, na której chciałem być. Ale jakaś siła ciągnęła mnie tam. Wszedłem. Zapytano mnie, w czym można mi pomóc? Stwierdziłem, że w zasadzie w niczym. Zacząłem opowiadać skąd jestem, po co przyjechałem do Rosji i do Kazania, o moim obecnym kłopocie w odnalezieniu kamienicy. Personel informacji turystycznej bardzo zainteresował się moimi celami podróży. Bardzo miłe, sympatyczne, młode panie odpowiedziały, że niestety nie słyszały o kamienicy Вьель. Spuściłem głowę, podziękowałem i byłem gotowy do wyjścia, jak jedna z pań poprosiła mnie, abym jeszcze chwilę zaczekał, ponieważ przypomniało się jej, że ma znajomego, który jest historykiem i szczególnie interesuje się historią Kazania. Czekając, opowiedziałem historię Babci Julci. Dziewczyny szeroko otworzyły oczy i z dużym zainteresowaniem słuchały moich opowiadań. Po kilkunastu minutach, podeszła do mnie rozpromieniona młoda osoba z entuzjastycznie wypowiadanymi słowami „знаю, знаю, знаю”. Wbiegła z informacją, że już wie, która to jest kamienica Вьель. Ja niemal ją uściskałem, byłem szczęśliwy z takiego obrotu sprawy. Ów historyk e-mailem przysłał stare XIX-to wieczne zdjęcie ul. Воскресенская, a na nim piękna, duża kamienica. Historyk stwierdził, że to właśnie ta kamienica w której mieścił się zakład fotograficzny Фельзер. Jakże się cieszyłem! W kieszeniach spodni jak zwykle nosiłem drobne gadżeciki. Obdarowałem nimi cały personel. Spojrzałem jeszcze raz na tą kamienicę na zdjęciu i uprzytomniłem sobie, że już ją fotografowałem. Wróciłem się jeszcze raz w to miejsce i robiłem zdjęcia z każdej strony. Piękna kamienica z efektownymi wieżyczkami, z dużymi witrynami sklepowymi. Takim sposobem osiągnąłem jeden z założonych celów podróży do Kazania.
Miałem jeszcze dużo czasu. Wczesne popołudnie. Do godziny 18 pozostało dobrych kilka godzin. Postanowiłem zwiedzić Kreml. Nie był daleko. Poczułem jednak oznaki głodu. Zaszedłem do baru. Niewielki lokal przypominający bary szybkiej obsługi w Warszawie czy Krakowie. Zaintrygował mnie, ponieważ w witrynie baru wyczytałem, że między innymi serwowane są dania tatarskie. Podano mi kartę dań. Pomyślałem, jestem w stolicy Tatarstanu i nie zjeść regionalnego dania? Byłoby to nieprzyzwoitością. Nie bardzo umiałem rozróżnić z nazw w karcie, które dania są tatarskimi. Podczas zamawiania, kelnerkę poprosiłem o pomoc. Wskazała mi palcem dwie potrawy. Wybrałem pierwszą z nich. Przyniosła glinianą czarkę z czymś w rodzaju gulaszu. Bardzo mi to smakowało. Było dobrze przyprawione, ostre w smaku. Okazało się, że była to kozina. Zamówiłem jeszcze kufelek miejscowego piwa. Piwo było zimne, w smaku nienajgorsze. Może nie najadłem się do syta, ale wystarczyło na tą chwilę.
Po drodze zajrzałem do starej cerkwi. Jak zwykle są bardzo bogato ozdobione. Z dużą ilością złoceń, dużą ilością obrazów z świętymi osobami i scenkami. We wnętrzach cerkiew wyczuwa się zupełnie inny klimat niż w kościołach rzymsko-katolickich. We wszystkich tego typu świątyniach, nie można robić zdjęć. Nie wytrzymałem. Znalazłem miejsce, gdzie nikt mnie nie widzi, bez lampy błyskowej pstryknąłem. Udało się.
Wreszcie doszedłem do Kremla. Kreml kazański jest główną historyczną cytadelą Tatarstanu. Kreml został wzniesiony przez cara Iwana Groźnego w XVI wieku. Najbardziej zauważalnym obiektem kazańskiego Kremla jest krzywa „Wieża Söyembikä”, która prawdopodobnie została wybudowana podczas panowania Piotra Wielkiego. Wszedłem do środka. Przy bramie zaprzęg z bryczką. W bryczce raz stoi, to znowu siedzi para nowożeńców w strojach tatarskich. Potem fotografowano ich na tle murów obronnych i kutej z żelaza bramy. Zapytałem, czy mogę zrobić zdjęcie? Z uśmiechem odpowiedzieli, że owszem. Oryginalny był ich ubiór. W Kremlu zaskoczony byłem tym, że głównym obiektem sakralnym nie była cerkiew, lecz biały z niebieskim dachem meczet Kul Szarif. Duży obiekt. Nigdy nie byłem w meczecie. Postanowiłem wejść do środka. Byłem świadom, że należy przed wejściem zdjąć buty. Rozglądałem się, rozglądałem i chciałem zobaczyć, w którym miejscu zostawia się obuwie. Nie znalazłem takiego miejsca. Przeszedłem sień i wszedłem do dużego holu. W około na ścianach były rozmieszczone witryny, a pod nimi gabloty z różnymi historycznymi pismami i starymi zdjęciami. Przy wejściu do holu znajdowały się kramiki z pamiątkami i drobnymi przedmiotami sakralnymi, przy których kręciło się sporo osób. Ostrożnie wchodzę dalej. Raptem, za sobą słyszę dość ciche wołanie „proszę pana, proszę pana…”. Obróciłem się. Okazało się, że zwracano się do mnie. Bardzo grzecznie i subtelnie poproszono mnie, abym zawrócił. Podszedłem do osoby, która zwracała się do mnie. Zwrócono mi uwagę, że nie mogę w tym stroju, czyli w krótkich spodenkach, wchodzić dalej. Podano mi coś w rodzaju fartucha i musiałem się nim opasać. Musiałem także wykupić plastikowe bambosze, takie, jakie zakłada się na buty w szpitalach. Tak uzbrojony mogłem iść dalej. Poproszono, abym nie fotografował. Oglądając ekspozycje, w pewnym momencie usłyszałem bardzo głośny śpiew muezina. Śpiew nazywa się azan i jest nawoływaniem do modlitwy. Zacząłem rozglądać się skąd wydobywają się dźwięki. Nie znalazłem. Byłem mocno zaskoczony taką sytuacją, a jednocześnie przejęty, że coś takiego słyszę w takim miejscu i z tak mocnym natężeniem. Robiło wrażenie. Dowiedziałem się, że w meczecie mogę wejść na wewnętrzny taras, balkon. Spotkałem tam turystki, które zaproponowały, że zrobią mi zdjęcie. Nałożyły mi tatarski toczek na głowę i zaczęły pstrykać mimo, że uprzedzano przy wejściu, że nie można. Wymieniliśmy z sobą kilka zdań i rozeszliśmy się w swoje strony.
Obszedłem dookoła cały Kreml. Musiałem także zajść do toalety. Była, ale jaka? Z pierwszej wizyty na terytorium niegdyś ZSRR zapamiętałem wygląd toalet. Brudne, śmierdzące, zupełnie takie jaką zastałem na jednym z przystanków autobusowych jadąc do Kazania. Tymczasem, byłem niesamowicie zaskoczony. Czysto, pachnąco, doskonale wyposażona i do tego bezpłatna.
Zbliżała się godzina 18. Trzeba było iść do kościoła rzymsko-katolickiego na spotkanie z księdzem proboszczem. W kościele byłem kilka minut przed czasem. Zakonnica powiedziała, że teraz ksiądz nie może mnie przyjąć, ponieważ będzie odprawiał mszę. No to ładnie, pomyślałem. Nic, pozostałem na mszy. Ksiądz o śniadej cerze, skośnymi oczami, Tatar odprawiał mszę. Na mszy było kilka kobiet i ja. Jedna z modlących się była „zapiewajło”. Intonowała pieśni i wyróżniała się śpiewem od innych obecnych kobiet. Po godzinnej mszy poszedłem do zakrystii spotkać się z księdzem. Bardzo sympatyczny „okrągły” pan w wieku ok. 40 lat. Chciałem się zapytać o księgi metrykalne z drugiej połowy XIX wieku. Ksiądz odpowiedział mi na wstępie, że kościół został zbudowany w 1925 r., a poza tym, że wszelkie zapisy jakie są prowadzone w kościele muszą być na bieżąco zdawane do biura miejscowej administracji. Ponadto, nie umiał mi wskazać miejsca, gdzie mogą się znajdować stare księgi kościelne z okresu, który mnie interesuje. Wobec tego niczego nie dowiedziałem się. Szkoda.
Do hotelu nie chciało mi się jeszcze wracać, mimo, że od rana byłem na nogach i trochę czułem zmęczenia Spacerując, zastałem ekspozycję starych wagonów tramwajowych na jednej z głównych alei miasta oraz centrum kultury i sportu. Wagoniki ciekawe. Trochę przypomniały mi się czasy dziecięce (przełom lat 40-tych i 50-tych XX wieku), kiedy podobne jeździły po Olsztynie.
Nadszedł wieczór. Dzień miałem wyczerpujący. Cały dzień na nogach, wiele wrażeń, osiągnięty jeden z celów podróży do Kazania. Czas na odpoczynek. W hotelu kolację przygotowałem z tego, co pozostało ze śniadania.
Czekał mnie następny dzień podróży. Chciałem się dostać do miejscowości Siumsi oddalonej o ok. 250 km na wschód od Kazania. Tam urodziła się Babcia Tosia (Antonina – siostra Dziadka). Przed wyjazdem do Rosji, przyglądając się mapie w Google wiedziałem, że miejscowość leży przy głównej drodze z Kazania do Perm, też miasta liczącego ponad milion mieszkańców. Byłem przekonany, że nie będzie problemów z dotarciem do Siumsi.
Po kolacji zaszedłem do recepcji zapytać się, jak można dotrzeć do Siumsi? Po dłuższych poszukiwaniach w Internecie okazało się, że nie jest to wcale takie proste, jak początkowo sądziłem. Nie ma połączenia autobusowego w kierunku Permu przez Siumsi. Jedyna droga, jaką mi zaproponowano, to najpierw dostanie się do Iżewska pociągiem, a potem autobusem do Siumsi. W Siumsi chciałem być jak najwcześniej, żeby nie marnować czasu. Niestety, okazało się, że z Kazania muszę wyjechać pociągiem o 6 rano, w Iżewsku będę koło 10, a dopiero o 17 będzie autobus do Siumsi. Nie było wyjścia. Poprosiłem o zrobienie rezerwacji internetowej na pociąg na 6 rano, a jak dalej będę podróżował zastanowię się w Iżewsku.
W łóżku byłem koło godz. 22.

22 sierpnia (piątek)
Budzik zerwał mnie o 4:30. Wcześnie, ale nie było innego wyjścia skoro chciałem zdążyć na pociąg. W hotelowym pomieszczeniu kuchennym zjadłem śniadanie. Spakowałem się i poprosiłem w recepcji o zamówienie taksówki. Pociąg, jak zwykle w Rosji, przyjechał punktualnie. Tym razem nie brałem pościeli. Przecież po godzinie dziesiątej miałem już być w Iżewsku. Od konduktorki wziąłem podstakannik (podstawkę wraz z szklanką). Podróżowałem z młodymi ludźmi. Wracali z Moskwy. W Moskwie pracowali i wracali do bliskich w Iżewsku. Okazało się, że, jeden stracił rodzinę poprzez stałe rozłąki związane z pracą daleko od domu. Twierdzili, że w Rosji jest bardzo trudno o pracę. Trzeba ją szukać po całej Rosji, ale najłatwiej o nią jest w Moskwie. Pracowali jako robotnicy budowlani. Bardzo sympatycznie rozmawiało się. Po jednego z nich w Iżewsku na dworzec miał przyjechać brat i zawieźć go do domu poza miastem. Zaproponował mi, że poprosi brata, aby powiózł mnie na dworzec autobusowy. Drugi mieszkał w samym Iżewsku i miała na niego czekać rodzina. Jak zwykle podróże po Rosji bardzo szybko mijają mimo, że odległości są duże. Przy rozmowach i tworzącym się przyjaznym klimacie wśród współpodróżnych momentalnie upływają godziny. Tak było także i tym razem.
Pociąg dojeżdżał do Iżewska. Podróżnemu, po którego miał przyjechać brat, rozładował się telefon komórkowy. Niby w każdym wagonie jest kilka gniazdek elektrycznych, do których można podłączyć ładowarkę, ale było już zbyt mało czasu, aby doładować telefon. Poprosił, abym szedł za nim i poczekał na niego przed dworcem, a on sam rozejrzy się, gdzie jest brat. Trwało to trochę. Miałem dużo czasu. Autobus dopiero popołudniu. W końcu przyszedł i stwierdził, że brata nie ma. W końcu przyszedł i stwierdził, że brata nie ma. Podziękowałem mu za szczere chęci i zacząłem myśleć co dalej: czy jechać na dworzec autobusowy, który jest po drugiej stronie miasta, czy najpierw próbować dostać się na drogę wylotową z Iżewska w kierunku Siumsi? Do odjazdu autobusu było siedem godzin. Postanowiłem jechać na rogatki miasta i łapać okazję. Zacząłem rozglądać się za taksówkami. Zbyt wiele ich nie było, a jeżeli podjeżdżały, to były wcześniej przez kogoś zamówione. Do kilku podszedłem, ale za każdym razem miałem odpowiedź – zajęta. W końcu trafiłem na odpowiednią. Poprosiłem o kurs na drogę w kierunku na Siumsi. Kierowca zapytał, gdzie konkretnie wybieram się. Odpowiedziałem, że właśnie do Siumsi. On do odmiany, że może mnie tam zawieźć. Dobrze, pomyślałem, ale ile to będzie kosztować? Przecież Siumsi jest oddalone o 120 km. Zaproponował kwotę 1200 rubli, ok. 100 zł. Pomyślałem, dobrze jest. Będę wcześniej i pewnie dojadę do celu. Zgodziłem się. Pojechaliśmy. Kierowca chyba zbyt często tą trasą nie jeździł. Dwa razy musiał pytać o drogę, a raz nawet wracaliśmy kilkanaście kilometrów. Wartość kursu została ustalona. I to już mnie nie obchodziło ile kilometrów przejedziemy, czy 120, czy 200. Kierowca był nieco mrukowaty. Zupełnie nie pasował do moich zdobytych wyobrażeń o Rosjanach jako osób chętnie rozmawiających i mówiących o wszystkim poza polityką. Nie pytał mnie o nic, ja kilkakrotnie próbowałem go zagadywać, ale często odpowiedzi nie otrzymywałem, a jeżeli tak do zdawkowo i często niezrozumiale dla mnie. W końcu koło godziny 13 dotarliśmy do Siumsi.
Zacząłem rozglądać się za miejscem, gdzie można by zakwaterować się i zostawić plecak. Najpierw chciałem zapytać, czy jest w Siumsi jakaś gostinica (hotelik), a potem dowiadywać się o jakieś prywatne kwatery. Na końcu pozostał mi namiot i znalezienie przyjaznej duszy, która pozwoliłaby mi rozstawić go na swojej posesji. Taksówką podjechałem do centrum miejscowości. Od pierwszej spotkanej osoby dowiedziałem się, że nie ma tutaj żadnego hotelu. Pozostało mi pytać o kwatery prywatne. Rozglądając się w centrum doszedłem do wniosku, że rzeczywiście jest to niewielka miejscowość. Centralny duży plac z jednej strony ze zboczem, na którego szczycie znajdowała się cerkiew, a po przeciwległej stronie sklepy, sklepiki. Szczególnie te sklepy na zewnętrz nie wyglądały zachęcająco. Wszechobecny eternit, duże reklamy na ścianach. Czysto, ale jednocześnie niechlujnie w koło budynków, nierówno położony asfalt, w niektórych miejscach było jego brak, itp. Takie właśnie odniosłem pierwsze wrażenia o Siumsi. Spytałem jedną z napotkanych osób, czy może zna kogoś, u kogo mógłbym zatrzymać się na noc. Jedna osoba, potem następna i następna nie mogły mi nic wskazać. Dostrzegłem na jednym z budynków czerwoną tabliczkę z napisem informującym o siedzibie jakiegoś miejscowego urzędu. Pomyślałem, że może tutaj ktoś mi wskaże miejsce noclegowe. Przed budynkiem stało kilka rozmawiających kobiet. Podszedłem, zapytałem o możliwość przenocowania w Siumsi. Jedna z nich, o lekko skośnych oczach, zapytała skąd przyjechałem i jaki jest cel mojej obecności w Siumsi. W skrócie powiedziałem, że przyjechałem z Polski z Warmii i Mazur, że tutaj w Siumsi urodziła się w 1885 r. Antonina, siostra mojego dziadka, że w tym czasie musieli mieszkać tutaj moi pradziadowie. Słuchające panie szeroko otworzyły oczy. Pani ze skośnymi oczami zaczęła wykrzykiwać „turysta przyjechał do naszej miejscowości, turysta przyjechał!”. Okazało się później, że była ona naczelnikiem wydziału w miejscowym urzędzie odpowiedzialnym za kulturę i sport. Zapytałem oczywiście o możliwość przenocowania w Siumsi. Z radością na twarzy odpowiedziała, że nie ma żadnych problemów z zatrzymaniem się tutaj. Powiedziała, że jest siedziba starego domu kultury i tam będę nocował. Prosiłem o wskazanie drogi, którędy mam się udać. Ona – nigdzie pan nie pójdzie, zaraz przyjedzie samochód i odwiezie pana. W między czasie zapytała, czy będę chciał przyjść na festyn, który rozpocznie się na tym placu o godzinie 18. Odparłem, że bardzo chętnie, ponieważ sam niegdyś byłem organizatorem podobnych wydarzeń i chętnie zobaczę, jak to się odbywa tutaj. Podjechała Łada Niwa. Wsiadłem i uliczką o gruntowej nawierzchni zostałem podwieziony niezbyt daleko od centralnego placu. Faktycznie budynek nie sprawiał wrażenia bieżąco użytkowanego. Wewnątrz trochę brudno. Korytarze puste z popisanymi i brudnymi ścianami, drzwi do pomieszczeń bez klamek, pomieszczenia pootwierane. Pokoje puste, bez jakichkolwiek mebli, jakieś resztki po jedzeniu, opakowania, puste plastikowe butelki, niedomykające się okna. Wszystko to nie sprawiało miłego wrażenia. Poproszono mnie, abym zatrzymał się w pokoju, który wyglądał jakby niegdyś mieścił się w nim gabinet dyrektora. Skórzana kanapa i fotel, zakurzone biurko. Pomyślałem dobrze. Mam śpiwór, mam poduszkę, rozłożę się na kanapie i noc przeżyję. Po 10, 15 minutach zjawiła się pani w kuchennym fartuchu i prosi mnie, abym wziął swoje rzeczy i pójdziemy na piętro. Okazało się, że na piętrze szykowano dla mnie pokój. W jednym z pokoi, do którego prowadziły drzwi z klamką i z zamkiem przygotowano mi łóżko ze świeżą pościelą. Pokazano, gdzie jest ubikacja i umywalka oraz natrysk. Pani w fartuchu była dozorczynią pilnującą budynek i cały otaczający teren. Mieszkała po sąsiedzku. Dała mi klucz do pokoju i prosiła, że jak będę opuszczał pomieszczenie, abym oddał jej klucz.
Miałem spanie. Dobrze byłoby coś zjeść. Jadąc do tego obiektu zauważyłem mały sklepik. Poszedłem na zakupy. Oczywiście był kłopot z dostaniem czegoś na gorąco. Miałem przecież ze sobą swój gaz, kuchenkę i garnuszek z patelenką. Była pierwsza okazja wykorzystać ciągniony ze sobą ekwipunek. W sklepie było pieczywo, wędliny, nabiał i inne rzeczy. Była również miła sprzedawczyni. Przed nią leżał kalkulator. Ale zauważyłem, że tylko leżał, bo swoje obliczenia dokonywała na prawdziwych liczydłach z drewnianymi kulkami przesuwanymi na stalowych prętach. Byłem zaskoczony, że w tych czasach, jeszcze ktoś używa takich narzędzi do liczenia.
Kupiłem kawałek kiełbasy, kilka bułek, kwas chlebowy, który jest narodowym napojem w Rosji i który można kupić wszędzie, jogurt, kawałek masła. Jednak ogarnęło mnie lenistwo i nie chciało mi się kucharzyć. Kiełbasę wziąłem w rękę, pieczywo pokroiłem, posmarowałem masłem (użyłem po raz pierwszy swój nóż) i popijając jogurtem spałaszowałem prawie wszystko. Najedzony poszedłem dokładniej przyjrzeć się dużej wsi. Chciałem się zorientować, gdzie w Siumsi mogli mieszkać moi pradziadowie. Pradziad Michał był wysokiej rangi administratorem leśnym. Pełniąc taką funkcję był człowiekiem zamożnym. Toteż ich miejsce zamieszkania musiało również różnić się od przeciętnych. Po godzinnym spacerze nie udało mi się wypatrzeć starego domu, który mógłbym zaliczyć za odpowiadający moim wyobrażeniom. Dużo było jednorodzinnych drewnianych domów. Kilka nieco większych, ale czy w takim mogli mieszkać pradziadowie? Zauważyłem, że obejścia przy domach były raczej zaniedbane z niewykoszonym zielskiem. Przez cały czas podróży, widok drewnianych domów cieszył moje oczy. Mają one coś niepowtarzalnego w sobie, dużo ciepła, dużo ciekawych drobnych elementów architektonicznych. Uliczki w Siumsi są o nawierzchni gruntowej, na których po przejechaniu samochodu, a nawet rowerzysty unosiły się tumany kurzu. Trochę przypominało mi to do niedawna, wieś podlaską, a nawet z lat 60-tych przedmieścia Białegostoku.
Zbliżała się godzina 18. Przecież obiecałem, że zjawię się na festynie, na głównym placu. Idąc, po drodze zobaczyłem autobus szkolny (miejscowy gimbus). Trochę jakby z innej epoki.
Było kilka minut po osiemnastej i znalazłem się na placu. U podnóża wzniesienia, na podeście usytuowanym na schodach prowadzących do cerkwi, występowała młodzież przebrana w mundury wojskowe i drewnianymi atrapami karabinów. Potem jakaś artystka śpiewała pieśni wojskowo-patriotyczne, to znowu recytowano wiersze. Całość miało charakter typowo patriotyczny. Nie do końca zrozumiałem z jakiej okazji została zorganizowana uroczystość. Jak to przy festynie zebrała się spora grupa gapiów. Po drugiej stronie placu rozstawiło się kilka straganów z pamiątkami rękodzielniczymi, a nawet z gorącymi pierogami. Kupiłem na spróbowanie kilka pierogów. Nie były złe. Obok rozstawiono nadmuchiwaną, gumową zjeżdżalnie dla dzieci. Ruch samochodowy był wstrzymany. Radiowóz stał w poprzek ulicy dojazdowej. Podszedłem do policjanta. Chciałem zapytać o drogę jaka mnie czeka następnego dnia. Nawet bardzo sympatycznie rozmawiało się.
Po pewnym czasie podeszła do mnie naczelniczka Wydziału Kultury i Sportu, ta która pomogła w zakwaterowaniu. Mocno była rozkojarzona prowadzeniem uroczystości, toteż nie bardzo było jak z nią rozmawiać. Wspomniała jedynie, że kilka osób na chęć rozmawiać ze mną. Nie widziałem przeszkód. Podeszły do mnie dwie panie. zaczęły dopytywać się dlaczego przyjechałem do Siumsi? Kim była Antonina Zubelewicz? W końcu podszedł do mnie starszy pan i również zaczął wypytywać o te same sprawy. Część oficjalna uroczystości kończyła się i zanosiło się, że teraz będzie chwila przerwy, a potem miano puścić muzykę do tańca. Ta częścią programu byłem mniej zainteresowany. Nie znałem miejscowych zwyczajów, nie wiedziałem jakie towarzystwo korzysta z takiej rozrywki. Nie chciałem kusić losu jakimiś nieprzewidywalnymi sytuacjami. Postanowiłem wycofać się i pójść do miejsca zakwaterowania. To co zobaczyłem, okazało się podobne do polskich wiejskich capstrzyków, ale sprzed kilkudziesięciu lat. Jednak organizatorom i uczestnikom emocje udzielały się podobnie.
Wracając jednak do „starszego pana”, zaproponował mi, że mnie odprowadzi. Po drodze trochę jeszcze rozmawialiśmy. Wspominając, że jutro mam w planie wyjazd z Siumsi do Kilmiez, zaproponował, żebym przed wyjazdem zaszedł do niego do domu, wówczas przeprowadzi ze mną wywiad, który chciałby opublikować w miejscowej gazecie. Chętnie przystałem na propozycję.
Spać położyłem się dosyć wcześnie. Za sobą miałem długi dzień. Wczesna pobudka, jazda pociągiem, potem taksówką.
 
23 sierpnia (sobota)
Pobudkę zrobiłem sobie koło godziny 8. Noc minęła spokojnie. Z resztek pozostałych z wczorajszych zakupów, zrobiłem sobie śniadanie. Przed godziną 9 byłem u „starszego pana”. Wczoraj przedstawiał się, ale nie dosłyszałem imienia. Mieszkał w niewielkim domku jednorodzinnym z córką i wnuczką. Zapytał, czy zjadłbym śniadanie. Odparłem, że jadłem, ale teraz jakby on mojej odpowiedzi nie usłyszał. Zakomenderował córce, aby przygotowała śniadanie. W trójkę znaleźliśmy się przy stole w kuchni, przy świeżo usmażonych blinach, racuchach, kawie z mlekiem. Smakowało mi. Z chęcią zjadłem mimo, że jadłem wcześniej. Po śniadaniu zostałem zaproszony do kącika w pokoju, który zapewne był jego miejscem pracy i spędzania czasu przy komputerze. W końcu zapytałem, czy możemy mówić sobie po imieniu? Widziałem, że spodobała mu się moja propozycja. Miał na imię Iwan. Okazało się, że jest dziennikarzem w miejscowym wydawnictwie, że interesuje go historia obwodu kirowskiego, w skład którego wchodził rejon Siumsi. Bardzo go zainteresowały moje opowiadania o moich przodkach, ich dzieje. Szczególnie pytał o babcię Tosię (Antoninę), kim była, jakie miała wykształcenie, gdzie mieszkała, gdzie umarła. Nie dziwiłem się, przecież ona urodziła się w Siumsi. Kilka godzin spędziłem u Iwana. Wymieniliśmy się adresami e-mailowymi.
Trzeba było jednak rozstawać się. Czekała mnie dalsza droga. Niezbyt daleka, bo ok. 60 km na zachód od Siumsi, do Kilmiez. Iwanowi zwierzyłem się z dalszych moich planów podróżniczych i z tego, że teraz wybieram się do Kilmiez autostopem. Iwan w porozumieniu z córką, zaproponował, że córka podwiezie mnie samochodem na drogę wylotową. Ucieszyłem się. Po 10 minutach przed domem stała Łada, a w niej wnuczka Iwana. Córka zaprosiła mnie do samochodu i pojechaliśmy. Skończyły się zabudowania Siumsi, a córka jechała dalej. Wspomniałem, że już wyjechaliśmy z Siumsi, ale nie było odzewu. Pomyślałem w skrytości, czy postanowiono zawieźć mnie do Kilmiez? Jechaliśmy dalej. Minęliśmy jeden samochód, potem drugi i na odcinku, gdzie był tylko las zatrzymaliśmy się. Córka wysiadła z samochodu i zaczęła zatrzymywać jeden z tych samochodów, który mijaliśmy. Ponownie pomyślałem, że może coś się stało i potrzebna pomoc? Tymczasem poproszono mnie, abym się przesiadł do zatrzymanego samochodu. Jechali nim młodzi ludzie, mało rozmowni. Zawieźli mnie do centrum Kilmiez. I tak wyglądała moja podróż auto-stopem.
Kilmiez jest wsią nieco większą od Siumsi. Wysiadłem z samochodu i zacząłem rozglądać się. W centrum park, trochę parterowych domów ze sklepami. Kilmiez jest miejscowością, w której urodziła się Zofia, inna siostra mojego dziadka. W związku z tym wydedukowałem, że przez jakiś czas musieli również tutaj mieszkać moi pradziadowie, dlatego także moja podróż po Rosji przebiegała przez Kilmiez.
W pierwszej kolejności postanowiłem poszukać sobie miejsca noclegowego. Grupkę ludzi stojących pod sklepem zapytałem, czy jest tutaj jakaś gastinica (hotel). Mocno zdziwiony usłyszałem, że jest. Przez głowę przeleciała mi myśl – jak fajnie. Wskazano mi drogę, kierunek, w którym mam się udać. Znalazłem, zaszedłem do środka. Przypominało mi to hotel robotniczy z lat siedemdziesiątych w Polsce. Recepcja w pomieszczeniu wydzielonym z holu o ściankach ze sklejki i szkła z niewielkim okienkiem do porozumiewania się z klientami. Jednak nikogo tam nie było. Trzeba było zaczekać. Po kilku minutach zjawiła się kobieta w kuchennym fartuchu z zapytaniem, czy czegoś potrzebuję? Tak – odpowiedziałem, czy jest wolne miejsce na jedną noc? Nie, nie ma – usłyszałem. A czy wie pani, gdzie w Kilmiez można przenocować? Powiedziano mi, że jest jeszcze jedna gastinica z drugiej strony wsi. Jeszcze bardziej mnie to zdumiało – dwie gastinice w tak małej miejscowości? Nie było wyjścia, pomaszerowałem. Przy okazji rozglądałem się na miejscowe drewniane budownictwo i również próbowałem dopasować jakiś dom do domu, w którym ewentualnie mogli mieszkać moi pradziadowie. Miałem małe nadzieję, że odnajdę ten dom. Być może mieszkali w domu wynajętym, może służbowym, a nie własnym. Za krótko mieszkali w Kilmiez, żeby mogli zbudować sobie dom. Po drodze mijałem dużo domów jednorodzinnych, raczej małych, ale czasem zdarzały się większe.
Druga gastinica była na skraju wsi, na wzgórzu. Wdrapałem się po ścieżce na górę, ale nie bardzo wiedziałem którędy wchodzi się do niej. Próbowałem obejść dookoła, ale uniemożliwiały to postawione płoty. Budynek wyglądał porządniej od poprzedniego. Murowany i chyba znacznie młodszy. Wszedłem do środka. Naprzeciwko mnie wyszła wysoka, w średnim wieku kobieta. Na pytanie, czy są wolne miejsca, stwierdziła, że nie ma. Ponownie pomyślałem, jak dobrze, że mam ze sobą namiot. Do centrum wracałem drugą stroną ulicy i zacząłem dopytywać się u napotkanych przechodniów o możliwość przenocowania w prywatnej kwaterze. Kłopot był w tym, że ludzi na ulicy było jak na lekarstwo. Godziny południowe, sobota… Po drodze podziwiałem drewniane domy z tej strony ulicy. Inaczej wyglądały niż te, które można spotkać w Polsce czy w Europie wschodniej.
Wreszcie po drodze kogoś spotykam i próbowałem dowiedzieć się, czy jest jakaś możliwość przenocowania u kogoś prywatnie. Niestety, ponownie usłyszałem, że nie wie. Pytam następną i następną i cały czas odpowiedzi podobne. Idzie młoda dziewczyna i od niej próbuję czegoś dowiedzieć się. Odpowiedź podobna, ale po chwili radzi mi, żebym zaszedł do chramu. Mówi – chram jest z lewej strony, na pewno pan zobaczy. Odeszła, widać gdzieś śpieszyła się. Zacząłem się zastanawiać co to jest chram? Nigdy przedtem nie spotkałem się z tą nazwą. Zastanawiam się, czy będzie jakiś napis „Chram”, czy to nazwa jakiegoś sklepu? Nie miałem pojęcia. Dziewczyny już nie było, nie było jak dokładniej dowiedzieć się, co to jest chram. Poszedłem. Rozglądałem się z lewej strony na domy, zaglądałem w zaułki. Niczego z nazwą „chram” nie dostrzegłem. Przez ulicę przechodziła starsza pani i szła w moim kierunku. Zapytałem – gdzie jest chram, czy idę w dobrym kierunku? Tak, dobrze. Widzi pan, o tutaj, widzi pan? – odpowiedziała pokazując w kierunku cerkwi. Nigdy nie domyśliłbym się, że chram to jest cerkiew. Obszedłem ją dookoła. Wszystkie wrota były pozamykane. Trzeba było dowiedzieć się, gdzie mieszka pop batiuszka, gospodarza obiektu. Dowiedziałem się, że mieszka kilka domów dalej. Poszedłem pod wskazany adres. Był to drewniany dom, zbudowany z grubych bali. Zapukałem do drzwi. Po chwili otworzyła kobieta w wieku ok. 50 lat o przyjaznej twarzy z uroczym uśmiechem. Okazało się później, że była to żona batiuszki. Nie pytając o nic, zaprosiła mnie do środka. W przedpokoju zdjąłem plecak i poproszono do stołu w kuchni. Czy jadł pan obiad? – usłyszałem pytanie. Tak – odpowiedziałem mimo, że tak naprawdę nie jadłem, ale nie byłem głodny. Nie czekając na moją odpowiedź, stół zapełnił się. W miseczce podano kaszę gryczaną, surówkę warzywną z pomidorów i ogórków pokrojonych w kostkę zalane śmietaną, racuszki. Do tego podano placki chlebowe pieczone w piecu chlebowym znajdującym się w kuchni, kawę, ciasto drożdżowe i ciasto o bardzo ciekawym, nieodgadnionym przeze mnie smaku. Pomyślałem, czyżby czekali na mnie? Tak szybko wszystko to znalazło się na stole. W trakcie jedzenia zaczęły padać pytania: skąd przyjechałem, dlaczego przyjechałem do Kilmiez, gdzie już byłem w Rosji, jakie są moje dalsze plany, kim byli moi pradziadowie, czym zajmuję się w Polsce? Ja zapytałem, czy jest jakaś możliwość przenocowania w Kilmiez? Do stołu przysiadła się również córka gospodarzy. Widziałem, że słuchali mnie z bardzo dużym zainteresowaniem. Pokazywałem zdjęcia w aparacie fotograficznym z Lamkowa, z Olsztyna. Zacząłem się rozglądać po kuchni. Piękne pomieszczenie. Głównym jej elementem była kuchnia węglowa (zapewne palono w niej przede wszystkim drewnem) z zapieckiem. Cudo! Takie kuchnie widywałem w dzieciństwie wyłącznie na obrazkach w książkach z rosyjskimi bajkami. Z wierzchu pokryta była gliną, a nie kafelkami, i wybielona wapnem. Byłem pod wielkim wrażeniem wnętrza, w którym znalazłem się. W między czasie córka wyszła do pokoju. Po ok. 10 minutach wróciła z informacją, że jest osoba, która bardzo chętnie przyjmie mnie na noc. Ucieszyłem się. Okazało się, że i tym razem ominęło mnie korzystanie ze swojego sprzętu turystycznego. Wstałem od stołu, podziękowałem za gościnę, obdarowałem gospodarzy pamiątkami i poszedłem do przedpokoju. Zarzucam na siebie plecak, a tu usłyszałem – a gdzie się pan wybiera? Do miejsca, gdzie wskazaliście państwo. Proszę zaczekać, zaraz przyjedzie po pana samochód i odwiezie. Nie było innego wyjścia, zaczekałem. Czekając, pogrzebałem jeszcze po plecaku. Znalazłem koszulką t-shirt z oznakowaniem Warmii i Mazur obdarowałem córkę gospodarzy. Widziałem zadowolenie na twarzy młodej dziewczyny.
Podjechała stara Łada i zawiozła mnie do samotnie mieszkającej kobiety w wieku również ok. 50 lat. Przywitaliśmy się w progu. Zaproponowała posiłek. Podziękowałem, ile razy z rzędu można jeść? – pomyślałem. Do odmiany zaproponowała, że może chciałbym się odświeżyć. Odpowiedziałem, że chętnie, ale trochę później. Lena, bo tak miała na imię ta kobieta, zaczęła mnie kusić rosyjską banią. Zapytała, czy wiem co to jest? Słyszałem i czytałem o takich miejscach, ale nigdy nie miałem okazji skorzystać z kąpieli w bani. Bania była wykonana w dobudówce jej domu. Siedliśmy przy stole w kuchni i zacząłem odpowiadać na znane pytania, zadawane już wielokrotnie przy okazji innych spotkań. Za każdym razem opowiadałem o celu mojej podróży, jak mi się podoba w Rosji, jak jest w Polsce, trochę o sobie i rodzinie, gdzie mieszkam, jakie jest to miejsce. W trakcie takich rozmów bardzo szybko upływał czas. Mój rosyjski nie był płynny. Nie znałem wiele słów. Chcąc cokolwiek opowiedzieć, obracałem się wokół kilkudziesięciu słowom, które znałem. Starałem się je tak sprytnie dobierać, aby było wiadomo, co chcę przekazać. Nie było to łatwe i wymagało dużo wysiłku z mojej strony. W rozmowie pomagały mi trochę gesty i mimika. Dużą nagrodą dla mnie za ten wysiłek było pytanie: skąd tak dobrze znam język rosyjski. Szalenie mi to pochlebiało, ale też dziwiło, że tak postrzegany jest mój rosyjski. Może była to jedynie grzeczność ze strony współrozmówców?
Zbliżała się godzina 18. Lena nie pytając mnie, czy coś zjem, zaczęła się kręcić w kuchni przy garach. Być może ona zgłodniała. Kuchnia wyglądała jak w Polsce przed 20 laty, ale wyposażenie w współczesny sprzęt kuchenny. Na stole pojawiły się pielmieni, sałatka warzywna. Lubię takie jedzenie. Czekałem, aż usiądzie i ona. Przed jedzeniem zaczęła się modlić. Wstałem, aby uhonorować jej zwyczaj. Sam nie modliłem się. Nie mam tego w zwyczaju. Po jedzeniu, popijając herbatę, powiedziała, że spodziewa się uczennicy. Okazało się, że przychodzą do niej maluchy i uczy je języka angielskiego. Powiedziałem, żeby nie krępowała się moją obecnością. Zadzwonił również telefon. Okazało się, że koło godziny 22 ma przyjść jej koleżanka, która chciałaby ze mną przeprowadzić wywiad. To byłby kolejny udzielony wywiad dla miejscowych mediów. Dobrze. Lekcja skończyła się przed godziną 20. Lena poprowadziła mnie do ogrodu. Szok, jaki był czysty, grządki z warzywami wypielone, ścieżki wygrabione. W namiocie foliowym uprawiała pomidory. Dowiedziałem się, że dwa miesiące wcześniej umarła jej mama.
W czasie, kiedy prowadziła lekcję angielskiego, zająłem się swoim bagażem. Wyjąłem piżamę, przybory do mycia, przygotowałem sobie ubranie na następny dzień. W salonie, który umeblowany był starymi, stylowymi meblami, udostępniono mi wersalkę.
Lena przygotowała banię. Zapytała mnie, czy wiem jak z niej korzystać. Pierwszy raz miałem okazję skorzystania z czegoś takiego. Przyznałem się do tego Lenie. W związku z tym pokazała mi co i jak. W dobudówce do domu było pomieszczenie o powierzchni ok. 9-10 m². Stał w nim stalowy piec, w którym paliło się drewno. Integralną częścią pieca był pojemnik z wodą, prawie gotującą się oraz komora z rozgrzanymi kamieniami, otoczakami. Lena pokazała mi dwa wiadra stojące obok pieca z wodą. W jednym była czysta zimna woda, a w drugim napar ziołowy. Do tego dołączony był mały cebrzyk do nabierania wody. Miałem oklepywać się wiązką gałązek brzozowych oraz polewać czystą zimną wodą. Napar ziołowy służył do polewania rozgrzanych kamieni w piecu. W pomieszczeniu bani było bardzo gorąco. Samo wejście i czas, w którym Lena tłumaczyła co do czego służy, wystarczył, że już byłem niesamowicie mokry, spocony. Wreszcie zostałem sam i musiałem dostosować się do jej wskazówek. Nie jestem pewien, czy wszystko wykonywałem zgodnie ze sztuką kąpieli w ruskiej bani.
Byłem rozgrzany. Pot lał się ze mnie z niespotykanym natężeniem. Wydawało mi się, że już doprowadziłem się do czystości. Chciałem się ubrać. Nie mogłem jednak zahamować pocenia się. Wiadro z zimną wodą w całości wylałem na siebie i efektów nie było. Starałem się wycierać ręcznikiem, ale nic to nie dawało. Nie było wyjścia, nałożyłem na mokrego siebie uranie i wyszedłem. Efekt pocenia się trwał jeszcze przez kilkanaście minut. Początkowo głupio mi było, że jestem w mokrym ubraniu, ale w końcu przestałem się przejmować. Lena dopytywała się, czy zastosowałem się do jej wskazówek, czy wszystko w porządku. Powiem szczerze, że bardzo podobała mi się taka kąpiel: bez leżenia w wannie, bez prysznica, ciało samo się czyściło.
Było jeszcze trochę czasu do wizyty koleżanki Leny. Rozmawialiśmy o dalszych moich planach podróży po Rosji. Wspomniałem, że jutro powinienem jechać do Kirova, a potem do Słobodzka. Na wieść o Slobodzku powiedziała, że mieszka tam jej przyjaciółka. Wzięła słuchawkę telefonu i zadzwoniła do niej. Zapytała mnie, abym dokładnie powiedział kiedy będę w Słobodzku. W końcu zwróciła się do mnie i powiedziała, że w Słobodzku mam zapewnione miejsce zatrzymania się. Ogromnie ucieszyłem się. Zacząłem również dopytywać się, jak można dojechać do Kirowa. Usłyszałem, bo koło godz. 11 był autobus, który jedzie przeszło 5 godzin. Zaproponowała mi jednak inne rozwiązanie, żebym pojechał taksówką. Tak, ale ile to kosztuje? Tylko 50 rubli (ok. 4 zł) drożej od biletu autobusowego. Zdziwiłem się. Nie mogło być innej decyzji, jak zgodzenie się na taksówkę. Lena wykonała szybki telefon do taksówkarza i na godz. 8 rano byłem umówiony.
Zbliżała się godzina 22. Punktualnie do drzwi zapukała umówiona osoba, dziennikarka miejscowego pisma. Siedliśmy przy stole w kuchni. Na stole postawiła dyktafon (oczywiście zapytała, czy może), na jednej z szafek ustawiła kamerkę i zaczęliśmy rozmawiać. Pytania były podobne z jakimi spotykałem się do tej pory w trakcie swojej podróży: skąd przyjechałem, gdzie już byłem, gdzie zamierzam jeszcze pojechać, cel mojej podróży, kim byli moi przodkowie i ich życiorysy. Zauważyłem, że gdziekolwiek opowiadałem o tym, wszyscy słuchali moich opowieści z dużym zainteresowaniem i byli zaskoczeni, że taki obrałem cel podróży. Rozmawialiśmy ponad dwie godziny.
Zrobiło się późno i trzeba było udać się na odpoczynek.
 
24 sierpnia (niedziela)
Lena o 7 rano zarządziła pobudkę. O godz. 8 miała przyjechać taksówka. Do Kirowa było ok. 260 km. Na śniadanie została podana jajecznica usmażona na kiełbasie i herbata. Lena starała się wcisnąć mi jakieś kanapki i napoje na podróż. Nie lubię w trakcie podróży jeść, więc podziękowałem. Lena była nieco zdegustowana, ale… Jak zwykle ciężko było się rozstawać. W każdym miejscu, w którym bywałem byłem bardzo serdecznie przyjmowany. Ludzie byli nadzwyczaj serdeczni i gościnni. I tym razem nie było inaczej. Chętnie zostałbym trochę dłużej, ale z moich wyliczeń czasowych, biorąc pod uwagę realizację swojego planu podróży, czas pobytu w Rosji stawał się coraz bardziej napięty.
Na najbliższe dni plany miałem takie: zajechać do Kirowa. Zorientować się, gdzie jest parafia rzymsko-katolicka, gdzie jest archiwum. Potem chciałem jechać do Słobodzka i po kilku dniach powrót do Kirowa.
Taksówka przyjechała punktualnie. Był to granatowy van Volkswagen siedmioosobowy. Tuż przed odjazdem Lena rozmawiała z kierowcą. Później okazało się, że podpowiedziała mu, gdzie ma mnie wysadzić w Kirowie. Wskazała mu hotel w centrum miasta, ale o tym powiedział mi dopiero taksówkarz. W taksówce byłem sam. Trochę się zdziwiłem, że opłaca mu się wieźć mnie samego do Kirowa za cenę nieco wyższą niż cena biletu autobusowego.
Niedziela, na szosie ruch nieduży. Zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie. Po drodze kierowca z przystanków autobusowych zabierał pasażerów. W końcu jechaliśmy w komplecie. Takim sposobem wyjaśniła się opłacalność kursu do Kirowa. Trochę rozmawiałem z współpasażerami, ale nie byli zbyt chętni do rozmów.
Droga była piękna. Potężne obszary leśne. Co kilkadziesiąt kilometrów przy drodze niewielkie osady zbudowane wyłącznie z drewna. Odniosłem wrażenie, że muszą tam mieszkać biedni ludzie. Płoty przy domach raczej walące się, dużo niewykoszonego zielska. Pomieszczenia gospodarcze walące się lub nie wiele do tego brakowało. Nie tylko przy tej drodze, ale wcześniej również zauważyłem, że przy drogach i głębiej na nieużytkach rosło bardzo dużo Barszczu Sosnowskiego. Chyba jest to plaga tamtych terenów. Dobrze wyrośnięte krzewy i gęsto rosnące. Strach z samochodu wysiąść na siusiu.
Po drodze zwrócił moją uwagę fakt, że na pewnym odcinku drogi, która była o dobrej nawierzchni i szeroka, skończył się asfalt. Przez pół kilometra, a może jeszcze więcej jechaliśmy drogą gruntową. Odcinek był fatalny. Olbrzymie powybijane nierówności. Kierowca sprytnie omijał duże zagłębienia. Potem zapytałem, skąd ta przerwa w dobrej nawierzchni? Powiedział mi, że kilka lat temu prowadzony był remont drogi i wówczas pozostawiono niezakończony odcinek. Dlaczego? – zapytałem. Nie umiał odpowiedzieć na moje pytanie jedynie zasugerował, że może zabrakło pieniędzy, a może brygady zostały pilnie przerzucone w inne miejsce i potem zapomniano o niedokończonej drodze. Po drodze kierowca mówił mi o swoim niezadowoleniu co do prowadzonej polityki wewnętrznej w Rosji. Mówił, że średnia klasa nie ma szans rozwoju, nie zgadza się z tym, że jest tak olbrzymia amplituda między zarobkami w społeczeństwie rosyjskim. Starałem się nie wdawać w dyskusję, bo nie wiedziałem jak mogło być przyjęte moje stanowisko na ten temat.
W godzinach południowych byłem już w Kirowie. Za przejazd taksówką zapłaciłem 600 rubli (50 zł). Kirow jest miastem liczącym blisko pół miliona ludności, leżącym nad rzeką Wiatka i ok. 1000 km na północny wschód od Moskwy. Podjechaliśmy pod hotel wskazany przez Lenę. Z samochodu zabrałem plecak i wszedłem do hotelu. W recepcji zapytałem o wolne miejsca, o ceny. Okazało się, nie wiem czy był to przypadek, czy umówione przez Lenę, że był tylko jeden wolny pokój jednoosobowy za bardzo niewielkie pieniądze. Za pokój zapłaciłem 900 rubli (ok. 75,- zł). Rzeczy zaniosłem do pokoju. Zacząłem zastanawiać się, co dalej z tak rozpoczętym dniem. Następnego dnia miałem jechać na kilka dni do Słobodzka, a potem wrócić do Kirowa także na kilka dni. Postanowiłem popołudnie przeznaczyć na rekonesans po mieście. Zszedłem do recepcji. Zacząłem dopytywać się, gdzie jest kościół parafii rzymsko-katolickiej w Kirowie, przy jakiej ulicy jest Archiwum Państwowe, czy są w Kirowie ulice Nikołajewska, Moskowskaja. Liczyłem na to, że w parafii rzymsko-katolickiej przynajmniej uzyskam informację, gdzie szukać ksiąg parafialnych. Koniecznie chciałem pójść do Archiwum i starać się znaleźć jakiekolwiek informacje o swoich przodkach. A ulice Nikołajewska i Moskowskaja były ulicami, na których znajdowały się na przełomie XIX i XX wieku studia fotograficzne. W tych studiach zrobionych była znaczna część zdjęć rodzinnych z tamtego okresu, a które znajdują się w posiadanych przeze mnie albumach
Młoda dziewczyna, recepcjonistka odnalazła miejsca, w których znajduje się kościół rzymsko-katolicki i Archiwum. Z ulicami było nieco gorzej, ponieważ zmieniły nazwy, ale i z tym problemem w końcu uporała się. W podzięce, jak zwykle pozostawiłem kilka gadżetów.
Wszystkie wskazane miejsce znajdowały się w centrum lub bezpośredniej bliskości. Recepcjonistka na planie miasta zaznaczyła mi miejsca, o które pytałem.
W hotelu był bar, poszedłem coś zjeść. Niestety nie umiano mi wskazać potrawy, która byłaby specjalnością zakładu. Chciałem zjeść coś miejscowego. Wziąłem bliny. Potem popiłem kawą (nienajlepszą) i poszedłem do miasta. Hotel mieścił się blisko teatru, w którym urządzono wystawę poświęconą gadom prehistorycznym. Nie udało mi się dostać do środka. Teatr był zamknięty. Pierwsze moje wrażenie z Kirowa. Miasto wydało mi się nieuporządkowane urbanistycznie. W centrum domy niskie parterowe, obok kilkunastopiętrowe, duże zaasfaltowane przestrzenie. Wszędzie było czysto, ale asfalt spękany, nierówny. Bardzo wysokie krawężniki oddzielające chodnik i o dziwo nigdzie na jezdniach nie były pomalowane pasy.
W pierwszej kolejności udałem się do miejsca, gdzie miał być kościół rzymsko-katolicki. Niestety, w miejscu, które miałem zaznaczone na mapie, nie było kościoła. Zacząłem dopytywać się o jego usytuowanie. Było z tym trochę problemów. Nie wiele osób umiało mi go wskazać. Po drodze zaczepiłem pewnego jegomościa i zapytałem, czy może mi wskazać, gdzie jest kościół katolicki? Okazało się, że gość był mocno wstawiony, czego wcześniej nie zauważyłem. Bełkotliwym głosem pokazał mi kierunek bliżej nieokreślony, ale również bardzo chciał rozmawiać ze mną. Powiedział między innymi, że jego żona jest katoliczką. W Rosji był to pierwszy spotkany przeze mnie człowiek, będący pod wpływem… Jakże wyobrażenia Polaków o Rosjanach różnią się od tego co spotykam tutaj. A może ja podróżuję po innej Rosji? Rozstaliśmy się w serdecznych uściskach. W końcu dwie bardzo sympatyczne i chcące mi pomóc panie, poszły razem ze mną. Po drodze mijaliśmy piękne stare kamienice. Piękne jest to stare z poprzednich stuleci, rosyjskie drewniane budownictwo, w których mieszkali ludzie średniozamożni. W końcu obie panie wskazały mi kościół w swojej bryle, nie wiele różniącej się od kościołów w Polsce. Na murach kościoła była tablica „Обьект культурного наследия (пaмятник истории и культуры) народов Российской Федерации” – obiekt dziedzictwa kulturowego (pomnik historii kultury) narodów Rosyjskiej Federacji. Na tablicy była również informacja, że kościół był budowany w latach 1899-1903. Pomyślałem, że wielu informacji o swoich przodkach z ksiąg metrykalnych z tego kościoła zapewne nie zdobędę, ale mogą być szanse na okres od 1903 do 1906 tj. do chwili, kiedy pradziadowie mieszkali w Słobodzku. Drzwi do kościoła były pozamykane. Odniosłem wrażenie, że kościół może nie spełniać swojej roli, jako bożnicy. Na tablicach informacyjnych były podane dni i godziny, w których odbywały się lub będą odbywać się koncerty muzyczne. Wychodząc z terenu kościoła zauważyłem na ogrodzeniu jeszcze jedną tablicę z numerem telefonu do parafii. Od razu zatelefonowałem, aby umówić się na spotkanie z księdzem. W słuchawce usłyszałem jedynie, że nie mogę odebrać, proszę zadzwonić później.
Poszedłem dalej. W planach miałem odnalezienie Archiwum. Przechodnie nie bardzo orientowali się, gdzie ono jest. Wróciłem do centrum i w końcu zrezygnowałem z poszukiwań. Było już popołudnie. Trochę pokręciłem się po mieście. Moje obserwacje potwierdziły wcześniejsze spostrzeżenia, że jest to miasto spore pod względem ilości mieszkańców, ale pod względem architektury i układu urbanistycznego, prowincjonalne.
Wróciłem do hotelu. Jak wspominałem wcześniej, codziennie wieczorami starałem się prowadzić krótkie notatki z przeżytego dnia. Opisałem więc swoje spostrzeżenia. Zajrzałem również na swoją pocztę internetową. Podróżując po Rosji miałem dwa telefony komórkowe – jeden z polskim numerem, jaki używam w Polsce, a drugi z rosyjską kartą. Do łączy internetowych służył mi numer rosyjski, bo miejscowy i cena dostępna. Niestety tego popołudnia wyczerpał mi się limit rozmów telefonicznych i limit korzystania z internetu. W recepcji zapytałem, gdzie można dokupić limit rozmów. Wytłumaczono mi gdzie, ale już nie chciało mi się iść do miasta. W recepcji zatrzymałem się trochę dłużej. Zagadnąłem recepcjonistkę, w jaki sposób można dostać się do Słobodzka. Okazało się, że jeżdżą tam autobusy podmiejskie co 40 minut. Były też pytania ze strony młodej, sympatycznej dziewczyny, gdzie mieszkam, co robię… Opowiadałem o Warmii i Mazurach i jak żyje się w Polsce. Potem zaszedłem do baru, zjadłem kolację, kupiłem szklankę miejscowego piwa, które wypiłem już w swoim pokoju.
Następnego dnia miałem jechał do Słobodzka. Jest to miejsce, w którym przez ponad 25 lat mieszkał z rodziną i pracował pradziad Michał. Tam urodził się dziadek Aleksander i większość jego sióstr i brat. Tam też chodzili do szkół, tam mijało im dzieciństwo.
 
25 sierpnia (poniedziałek)
Wstałem dość wcześnie, ale bez przesady. Śniadanie zjadłem w barze hotelowym. Następnie musiałem wybrać się do miasta dokupić limit rozmów telefonicznych i dostępu do Internetu. Telefon był mi niezbędny do ewentualnego kontaktu z Aleksandrem. W Słobodzku musiałem także zatelefonować do Katii i dokładnie dopytać się, gdzie mieszka, jak do niej trafić. Co prawda Lena podała mi adres, ale… nigdy nie wiadomo. Na uzupełnienie limitu wydałem 200 rubli, ale nie wiedziałem na jak długo on mi wystarczy. Przecież w Kirowie i Słobodzku byłem na roamingu. W Rosji jest tak, że karty telefoniczne, numery telefoniczne są przypisane do rejonów, a poza nimi obowiązuje roaming. Rosja kraj olbrzymi i trudno się spodziewać, żeby w całym kraju był ten sam operator i te same stawki połączeń.
Koło godziny 10 wsiadłem do autobusu linii 102 w kierunku Słobodzka. Po godzinie byłem na miejscu. Całe szczęście Katia mieszkała niedaleko wskazanego wcześniej przystanku autobusowego. Szukając jej bloku, trochę jednak błądziłem. Budynek stał w drugim rzędzie od ulicy, a i wejścia do niego były z różnych stron. Telefon przydał się. Jedno pytanie, drugie pytanie i udało się, znalazłem się przed drzwiami mieszkania Katii. Drzwi otworzyła młoda osoba (ok. 35 lat), dobrze zbudowana blondynka, o szerokich barach. Za jej nogami wyglądały dzieci, jedno z jednej strony, drugie z drugiej strony. Była to dwójka jej dzieci – synek w wieku 2 lat i córcia 5 lat. Został mi pokazany pokój, w którym mogę zostawić swoje rzeczy i który będę zajmował w trakcie pobytu w Słobodzku. Tylko zdążyłem zrzucić z siebie plecak usłyszałem: proszę do stołu. Nie byłem jeszcze głodny, nie było przecież jeszcze południa. Śniadanie zjadłem w Kirowie. Czy lubię barszcz? – usłyszałem. Bardzo lubię, ale za wcześnie trochę na danie obiadowe. Jednak nie miałem odwagi odmówić. Pomyślałem, że Katia chce mnie ugościć „czym chata bogata”. Czy będę miał coś przeciw, jak usiądziemy w kuchni? – zapytała. Nie, absolutnie – odparłem – w Polsce również spożywanie posiłków z gośćmi w kuchni jest często praktykowane. Często stwarza to miły, rodzinny klimat. Barszcz był pyszny. Coś w rodzaju barszczu ukraińskiego. Proponowano mi jeszcze inne potrawy, ale musiałem odmówić, nie dałem rady pomieścić więcej. Widziałem, że Katia chciała mi dogodzić jak potrafiła najlepiej. Jak wszędzie rozmawialiśmy o celu mojej podróży, o tym jak jest w Polsce.
Mieszkanie Katii było trzypokojowe na pierwszym piętrze. Dostałem do swojej dyspozycji salon. Pokój ok. 25 m². Widać było, że był w trakcie remontu. Ściany pokryte gładzią szpachlową, nie pomalowane. Na suficie zamiast kinkietu, wisiała tylko żarówka w oprawce. Stała wersalka, ale miałem spać na rozłożonej amerykance. Innych mebli nie było. Zauważyłem ciekawy patent do odpowietrzania grzejnika. Zamontowano zwykły zawór-wylewkę. Pod ścianami na podłodze kilka przedmiotów, kilka pudeł, dywan, a na nim trochę porozrzucanych dziecięcych zabawek.
Niedługo potem do drzwi zapukał młody człowiek (ok. 25 lat). Dowiedziałem się, że w Słobodzku był znaną osobą poprzez swoją działalność kulturalno-oświatową. Z jego opowieści wynikało również, że dużo pracuje społecznie. Zaproponował, że zabierze mnie i będzie moim przewodnikiem po Słobodzku. Myślę, że było to wcześniej umówione między Katią a nim. Przedstawił się. Miał na imię Kostia. Katia zapytała, czy chcę zobaczyć miasto? Oczywiście – odparłem. Katia zaprosiła nas do swojego bordowego samochodu (Mazda 626). Samochód miał swoje lata i zapewne swoją burzliwą historię. Razem z nami wsiadły dzieci. Wysiedliśmy w centrum miasta, a Katia z dziećmi odjechała. Widziałem, że umawiała się z Kostią, kiedy ma przyjechać po nas. Słobodzk nie jest dużym miastem – ok. 34 tys. mieszkańców. Pochodziliśmy trochę po centrum. Wspomniałem, co chciałbym zobaczyć i osiągnąć w trakcie pobytu w Słobodzku. Mówiłem, że przede wszystkim chciałem zobaczyć budynki, zaułki pamiętające okres przełomu XIX i XX wieku. Może udałoby się znaleźć jakieś informacje dotyczące Marii Rybak z domu Zubelewicz (najstarsza siostra mojego dziadka), o której bardzo niewiele mam informacji. Może będą jakieś inne ślady obecności moich przodków?
Kostia zaproponował mi zajść do miejscowej biblioteki. Widać, pomysł narodził się po stwierdzeniu, że chciałem znaleźć ślady życia pradziadów. Poszliśmy tam, ale biblioteka była nieczynna. Zaczęliśmy chodzić uliczkami miasta. Zostały mi pokazane ruiny monastyrów. Okazało się, że w Słobodzku były dwa monastyry: żeński i męski. Niegdyś tereny należące do monastyrów zajmowały znaczną część miasta. Widać było, że jeden z nich był w trakcie odbudowywania. Odbudowywano obiekt, który przez władze rosyjskie został udostępniony klerowi, a drugi…, prawdopodobnie popadnie w jeszcze większą ruinę. Niestety, w Rosji, szczególnie na prowincji, nie dba się o obiekty zabytkowe.
Pokazano mi również budynek, w którym obecnie ma swoją siedzibę gimnazjum, ale jego historia sięga XVIII wieku. Przez cały okres aż do dnia dzisiejszego, w tym samym obiekcie było i jest gimnazjum. Zaciekawiło mnie to, przecież do tego gimnazjum musiały chodzić dzieci pradziada.
Przed przyjazdem Katii weszliśmy jeszcze do muzeum miasta Słobodzk. W Muzeum zainteresowały mnie fotografie wiszące na ścianach wykonane pod koniec XIX wieku i na początku XX. Skoro mój pradziad był osobą znaczącą ze względu na zajmowane stanowisko w służbie carskiej, było bardzo prawdopodobne, że mógł przebywać w towarzystwie osób sfotografowanych i sam być na jednej z nich. Nie było zbyt wiele czasu na dokładne przyglądanie się fotografiom, więc fotografowałem wszystkie. Pomyślałem, że po powrocie, w domu przyjrzę się im dokładnie. Były również zdjęcia pokazujące miasteczko z tamtym okresie.
W Muzeum byliśmy przeszło godzinę. Nie była to wielka placówka, ale z zainteresowaniem przyglądałem się szczególnie fotografiom.
W końcu przyjechała Katia. Zaprosiła nas do samochodu i pojechaliśmy na przedmieścia Słobodzka. Trafiliśmy do „Музей – усадьба академика А. Н. Бакулева”. Bakuliew był wybitnym rosyjskim lekarzem i dzieciństwo spędził w budynku, w którym mieściło się owo muzeum. Przed wejściem do środka, czekała na nas dyrektorka placówki. Na tablicy przed wejściem zamieszczono informację, że w poniedziałki Muzeum jest nieczynne. Mimo to, potraktowano mnie jako gościa specjalnego i otworzono drzwi. Moim przewodnikiem po salach muzealnych była Pani Dyrektor. Ku mojemu zdziwieniu, Muzeum było typowym muzeum etnograficznym. Zebrano w nim przedmioty codziennego użytku z poprzednich wieków, narzędzia, sprzęt. Były także wypchane zwierzęta gospodarskie. Samemu Bakuliewowi poświęcono niewielką część powierzchni muzealnej.
Muszę przyznać, że faktycznie, byłem traktowany jako gość specjalny. Miałem możliwość dotykania, brania w ręce, próbowania w jaki sposób działały zgromadzone muzealia.  Miałem w związku z tym dużą frajdę. W Polsce, czy w innych miejscach świata, nie miałbym takich możliwości. Ale gdzie lekarz Bakuliew? Po obejściu niemal całego budynku, przeszliśmy do holu na parterze i tam była ekspozycja poświęcona słynnemu lekarzowi. Tam też część ekspozycji przedstawiała stary sprzęt medyczny i naczynia apteczne.
Okazało się również, że nie był to koniec ekspozycji. Na podwórku zagospodarowano pomieszczenia gospodarcze i starą kuźnię. Zgromadzono tam narzędzia rolnicze wraz z ciągnikiem z początku XX wieku. W kuźni narzędzia, którymi posługiwali się kowale. Pozwolono mi usiąść na ciągnik rolniczy. Duża maszyna.
Na zakończenie zostałem obdarowany broszurkami o Muzeum. Ja również miałem kilka drobiazgów z Warmii i Mazur, którymi obdarowałem moją przewodniczkę. Na koniec wpadliśmy sobie w ramiona.
Czas spędzony w Muzeum był dla mnie dużą frajdą. Wiele zebranych przedmiotów, takie jak samowary, moździerze, żelazka z duszą, nosidła na wodę, pamiętałem jeszcze z dzieciństwa. Miło spędziłem kilka godzin, za co byłem wdzięczny Katii i Kostii. Miałem wrażenie, że Katia osobiście znała Panią Dyrektor. Ale pomyślałem również, że serdeczność Rosjan wobec osób obcych, obcokrajowców, jest bezinteresowna i rzeczywista. Być może w Polsce również obcokrajowiec spotkałby się z taką gościnnością, ale naszym życiem bardziej zaczęły rządzić procedury, przepisy i strach przed ich nieprzestrzeganiem. Nie wiem jakie zasady obowiązywały w Muzeum w Słobodzku? Być może też są twarde reguły, które zostały złamane w stosunku do mojej osoby?
Katia musiała jechać po córkę do przedszkola, a chciano mi pokazać jeszcze miejsce, gdzie prowadzono w Słobodzku wykopaliska i znaleziono ślady starego średniowiecznego grodu. Na miejscu niczego specjalnego nie widziałem. Była jedynie tablica informująca o prowadzonych pracach wykopaliskowych i krótki opis tego co znaleziono.
Zrobiło się późne popołudnie. Katia podjechała w umówione miejsce i pojechaliśmy do domu. W międzyczasie córką opiekowała się sąsiadka, a synek cały czas towarzyszył Katii. W kuchni zasiedzieliśmy do szybko przygotowanej kolacji i długo rozmawialiśmy. Okazało się, że Katia jeszcze kilka lat wcześniej wyczynowo uprawiała biatlon. Potem było małżeństwo, dzieci, rozwiodła się i została sama z dwójką dzieci z niedokończonym remontem mieszkania. Na życie zarabiała poprzez wykonywanie masaży. Skończyła w tym kierunku odpowiednie szkolenia i kursy. Siła fizyczna pozostała jej po uprawianiu sportu. Mówiła, że ma umowę z przychodnią lekarską oraz że również pacjenci prywatnie zgłaszają się do niej na zabiegi. Faktycznie, tego wieczora przyszła kobieta. Przyjęła ją w kuchni. Pod ścianą był długi stół, na którym kładła swoich pacjentów. Skąd o tym wiem? Otóż zapytała mnie czy chcę, aby zrobiła mi masaż pleców. Trochę nalegała. Krępowałem się nieco, ale w końcu zgodziłem się. Zabieg wykonała w miejscu wcześniej wskazanym. Trwał około pół godziny. Nie wiem czy mi w czymś pomógł, ale na pewno nie zaszkodził.
Wieczorem byłem już zmęczony. Dużo było wrażeń, dużo było zwiedzania.

 26 sierpnia (wtorek)
Obudziłem się stosunkowo wcześnie. Nie mogłem stwierdzić, że odpocząłem. Amerykanka (fotel), na której spałem, nie była wygodna. Kilka razy w nocy rozjechała się i znajdowałem się na podłodze. Poszczególne części amerykanki były bardzo nierówne. Musiałem szukać odpowiedniej pozycji, miejsca, aby nic mnie nie gniotło w plecy czy w bok.
Katia zrobiła śniadanie. Usmażyła naleśniki, które braliśmy w rękę, zwijaliśmy w rulonik i maczaliśmy w śmietanie. Do popijania była herbata.
Synek Katii (dwulatek) był bardzo żywym chłopcem. Katia mówiła, że ma kłopoty zdrowotne. Nie bardzo zrozumiałem na czym one polegają, ale prawdopodobnie ma kłopoty z oddychaniem i jakieś uczulenie. Sposób jego zachowania się, ruchliwość zupełnie nie wskazywały na to. W trakcie jedzenia śniadania, maluch poszedł do zajmowanego przeze mnie pokoju i dorwał się do moich rzeczy. Bardzo intrygował go mój telefon komórkowy i futerał z okularami. Z okularami miałem trochę kłopotu po jego buszowaniu. Wyleciało szkiełko, miałem powyginane uszy i przestrojony telefon.
O godz. 10 byłem umówiony z Kostią. Przyszedł punktualnie. Zaproponował mi odwiedzenie jeszcze jednego muzeum. Ekspozycje muzealne poświęcone były kolejarzom zasłużonym dla Słobodzka. Niezbyt mnie to interesowało, ale Kostia bardzo starał się, żeby urozmaicić mi czas i trudno było odmówić. Zrobiłem kilka zdjęć osób zamieszczonych na fotografiach wykonanych na przełomie XIX i XX wieku. Cały czas miałem na uwadze fakt, że być może pradziad miał kontakt z tymi ludźmi. Po wyjściu z muzeum chodziliśmy ulicami miasteczka. Nic nadzwyczajnego nie zwróciło mojej uwagi. Owszem, kilka obiektów, które mogły być w jakimś stopniu związane z obecnością mojej rodziny w Słobodzku przed półtorej wieku. Starałem dowiedzieć się, w którym miejscu ewentualnie mogli mieszkać, ale nikt nie umiał na to pytanie odpowiedzieć. Ja natomiast nie znałem adresu pod jakim zamieszkiwali.
W samym centrum stoi maleńka drewniana cerkiew wybudowana w 1610 r. Była zamknięta – szkoda. Potem poszliśmy nad rzekę Wiatka. Dolina rzeki leżała kilkanaście, a może dwadzieścia kilka metrów poniżej poziomu usytuowania miasteczka. Z góry ładny widok na rzekę. Wije się z piaszczystymi brzegami i mieliznami. Pomyślałem, że zapewne Dziadek oraz jego rodzeństwo w dzieciństwie musieli chodzić tam bawić się, kąpać. Brzegi rzeki prawdopodobnie wyglądały podobnie jak dzisiaj.
Tego dnia było nawet chłodno. Ubrałem się cieplej, ale niewystarczająco. Zmarzłem.
Kostia, jako osoba udzielająca się społecznie, mająca kontakty z miejscowymi mediami i osobami odpowiedzialnymi za działalność kulturalną, umówił nas na spotkanie z dziennikarzami miejscowej telewizji. Powiedział, że spotkanie ma się odbyć o godz. 13ºº. Było jeszcze trochę czasu. Zmarznięty, chciałem już iść do gmachu siedziby telewizji. Okazało się jednak, że redaktorzy chcą nakręcić kilka ujęć w parku. Dobrze, wytrzymam jeszcze tych kilkanaście minut w chłodzie – pomyślałem. Punktualnie w umówionym miejscu zjawili się: operator z kamerą i redaktorka z mikrofonem. Postanowiono przeprowadzić wywiad na ławeczce w parku. Uprzedziłem młodą, sympatyczną dziewczynę trzymającą w ręku mikrofon, że mój rosyjski nie jest najlepszy. Z pełnym wdzięku uśmiechem odparła, że poradzimy sobie. Jednak nieco denerwowałem się. Będą zadawane pytania, czy ja wszystko zrozumiem o co mnie będą pytać?
Kilka ujęć na ławce, zmiany pozycji, kilka ustawień kamery i zaczęło się. Nie było źle. Doskonale rozumiałem o co mnie pytano i myślę, że chyba dość zrozumiale odpowiadałem. Jak zwykle pytania dotyczyły celu mojej podróży, kim byli moi przodkowie, gdzie bywałem w Rosji, jakie mam plany, jakie są moje wrażenia z pobytu w Rosji. Pytano mnie również, gdzie mieszkam, jak mi się żyje. Wszystko to nie trwało zbyt długo. Na ławeczce z redaktorką siedzieliśmy trochę ponad pół godziny. Widziałem, że była zadowolona z nakręconego materiału.
Przyjechała Katia swoją Mazdą 626. Jak zwykle przyjechała z synkiem. Był za mały, żeby mogła oddać go do przedszkola, a zapewne i swoich znajomych nie chciała za bardzo obarczać opieką. Pomyślałem, że trudno jej się żyje. Zajechaliśmy jeszcze po córeczkę do przedszkola.
Popołudnie przesiedzieliśmy w mieszkaniu Katii. Na zewnątrz było chłodno i zaczął padać deszcz. Zrobiłem małą przepierkę. Katia przygotowywała obiad, a raczej obiadokolację. Zaproponowałem, że może coś pomogę. Spotkałem się ze wzrokiem, który gdyby miał takie możliwości, zastrzeliłby. Zająłem się więc zabawianiem malucha.
Obiad był gotowy. Podano mielone kotlety z gatunku ryby występującej tylko w tym rejonie, kaszę jęczmienną polaną roztopionym masłem i mizerię z ogórków. Potem herbata.
Wieczorem przyszła pacjentka na masaż. Potem jeszcze trochę posiedzieliśmy przy herbacie. Rozmawialiśmy o jej pracy, o moich wrażeniach ze Słobodzka. Wspomniałem, ze nie znalazłem zbyt wielu śladów po swoich przodkach. Przede wszystkim chciałem zlokalizować miejsce ich mieszkania, znaleźć ślad po Marii Zubelewicz-Rybak. Niestety, nie udało się. Kostia nie chciał lub nie wiedział, gdzie jest stary cmentarz, a może już nie istniał i wstydził się tego faktu. Chciałem uzyskać informację, kiedy umarła i gdzie została pochowana Maria. Wiedziałem, że umarła bardzo młodo, przy narodzinach pierwszego dziecka. Zresztą maleństwo również nie przeżyło.
Chciałem podziękować Katii za pomoc w Słobodzku. Pomyślałem, że zostawię jej trochę pieniędzy. Ponownie spotkałem się z „zabijającym” wzrokiem. Miałem również wyrzuty sumienia, że nie kupiłem w mieście czegokolwiek dzieciakom. Nie przyszło mi to do głowy. Pomyślałem – wyślę paczkę z Olsztyna z jakimiś drobiazgami dla dzieciaków. Adres do niej znałem od Leny.
Wieczorem zatelefonowałem do Kirowa, do księdza, aby spróbować umówić się na spotkanie. Nie miał zbyt wiele czasu na rozmowę. Powiedział jedynie, że na plebanii nie ma żadnych dokumentów. Wspomniałem jeszcze, że mam zamiar w Kirowie zajść do Archiwum. Okazało się, że jeden z jego parafian jest pracownikiem Archiwum. Podał mi numer telefonu do niego.
Po raz pierwszy w trakcie podróży po Rosji poczułem, że jestem już nieco zmęczony. Przecież od dwóch tygodni, dzień w dzień coś się działo. Podróże, noclegi w różnych miejscach, rozmowy ze spotkanymi ludźmi. Szczególnie rozmowy nie były dla mnie czymś łatwym. Mały zasób słownictwa sprawiał, że musiałem się mocno gimnastykować, aby przekazać to co chciałem powiedzieć, opowiedzieć. Zdarzało się również, że czegoś nie rozumiałem to co do mnie mówiono. Zawsze jednak mogłem zapytać o powtórzenie, albo żeby powiedziano trochę inaczej.
Do tej pory plan podróży, jaki założyłem przed wyjazdem, wykonywałem w pełni. Byłem w tych miejscach, w których chciałem być.
 
27 sierpnia (środa)
Rano po śniadaniu, Katia z dziećmi odprowadziła mnie do przystanku autobusowego. W Kirowie wysiadłem w miejscu, które już znałem. Zaszedłem do hotelu, w którym wcześniej nocowałem. Okazało się, że tanich miejsc tym razem nie było. Były miejsca za 2400 rubli i droższe. Było to dla mnie nie do przyjęcia. Postanowiłem zadzwonić do księdza, ale on nie odbierał. Zatelefonowałem do pana, parafianina kościoła rzymsko-katolickiego. Umówiłem się na spotkanie. Poprzednim razem, gdy byłem w Kirowie, podano mi adres Archiwum. Pojechałem tam autobusem. Okazało się jednak, że pracuje on w innym oddziale, po drugiej stronie miasta. Plecak na plecy i ponownie do autobusu. W końcu trafiłem do niego. Ów pan rozumie trochę po polsku. Zdziwiłem się. Opowiedział, że kilkakrotnie był w Polsce z pielgrzymkami. Ja natomiast zacząłem opowiadać o celu podróży i obecności w Kirowie. Pokazałem swoje notatki dotyczące pradziadów. Pokazałem również skany zdjęć wykonanych w Kirowie z wizerunkami mojego dziadka i jego sióstr. Na zdjęciach był podany adres ówczesnego studio fotograficznego: „уголь Московская и Вознесенская ул. д. Лавров”. Zapytałem, czy orientuje się, gdzie to jest. Na mapie dokładnie mi wskazał to miejsca. Jednak w sprawie, o którą wcześniej zagadnąłem, czyli o ewentualnych archiwaliach, stwierdził, że nie bardzo mi może pomóc, ponieważ pracuje w dziale historii współczesnej. Powiedział, że powinienem pojechać z powrotem i udać się prosto do dyrektora Archiwum. Pomyślałem – ale sobie pokrążę po Kirowie z plecakiem! Ale co robić? Jednym z podstawowych celów jaki miałem zrealizować w Kirowie, to obecność w Archiwum. Przy okazji zapytałem o możliwość noclegu. Powiedział, że bywają wolne miejsca w parafii, na plebanii. Zadzwonił do parafii. Przekazał mi informację, że w parafii ktoś będzie dopiero po godzinie 18. Postanowiłem jeszcze raz zadzwoniłem do księdza i tym razem bez skutku.
Pojechałem na dworzec kolejowy zostawić w przechowalni plecak. Okazało się, że przechowalnia ma przerwy w przyjmowaniu i wydawaniu bagażu. Niestety, musiałem czekać. Podobnie było z dworcową toaletą. Godzinna przerwa w środku dnia. Jeżeli ktoś nie ma mocnych zaworów zmoczy sobie spodnie, albo… Zaszedłem do kas biletowych. Chciałem kupić bilet do Moskwy na piątek. Kolejka była spora. Po pół godziny dotarłem do okienka. Kasjerka zapytała, gdzie i kiedy chcę jechać? Te pytania zrozumiałem, ale potem zaczęła mnie pytać tak szybko i dla mnie niezrozumiale o inne rzeczy, że nie wiedziałem o co chodzi. Z pomocą przyszła mi młoda kobieta stojąca za mną. Zaczęła tłumaczyć mi to o co pytała kasjerka. O dziwo, to co mówiła ta sympatyczna młoda osoba rozumiałem doskonale i ona mnie rozumiała. W końcu dowiedziałem się, że chodzi o to jaką klasą chcę podróżować i czy na korytarzu, czy w przedziale. Jak zwykle kupując bilet musiałem okazać swój paszport, ponieważ bilety są imienne.
Stojąc w kolejce ktoś telefonował do mnie. Był to ksiądz. Bardzo się ucieszyłem. Miałem przeczucie, że może mi w wielu sprawach pomóc, a w szczególności poinformować mnie, gdzie można szukać ksiąg metrykalnych, gdzie się udać w sprawie noclegu. Zresztą miałem przy sobie namiot i przy każdej takiej okazji niepewności pocieszałem się, że rozstawię go gdzieś pod miastem, za czyimś pozwoleniem na jego podwórku.
Ksiądz w pierwszych słowach powiedział mi, że nie będzie miał czasu dla mnie, ponieważ wyjeżdża do Moskwy. Wróci dopiero w piątek. Nie była to dla mnie najlepsza wiadomość. A ja w piątek również wyjeżdżałem do Moskwy, ale wieczorem. Zapytałem także, czy ksiądz wie, gdzie można w Kirowie tanio przenocować. Chwila zastanowienia i ciszy w słuchawce. Wreszcie usłyszałem: „Ja wyjeżdżam za kilka godzin. Do piątku będzie wolne moje mieszkanie w Kirowie. Zamieszka pan u mnie.” Ogromnie się zdziwiłem. Propozycja była zaskakująca i niebywale frapująca. Przystałem na nią. Ksiądz: „A gdzie pan jest teraz?” Stwierdziłem, że na dworcu kolejowym. „To będę za 15 minut.” Podałem informacje jak wyglądam, jak jestem ubrany i że mam plecak. Bez trudu mnie rozpoznał. Ksiądz był młodym człowiekiem, ubranym po cywilnemu. O jego profesji świadczyła jedynie koloratka. Wsiedliśmy w duży samochód van Toyota i zawiózł mnie na osiedle mieszkaniowe na przedmieściach Kirowa. Osiedle starych bloków z lat 50-tych może 60-tych z dużą ilością zieleni. Podwórka między blokami raczej zaniedbane z wielkimi kałużami (było zimno i dość mokro). Gdzie niegdzie chodniki, ale trawników raczej nie było. Dużo ścieżek wydeptanych przez mieszkańców, bo zapewne trakty chodnikowe nie były ułożone w dobrych miejscach.
Mieszkanko niewielkie na pierwszym piętrze w czteropiętrowym bloku. Dwa niewielkie pokoje, kuchnia, łazienka. Ksiądz pokazał mi co gdzie mogę znaleźć i żebym się nie krępował używając naczyń i tego co jest w lodówce. Wskazał pokój, który mogę zająć. Podał mi świeżą pościel. Poprosił mnie, abym jeszcze z nim wyszedł na zewnątrz. Pokazał mi, gdzie są sklepy, bar, przystanek autobusowy, z którego mogę dostać się do centrum. Wręczył mi klucze od drzwi. Powiedział, że będzie w piątek rano i że skontaktuje się ze mną. Pożegnał się i odjechał. Na chwilę wróciłem do mieszkania, rozpakowałem się, umyłem i poszedłem coś zjeść do wskazanego baru. Przyzwyczaiłem się do wystrojów barów jakie odwiedzałem. Wszystkie wyglądały jak w Polsce z czasów gomułkowskich czy gierkowskich. Ten był podobny. Ważne, że było co zjeść i nie krzywiłem się. Wsiadłem do trolejbusu linii 4 i pojechałem do centrum. Nie marnując czasu, zacząłem szukać kamienicy na rogu ulic, w której mieścił się zakład fotograficzny na przełomie XIX i XX wieku. Bez większego trudu znalazłem. Było to kolejne miejsce, które chciałem odnaleźć podczas swojej podróży po Rosji. Przecież w tej kamienicy bywali moi przodkowie, stąpali po schodach, wchodzili do środka. Może osoby postronne uznały by ten fakt za banał, ale ja tym żyłem, chciałem trochę choćby w taki sposób być ze swoimi przodkami.
Była to stara okazała kamienica w centrum Kirowa. Podobnie jak w Kazaniu i tutaj było widać, że pradziad nie chodził fotografować siebie i rodziny do podrzędnych
Budynek, w którym mieściło się pod koniec XIX w. studio fotograficzne fotografów. Bardzo byłem szczęśliwy, że odnalazłem to miejsce. Obchodziłem je kilkakrotnie.
Wróciłem do mieszkania. Przedtem kupiłem trochę produktów na kolację i śniadanie.
Okazało się, że dzień był bardzo udany: niespodziewana propozycja zakwaterowania i odnalezienie atelier fotograficznego.
 
28 sierpnia (czwartek)
Rozpoczął się piętnasty dzień pobytu w Rosji. Otworzyłem oczy i wydawało mi się, że jeszcze mogę poleniuchować w łóżku. Na zewnątrz było bardzo szaro i miałem wrażenie, że jest jeszcze wczesna godzina. Nie, było już po siódmej, ale niebo zasłaniały ciemne ołowiane chmury, z których rzęsiście padało. Trochę zmartwiło mnie to. Przecież miałem w planach włóczenie się po mieście i co najważniejsze, zajechanie do Archiwum. Deszcz lał do dziesiątej. Czekając aż nieco poprawi się pogoda, z okna obserwowałem ulicę. Woda płynęła całą szerokością. Tutaj, jak i w Moskwie nie było kanalizacji burzowej.
Koło dziesiątej wyruszyłem tym razem trolejbusem linii nr 1 do Archiwum. Nie miałem problemów z poruszaniem się po Kirowie. Miałem podręczny plan miasta z zaznaczonymi liniami komunikacyjnymi. W trolejbusie wytłumaczono mi kiedy mam wysiąść. Zresztą, już raz byłem koło Archiwum i mniej więcej kojarzyłem to miejsce.
Wszedłem do środka budynku Archiwum. Na parterze bramki reagujące na metalowe przedmioty, obok stojący strażnik. Odezwał się przyjaźnie, w czym może mi pomóc. Byłem przygotowany, że mam udać się prosto do dyrektora Archiwum, więc mówię, że chcę się spotkać z dyrektorem. Przechodząc przez bramkę, zadzwoniła. Musiałem zdjąć zegarek. Wcześniej wyjąłem kilka przedmiotów z kieszeni, ale zapomniałem o zegarku. Musiałem oczywiście jeszcze raz przechodzić przez bramkę. Wartownik wytłumaczył mi ja dostać się do sekretariatu dyrektora. Dotarłem. Za biurkiem w sekretariacie siedziała młoda dziewczyna. Grzecznie zapytała, co mnie sprowadza. Na wieść, że chciałbym spotkać się z dyrektorem, poprosiła, żebym chwilę zaczekał, ponieważ musi zapytać, czy zostanę przyjęty. Nie trwało to długo. Po chwili dowiedziałem się, że zostanę przyjęty, ale muszę trochę poczekać. Usiadłem więc na korytarzu i czekałem na sygnał. Korzystając z okazji sprawdziłem, czy zabrałem ze sobą dokumenty, które przygotowałem na tą okoliczność jeszcze w Lamkowie. Był to życiorys pradziada Michała w języku rosyjskim, skany zdjęć z okresu, kiedy mieszkał w Słobodzku. Po kilkunastu minutach otrzymałem sygnał, że mogę iść do dyrektora. Cały czas miałem wrażenie, że dyrektorem jest mężczyzna. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że zza biurka wyszła kobieta w wieku ok. czterdziestu kilku lat. Wyciągnęła w moim kierunku rękę na znak powitania, a ja swoim zwyczajem ucałowałem ją. Bardzo była zdziwiona takim gestem z mojej strony. Miłe wrażenie zrobiła na mnie ta osoba. Zasiedliśmy i oczywiście pytanie jaka sprawa mnie sprowadza do Archiwum. Wyciągnąłem swoje papierzyska. Zacząłem tłumaczyć swoją obecność w Archiwum, w Kirowie, w Słobodzku i Rosji. Chyba panią dyrektor zainteresowałem swoim opowiadaniem. Przejrzała przedstawione jej dokumenty i powiedziała, że najprawdopodobniej znajdą się jakieś dokumenty dotyczące mojej rodziny. Słowa te mocno mnie podbudowały. Zapytała jak długo będę w Kirowie. Powiedziałem, że jeszcze jeden dzień. Przypomniała mi, że jest pewna procedura szukania i ewentualnego przekazania odpisów znalezionych dokumentów. Jeden dzień to za mało, aby móc cokolwiek odnaleźć. Zaproponowała, że jest możliwość wysłania odpisów dokumentów do Polski. Musiałem jednak napisać stosowne podanie z prośbą o odnalezienie dokumentów dotyczących mojej rodziny. Do gabinetu dyrektorki został zaproszony jeden z pracowników Archiwum. Zostały mu przekazane moje papiery z informacjami o przodkach. W sekretariacie, na dobrą sprawę to ten pracownik Archiwum napisał podanie o odszukanie archiwaliów, a ja tylko podpisałem się. Pani dyrektor uprzedziła mnie także, że o ile znajdą się jakieś dokumenty, powiadomią mnie e-mailem, że są i jaki jest koszt usługi odszukania. Dopiero po otrzymaniu przez Archiwum opłaty, wyślą mi odpisy dokumentów. Wszystko zrozumiałem i przystałem na sposób załatwienia sprawy. W Archiwum byłem ok. godziny. Po wyjściu postanowiłem wrócić do mieszkania i wziąć aparat fotograficzny, który wcześniej zapomniałem zabrać.
Pogoda stale zmieniała się. Tym razem zaczął wiać dość zimny wiatr. Nie bardzo byłem zdecydowany jak się ubrać na chodzenie uliczkami i skwerami Kirowa. Nie było również pewne, czy przypadkiem nie zacznie padać deszcz. Nawet kilkakrotnie wracałem się zmieniając odzienie. W końcu postanowiłem nałożyć bluzę polar, a na wierzch kurtkę ortalionową. Takim sposobem byłem zabezpieczony przed zimnem i deszczem.
Tym razem w Kirowie chciałem obejrzeć przede wszystkim obiekty sakralne i miejsca, które wydawały mi się najstarsze w mieście. Jak już kilkakrotnie wcześniej wspominałem, zależało mi na miejscach, które mogły nie zmienić się od okresu, w którym żyli pradziadowie. Przy sobie miałem jedynie plan miasta, ale nie miałem przewodnika, toteż kierowałem się intuicją. Wsiadłem do trolejbusu i dojechałem do centrum do ul. Карла Маркса. Jedna z dwóch głównych ulic miasta. Zacząłem rozglądać się, gdzie są cerkwie. Łatwo można było je dostrzec po złoto-błyszczących kopułach. Po drodze natknąłem się na zbudowaną ściankę, na której umieszczono kilkadziesiąt fotografii osób wyróżnionych za działalność społeczną, zawodową lub w jakiś inny sposób dla miasta Kirow. Zresztą podobne ściany widywałem wcześniej w innych miastach. Widać, że musi to być jeden ze zwyczajów w Rosji uhonorowywania osób współcześnie zasłużonych. Obszedłem dookoła (chyba) główny plac miasta, przy którym stał potężny budynek siedziby władz Kirowa. Nieodzownie, na placu stał pomnik Lenina, kilka luksusowych limuzyn. Przypadkiem trafiłem na pomnik Fiodora Iwanowicza Szalapina – słynnego, może najsłynniejszego śpiewaka rosyjskiego żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Nie znalazłem nigdzie informacji dlaczego pomnik tego artysty został postawiony w Kirowie. Przypomniało mi się, jak Oleś (wuj z Olecka urodzony w Moskwie w 1903 r.) czasem opowiadał o tym jak Szalapin entuzjastycznie był witany w Moskwie, gdy zjawiał się na występy w operze. Spacerując zauważyłem, że zabudowa centrum miasta jest mocno zróżnicowana. Jest trochę starych XIX-wiecznych murowanych budynków, które są poprzedzielane drewnianym budownictwem. Pomyślałem sobie, że przecież przez Kirow nie przechodziły fronty I ani II Wojny Światowej. Może było trochę napięć związanych z Rewolucją Październikową. Tak więc co miało zniszczyć stare budownictwo? Zabudowa również nie jest ułożona w Podejrzewam, że cześć starych domów same „zapadały się pod ziemię”, częściowo były rozbierane, aby postawić nowe przez bogatych w tamtych czasach. Ludzie poubierani jak wszędzie w Europie. Wiele marek samochodów jeżdżących ulicami nie różni się od tego co widziałem w Polsce czy Europie Zachodniej. Większość obiektów jest jednak zaniedbanych, wymagających odnowienia, pomalowania, a najprawdopodobniej zadbania przez gospodarza. Cały czas chodzą mi go głowie słowa Aleksandra: w Rosji nie ma dla kogo konserwować, odbudowywać, nie ma turystów, nikt z Rosjan nie chce zwiedzać Rosji. Może właśnie dlatego tak wyglądają miasta poza Sankt Petersburgiem i Moskwą.
Chodząc po Kirowie, jak wspomniałem wcześniej, chciałem zobaczyć kilka cerkwi. Dla Polaka żyjącego w Polsce, gdzie w zdecydowanej większości kościołów są kościoły katolickie wyznania rzymskokatolickiego, cerkwie są pewną rzadkością. Z dala postrzegłem złocące się kopuły na wieżach cerkwi. Podszedłem bliżej i okazywało się, że w jednej mieści się siedziba klubu sportowego Dynamo Kirow. Do innej nie mogłem się dostać, chociaż obchodziłem ją dookoła. Udało mi się wejść do jednej, która częściowo uległa spłonięciu. W tym dniu nie miałem okazji zobaczyć wielu świętych miejsc. Poszedłem dalej i znalazłem miejsce, starą ulicę, z której wykonano niezbyt długi deptak. Były tam bary, kafejki i sklepiki z regionalnymi gadżetami, pamiątkami. Postanowiłem kupić trochę pamiątek rodzinie. W jednym ze sklepików usłyszałem, że na tej ulicy w lipcu odbywała się prezentacja polskich filmów. Trochę zdziwiłem się, ale zrobiło mi się również przyjemnie słysząc takie rzeczy.
Deptakiem dotarłem do promenady nadrzecznej, nad rzeką Wiatka. Ścieżka spacerowa ciągnąca się kilka kilometrów wyłożona polbrukiem, z barierką zabezpieczającą spacerowiczów przez ześlizgnięciem się i upadkiem z wysokiej skarpy, ławeczki, tarasy widokowe. Całość pomyślana ze smakiem, bo ładne widoki i dość starannie wykonane. Jednak i tutaj zdarzyły się niedopatrzenia. Wzdłuż ciągu spacerowego stała stara, jakby porzucona kamienica. Jej widok zupełnie nie pasował do całej reszty. Mogli by przynajmniej poprawić jej estetykę elewacji. Po drodze spotkałem spacerujące dwie młode dziewczyny. Poprosiłem, aby zrobiły mi zdjęcie na tle doliny rzeki Wiatka. Chętnie zgodziły się, ale nie chciały, abym ja je sfotografował.
Spacerując, zwróciłem uwagę, że nie widzę ptactwa wodnego na rzece ani na brzegach rzeki. Nie było kaczek, mew… Czyżby w rzece nie było ryb? Przecież nad rzekami w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu pływającego i latającego ptactwa jest pełno.
Nie było jeszcze zbyt późno. Zaszedłem więc do Muzeum „Краеведческий Музей”. Pokaźną część ekspozycji stanowiły wykopaliska z przełomu III i IV wieku znalezione w okręgu kirowskim. Były też eksponaty etnograficzne oraz inne przedmioty głównie z okresu od XVII do XX wieku. Mnie jak zwykle zainteresowały zdjęcia wykonane na przełomie XIX i XX wieku. Namiętnie je fotografowałem, ponieważ nie było czasu na dokładne przyglądanie się im. Zapytałem obsługę, czy Muzeum posiada wersje elektroniczne wystawionych zdjęć? Chętnie wziąłbym ze sobą zdjęcia w takiej wersji. Niestety, odpowiedziano mi, że nie mają.
Zrobiło się późne popołudnie. Byłem już zmęczony całodziennym chodzeniem po mieści. Pojechałem więc do mieszkania. Po drodze zrobiłem zakupy na obiadokolację. Mrożone pielmieni tatarskie, pieczywo, coś na chleb, trochę owoców i nieodzowny w Rosji kwas chlebowy. Dobrze gasi pragnienie.
Od Orenburga sam jeżdżę po Rosji, ale cały czas mam z kimś kontakt. Wieczorami dzwonią do mnie osoby, które poznałem wcześniej i pytają jak sobie radzę. Dzisiaj dzwoniła Katia ze Słobodzka. Jest to bardzo miłe, że interesuje ich mój los. Między innymi pytała, jakie mam plany na następne dni. Wymieniłem co jeszcze chciałbym zobaczyć, gdzie być i wspomniałem o Kałudze. Powiedziała, że w Kałudze ma znajomych, przyjaciół i chętnie zarekomenduje mnie. Niesamowita jest życzliwość Rosjan.
 
29 sierpnia (piątek)
Ostatni dzień pobytu w Kirowie. Obudziłem się dość wcześnie. Niebo zachmurzone, ale od czasu do czasu wyglądało słońce. Od rana czekałem na telefon od księdza. Umówiliśmy się, że da znać jak wróci z Moskwy. Zjadłem śniadanie, włączyłem telewizor. Pogoda, niestety, zaczęła się psuć. Koło godziny 10 odebrałem telefon od księdza. Kilkanaście minut później przyjechał. Zaproponował, że pokaże mi cerkwie w Kirowie. Ucieszyłem się, ponieważ w poprzednim dniu próbowałem to zrobić, ale nie miałem szczęścia i nie wiele widziałem. Spakowałem i zabrałem swoje rzeczy. Wsiedliśmy do samochodu księdza. W pierwszej kolejności chciał mi pokazać dom opieki prowadzony przez parafię. Był to dom dla samotnych matek z dziećmi do 1,5 roku życia. Parafia finansuje tą placówkę z datków wiernych oraz z niewielkiej dotacji otrzymywanej od władz miasta. Matki z dziećmi przebywają nieodpłatnie. Ksiądz opowiadał, że była cała batalia z władzami miejskimi o usankcjonowanie tej placówki i udostępnienie miejsca na jej prowadzenie. Zaszliśmy do środka. Powitała nas kobieta, która kierowała tym domem. Praktycznie, jak wynikało z opowieści księdza, w tym ośrodku jednocześnie była ona kierownikiem, opiekunem przebywających tam osób, intendentem. W momencie, kiedy weszliśmy do środka, nie było zbyt wiele osób. Kręciło się kilka kobiet z maluchami. Dowiedziałem się, że w tej chwili pod opieką domu było 8 matek z maleństwami. Pokazano mi pomieszczenia, w jakich żyją i przebywają podopieczni. Było czysto. Wyposażenie skromne, ale odniosłem wrażenie, że praktycznie było wszystko, co było potrzebne podopiecznym. Zapytałem się, czy po wyjściu podopiecznych z Ośrodka, parafia ma dalej z nimi kontakt? Kierowniczka odpowiedziała, że różnie to bywa. Czasami jest tak, że o kilka miesięcy przedłużają swój pobyt, ale z reguły nie mają już kontaktu z podopiecznymi. Przez głowę przeszła mi myśl, że może podzielić się informacją o tym miejscu w Polsce np. w Starostwie Powiatowym w Olsztynie, może chcieliby również współpracować? W tym celu wziąłem ze sobą kilka ulotek z adresem i telefonami.
Z księdzem pojechaliśmy na plebanię. Plebania mieściła się niedaleko dworca kolejowego. Otoczona była wysokim ogrodzeniem, ze szczelnie zbitych ze sobą desek. Podwórze wylane płytą cementową, raczej zaniedbane. W środku kilka pomieszczeń. Jedno przeznaczone na kapliczkę dla modlących się z kilkoma ławkami. Pozostałe pomieszczenia służyły do pracy lub odpoczynku. Ogólnie ciemno i raczej przytłaczająco. Wypiliśmy kawę, trochę rozmawialiśmy o tym jak żyje się w Rosji, o mentalności Rosjan. Dowiedziałem się, że Rosjanie na nic nie narzekają. W sklepach jest prawie wszystko, mają co jeść, w co ubrać się, mają swojego wodza, któremu ufają. W trakcie rozmowy doszliśmy wspólnie do wniosku, że fakty historyczne, które są przekazywane w różny sposób, na ogół nie są obiektywne. Dokładnie opowiedziałem o swoich celach podróży, ale widziałem, że księdza nie bardzo to interesowało.
Pojechaliśmy zwiedzać cerkwie w Kirowie. Ksiądz trochę opowiadał mi o nich, pokazywał ciekawe miejsca, ale nie wiele z tego zapamiętałem. Między innymi pokazał mi ławeczkę, na której często przesiaduje ze swoimi przemyśleniami. Fakt, ciche, uroczy kącik przy jednej z cerkwi. Innym razem pokazał stare pomniki nagrobne popów przy innej cerkwi. Wchodziliśmy do większości świątyń. Nie zauważyłem w żadnej z nich starego oryginalnego wystroju. Budowle były stare, ale wnętrza wyposażone współcześnie.
Zaprosiłem księdza na obiad. Poprosiłem, aby wskazał lokal, gdzie możemy spokojnie usiąść i dobrze zjeść. Nie znałem na tyle Kirowa, aby samemu zaproponować miejsce. Przejechaliśmy pół miasta i znaleźliśmy się w ni to barze, ni to restauracji opodal dworca kolejowego. Trochę mnie to zaskoczyło. Samoobsługa, stoliki świetlicowe bez przykrycia stołu. Pomyślałem, trudno, był to wybór księdza. Może chciał zamanifestować skromność? A może innych lepszych lokali nie było? W każdym razie ksiądz stwierdził, że tutaj bardzo smacznie dają jeść. Jak wszędzie, gdzie stołowałem się, chciałem zjeść coś rosyjskiego, regionalnego. Tak było i tym razem. Ksiądz nie umiał mi podpowiedzieć, co jest potrawą charakteryzującą ten region.
Stwierdził, że wszystko, co tutaj można zjeść jest rosyjskie, tutejsze. Zamówiłem bliny z mięsiwem ostro przyrządzonym. Owszem było smaczne.
Rozstaliśmy się przed godziną osiemnastą. Poszedłem na dworzec zostawić w przechowalni plecak. W międzyczasie telefonowała Lena, u której nocowałem w Kilmiez. Powiedziała, że jest w Kirowie i chciałaby się spotkać ze mną. Do Kirowa przyjechała w jakiś swoich sprawach. Odjazd pociągu do Moskwy miałem o godz. 20:30, było więc jeszcze trochę czasu. Spotkaliśmy się w tym samym barze/restauracji, w której jadłem obiad z księdzem. Posiedzieliśmy godzinę przy rozmowach o jej pracy i tym jak poznała Katię ze Słobodzka, o tym jak jest w Polsce, a jak w Rosji. Lena tego dnia jechała jeszcze do Słobodzka do Katii i tam miała nocować. Poszedłem na dworze odebrać swój bagaż. Dworzec był remontowany. Toalety były bardzo przyzwoicie wykonane, chociaż w kabinach do załatwiania tzw. cięższych spraw nie było sedesów. Sprawy te załatwiało się w pozycji kucznej (toaleta turecka). W poczekalni było czysto. Przed wejściem do poczekalni trzeba było okazać bilet kolejowy. Czekając na przyjazd pociągu, w poczekalni pojawił się trochę podpity mężczyzna w średnim wieku. Zaczął rozmawiać nieco głośniej ze swoim kolegą siedzącym w jednej z ławek. Natychmiast pojawiło się dwóch mundurowych i osobnika wyprowadzono. To był drugi przypadek będąc w Rosji, że widziałem podchmielonego człowieka w miejscu publicznym.
Pociąg przyjechał punktualnie. Kirow żegnał mnie deszczem. Przed wejściem do pociągu stała procedura, sprawdzanie biletu wraz z dokumentem tożsamości. W wagonie nr 3 zacząłem rozglądać się, gdzie jest miejsce nr 9. Okazało się, że tym razem miałem swoje miejsce w przedziale na piętrze. Oczywiście zapakowana hermetycznie czysta pościel z ręcznikiem leżała na leżance, był materac, koc i poduszka. Plecak schowałem pod dolną leżanką. W przedziale oprócz mnie były jeszcze trzy młode osoby: dwóch mężczyzn i kobieta. Na imię im było Ludmiła, Alosza i Siergiej. Wszyscy jechali do Moskwy. Dwójka z nich miała się przesiąść w Moskwie i jechać dalej odwiedzić rodzinę. Trzeci, jechał w poszukiwaniu pracy. Był Alosza i Siergiej. Wszyscy jechali do Moskwy. Dwójka z nich miała się przesiąść w Moskwie i jechać dalej odwiedzić rodzinę. Trzeci, jechał w poszukiwaniu pracy. Był operatorem ciężkiego sprzętu budowlanego. Wszyscy mówili, że na prowincji, bardzo trudno jest o pracę, a w Moskwie zawsze coś się znajdzie. Był wieczór i czas na kolację. Każdy z nich wyjął to, co miał ze sobą do jedzenia. Jedni mieli kanapki, ciasto wypiekane w domu, a Alosza wyjął racuszki z ciasta drożdżowego i inne frykasy przygotowane przez jego mamę. U mnie z zapasów zabranych z Polski nie wiele pozostało. Wyciągnąłem jakieś zupki firmy „Winiary”. Nauczony doświadczeniem poprzednich podróży wiedziałem, że wszystko co się miało do jedzenia wypadało wyłożyć na stół i zaproponować wspólne spożywanie. Obrazą dla współtowarzyszy podróży byłaby odmowa wspólnego spożywania tego, co znalazło się na stoliku. Więc oni spróbowali polskie zupki, a ja jadłem to, co wystawione było przez pozostałych współpodróżnych. Miły zwyczaj, na pewno pomagający nawiązanie na czas podróży wspólnego języka. Przecież podróże pociągiem po Rosji nie trwają kilka godzin. Jedzie się kilkanaście godzin, a przy dużych odległościach nawet do tygodnia. Jeszcze chwila rozmów i przyszedł czas na przygotowanie się do snu. Rozściełanie pościeli. Z doświadczenia podróżowania rosyjskimi kolejami już wiedziałem, że na wierzchu plecaka należy mieć piżamę i przybory do mycia. Przed godziną 22:00, przed toaletą zrobiła się kolejka. Mamy z małymi dziećmi, osoby starsze i część pozostałych podróżnych spokojnie czekała na swoją kolejkę. Toaleta była jedna, a pasażerów w wagonie pięćdziesiąt kilkoro. O 22:00 gaszą światło w wagonie. Przed zgaszeniem światła przez wagon przeszła konduktorka (opiekunka wagonu) zabrała śmieci, przeleciała się wilgotną szmatą po podłodze w całym wagonie. W wagonach rosyjskiej kolei naprawdę jest czysto. Pasażerowie nie brudzą wokół siebie i obsługa wagonu dba o czystość. Mie ma przykrych zapachów. Wagony są klimatyzowane. Zgasło światło i zapanował półmrok. Pozostały pojedyncze punkty oświetlające korytarz. Czyściutki, przebrany w piżamkę z przyjemnością położyłem się. Przecież w trakcie dnia trochę nadreptałem się.

30 sierpnia (sobota)
Dobrze spało mi się. Odpocząłem. Fakt czasem łapałem się w nocy na tym, że wystają mi nogi poza moją leżankę, ale takie są te leżanki. Spojrzałem przez okno wagonu, a tam mokro. Rano, pani obsługująca wagon przeszła się ciągnąc wózek z napojami, słodyczami i gadżetami. Oczywiście wszystko do kupienia. Poszedłem do wagonowego samowara (świetny wynalazek), wziąłem „podstakannik”, nalałem wrzątek do szklanki i zaparzyłem jedną z ostatnich, jakie mi pozostały torebek z herbatą. Powoli dojeżdżaliśmy do Moskwy. Trudno określić ile kilometrów, kilkanaście, czy kilkadziesiąt, przed Moskwą, ale ostatni odcinek drogi pociąg jechał bardzo wolno. Na peronie w Moskwie zatrzymał się punktualnie, co do minuty – 9:43. Przed wyjściem z wagonu pożegnaliśmy się ze współpasażerami. Miałem jeszcze jakieś drobne gadżety z Polski. Podzieliłem się nimi. Za każdym razem w takich sytuacjach widziałem, zaskoczenie Rosjan moją inicjatywą i ich wdzięczność. Ludmiła, Alosza i Siergiej przyglądali się otrzymanym ode mnie pamiątkom. Widziałem zadowolenie na ich twarzach.
Na spotkanie ze mną, na dworzec przyjechał Aleksander. Wcześniej telefonicznie informowałem go, którego dnia, jakim pociągiem, w jakim wagonie zjawię się w Moskwie. Zresztą, przez cały czas mojej podróży po Rosji utrzymywaliśmy ze sobą kontakt telefoniczny.
Aleksander zapytał mnie – czy chcę jechać do Kasziry odpocząć, czy jedziemy zwiedzać Moskwę. Wybór nie był trudny. Po podróży nie byłem zmęczony, więc po co jechać do Kasziry ok. 100 km, a potem wracać do centrum Moskwy. Postanowiłem powłóczyć się po mieście. Aleksander stwierdził – jedziemy zwiedzać Kreml. OK. – odparłem. Dwa tygodnie temu trochę chodziliśmy po Moskwie, ale wówczas dziedziniec Kremla był zamknięty. Była więc doskonała okazja coś więcej zobaczyć.
Pojechaliśmy samochodem i zaparkowaliśmy na przeciwnym brzegu rzeki Moskwa. W dalszym ciągu pogoda nie rozpieszczała. Było dość chłodno, nad nami wisiały ciężkie chmury, z których co jakiś czas padał deszcz. Ruszyliśmy pieszo. Przechodząc przez most na drugą stronę rzeki, Aleksander pokazał mi pomnik Aleksandra Wielkiego – cara Rosji na fregacie. Wcześniej widziałem pomnik na różnych zdjęciach w publikacjach, czy w filmach. Piękny pomnik. Nie podchodziliśmy bliżej, ale z pewnej odległości na tle ciężkich chmur na niebie, było co podziwiać.
Wyszliśmy na Plac Czerwony. Aleksander pokazał, którędy jeżdżą i wjeżdżają do Kremla rządowe samochody. Zapytałem, czy Putin urzęduje na Kremlu? Okazuje się, że jest na nim bardzo rzadko, jedynie przy oficjalnych spotkaniach i wyjątkowych sytuacjach. Więc co się mieści w budynkach wewnątrz Kremla poza obiektami muzealnymi? Rozlokowane są różne instytucje, kilka ministerstw – usłyszałem.
płacenia w kasach z biletami. Tym razem uparłem się i postawiłem na swoim i udało się. Kupiłem bilety wstępu dla nas obu. Poszliśmy w kierunku „Троицкой башты” – główne wejście. Przed wejściem stoi na baczność żołnierz i pełni wartę. Koło niego kręcą się turyści, robią zdjęcia przy nim, a on nic stoi jak słup soli, nawet okiem nie mrugnie. Zupełnie tak jak warty przed pałacem Buckingham czy przed zamkiem Tower w Londynie lub Pomnikiem Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Nie wiem skąd wziął się ten zwyczaj, ale jest kultywowany w wielu miejscach świata. Weszliśmy do środka i skupiliśmy się na oglądaniu cerkwi. Byliśmy w pięciu z nich. Wszędzie tłumy. W zdecydowanej większości były to wycieczki Azjatów. Przewodnicy z różnymi chorągiewkami z przodu, a za nimi próbowały nadążyć kilkudziesięcioosobowe grupy. Można było się zorientować po wyglądzie turystów, że pochodzili prawdopodobnie z Chin, półwyspu Indochińskiego. Trochę było grup złożonych z osób o śniadej cerze, czyli mogli to być Hindusi. Powiem szczerze, że raz tylko usłyszałem małą kilkuosobową grupkę mówiącą po włosku. Rosjan raczej nie było zbyt wielu. Oglądając cerkwie mieliśmy trochę szczęścia. Udawało nam się przemykać od jednej do drugiej między opadami deszczu. Byliśmy w pięciu cerkwiach. W każdej biło w oczy bogactwo wystroju. Pełno złota, pięknych ikon, bogato malowane ściany i sufity. Największe wrażenie na mnie zrobiła cerkiew Aleksandrowski Sobór. A co mi tak przykuło uwagę? Sarkofagi bojarów, kniaziów i carów pochowanych w tej świątyni począwszy od XIV wieku. Sarkofagi, które zostały wyjęte spad ziemi i ustawione na widok publiczny. Były pięknie rzeźbione, malowane, ale najważniejsze – oryginalne. Bardzo żałowałem, że nie było można fotografować. Wszędzie natomiast można było nieodpłatnie pobrać ulotki ze zdjęciami i opisami XVI wieku i była największą w tamtych czasach. Waży 39,5 tony oraz mierzyła ponad 5 m długości. Podobno ani razu nie wystrzeliła. Inną niecodzienną atrakcją na Kremlu jest dzwon Царь-колокол. Potężny dzwon ważący 11,5 tony. Odlany w XVIII wieku. Otóż potężny dzwon, który ani razu nie dzwonił. Podczas wciągania na wieżę, zerwał się z lin i upadając wyszczerbił i takim sposobem okazał się bezużyteczny. Trochę czasu upłynęło zanim obejrzeliśmy świątynie. Chwilę popatrzyliśmy na ogrody Kremla.
Postanowiliśmy wracać do domu. Było już po siedemnastej. Aleksander proponował, że może coś zjemy, ale lepiej było jechać do domu. Nie byłem jeszcze na tyle głodny, aby paść zemdlony. Po drodze zajechaliśmy do marketu Auchen. Aleksander zrobił zakupy. Niespodziewanie zboczyliśmy z trasy i padła komenda – wysiadamy. Aleksander zatrzymał się przy barze szybkiej obsługi. Widać, jemu kiszki zaczęły coraz głośniej grać marsza. Bar, jak to takie bary w Rosji, nic nadzwyczajnego. Przypominały nasze bary z lat siedemdziesiątych. Fakt, łyżki i noże nie były przymocowane do stołu łańcuchami. Zjedliśmy zapiekanki.
Aleksander doskonale radził sobie w kuchni. Nie pytałem skąd u niego takie umiejętności. Może, po prostu, lubi gotować? Może zmusiła go do tego potrzeba? Przecież mieszkał sam. Zaproponowałem swoją pomoc. Nie chciał o niej słyszeć. Wziąłem więc prysznic, przebrałem się w coś lżejszego. Poszedłem do pokoju uporządkować rzeczy w plecaku.
Koło godziny 20:00 kolacja była gotowa, a w zasadzie obiadokolacja. Na talerzach pojawił się pieczony kurczak z ryżem i surówką. Do kolacji wypiliśmy po kieliszku rosyjskiej wódki. Była doskonała okazja opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach, jakie odniosłem po dwóch tygodniach podróżowania. Aleksandra bardzo interesowały moje wrażenia z wędrówki po Rosji.
Bilet lotniczy na powrót do Polski miałem wykupiony na dzień 3 września. Zostało kilka dni pobytu w Rosji. Miałem w planie pojechać jeszcze śladami internowania, a następnie pobytu w obozie pracy mojego Taty w 1944 i w 1945 roku w Kałudze i Serednikowie. Wspomniałem o tym Aleksandrowi. Aleksander oburzył się: „Jaki obóz pracy?”. Zacząłem mu tłumaczyć jak to wyglądało, jak pracowali polscy żołnierze AK (partyzanci) wywiezieni z lasu spod Wilna. Nie do końca dawał wiarę mojemu opowiadaniu. Powiedziałem, że chciałbym zajechać do Kaługi, zobaczyć koszary, gdzie przebywał Tata. Aleksander stwierdził, że Kaługa jest zupełnie nowym miastem. Nie ma tam już starej zabudowy, że nie ma sensu tam jechać. Zaczęliśmy więc szukać na mapach w internecie usytuowania Serednikowa. Znaleźliśmy. Faktycznie, w koło tej wioski były duże przestrzenie leśne. Obóz jednak nie był w wiosce lecz w lesie. Aleksander zwrócił uwagę na niewielką niezalesioną przestrzeń. Doszliśmy do wniosku, że to miejsce trzeba będzie sprawdzić. Jeszcze nie wiedziałem, jak dostanę się do Serednikowa. Tutaj z propozycją wyszedł Aleksander – „Zawiozę Ciebie. Sam jestem ciekawy tego miejsca”. Odniosłem wrażenie, że cały czas nie bardzo ufał moim opowiadaniom o obozie pracy i sam chciał na własne oczy zobaczyć to miejsce.
Aleksander zapytał mnie, co planuję robić następnego dnia? On niestety nie może mi towarzyszyć. Musi z samego rana jechać do Moskwy. Ma dyżur. Uzgodniliśmy, że pojadę do Moskwy, ale później. Chciałem samodzielnie pokręcić się po mieście. W związku z tym zaproponował, że zostawi mi klucze. Przygotował mi plan Moskwy. Wytłumaczył jak i czym najłatwiej dostać się do centrum miasta.
Nastał już późny wieczór. Była blisko północ. Poczułem zmęczenie. Mycie ząbków i do łóżka.
 
31 sierpnia (niedziela)
Obudziłem się. Aleksandra już nie było. Wykąpałem się, zrobiłem sobie śniadanie. Popatrzyłem jeszcze raz w notatki i na mapę, aby przypomnieć jak mam dojechać do centrum Moskwy. Nie było zbyt ciepło, ale ważne, nie padało. Koło godziny 11:00 wyszedłem z domu. Miałem udać się na przystanek autobusu linii podmiejskiego nr 381. Aleksander powiedział wczoraj, że autobusy tej linii kursują z częstotliwością, co 40 minut i żebym pamiętał, że ostatni autobus wyjeżdża z Moskwy o dwudziestej. Na przystanku czekałem dosyć długo. Widocznie tuż przed moim przyjściem odjechał. Czekając, kupiłem obok w kiosku plan Moskwy. Kupiłem, ponieważ ten, który pozostawił mi Aleksander był duży, nieporęczny. W końcu nadjechał. Wsiadłem i miałem jechać do końcowego przystanku, gdzie w pobliżu miał znajdować się przystanek metra. Znalazłem przystanek Красногвардейская. Kupiłem bilet. Spojrzałem na plan metra i wybrałem przystanek docelowy – Театральная. Na planie metra policzyłem ile przystanków mam jechać, aby wiedzieć, na którym przystanku mam wysiąść. Znalazłem odpowiedni peron. Po chwili nadjechała kolejka. Nie było zbyt wielu podróżujących. Wszyscy siedzieli jakby zamyśleni. Widać było, że jest to ich stała trasa może do pracy, może do uczelni, może na zakupy. Młodzież miała słuchawki w uszach. Zapewne słuchała muzyki. Bardzo głośno było wewnątrz wagonu. Hałasowały toczące się koła, a szczególnie było głośno w trakcie przyśpieszania i hamowania. Okazało się, że niepotrzebnie sprawdzałem ile przystanków muszę przejechać. Doskonale zorganizowana była informacja w składzie metra. Przez głośniki podawano nazwy stacji, do której pociąg zbliża się i jaki będzie następny przystanek. Była także informacja świetlna. Wysiadłem, jak planowałem. Po wyjściu na powierzchnię okazało się, że stoję naprzeciwko Teatru Wielkiego Balszoj. Zerknąłem na plan Moskwy, aby zorientować się, gdzie jestem i ruszyłem. Chciałem obejrzeć trochę starej części miasta. Okazało się, że dobrze trafiłem obierając ten przystanek metra. Samo centrum, a poza tym była to ta część miasta, którą chciałem obejrzeć. Zabudowa osiemnasto- lub dziewiętnastowieczna, uliczki przytulne, pełne uroku. Chodziłem w przestrzeni między ulicami: Никольскaя, Мясницкая, Чистопрудный i Покровский Бульвар, a Подколокольный пер. Przestrzeń dosyć duża, ale ciekawy byłem tej dzielnicy szczególnie, że co raz znajdowałem się w bardzo urokliwych zakątkach.
Zwróciłem również uwagę, że przy bardzo wielu domach stały rusztowania świadczące o intensywnie prowadzonych pracach renowacyjnych starych kamienic. Zauważyłem również, że w tej części miasta (a może w innych również) znajdowało się wiele sklepów sprzedających między innymi odzież, perfumy itp. znanych światowych firm. Był również salon samochodowy Jaguara. Uwagę moją zwróciła maleńka cerkiew „wciśnięta” między duże budynki
Z usytuowaniem miejsca, w którym znajdowałem się, nie miałem problemów. Po pierwsze miałem plan Moskwy, a poza tym nawet, gdybym miał problem, zawsze mógłbym zapytać się jak trafić do Teatru Wielkiego. Doskonały punkt orientacyjny.
Były wczesne godziny popołudniowe. Chwilę przysiadłem na ławeczce na jednym z deptaków. Trzeba było pomyśleć o drobnym posiłku. Zaszedłem do maleńkiego baru. Siedziało kilka osób. Zamówiłem bliny. Całkiem były smaczne. Przypomniały mi się bliny robione przez moją Mamę. Robiła je raz w roku w Wielki Post przed Wielkanocą. Były to bliny z mąki gryczanej polewane na talerzu roztopionym masłem i zwijane w rulonik. Pycha! Nie spotkałem się z takimi w Rosji, ale te które jadałem również były smaczne, chociaż nie z mąki gryczanej.
Wędrując po Moskwie natknąłem się na olbrzymi pasaż handlowy ГУМ – Главный Магазин на Красной Площади. Byłem nim zaskoczony. Z zewnątrz nic nie wskazywało, że w środku zastanę coś takiego. Znajdował się niedaleko Placu Czerwonego. Wszystko sprawiało wrażenie jakby pokryto przezroczystym dachem kilka równoległych ulic, a wzdłuż uliczek, po jednej i po drugiej stronie znajdowały się sklepy. Wzdłuż pierwszego i drugiego piętra ciągnęły się tarasy umożliwiające dostęp do znajdujących się tam sklepów. Całość przypomniała mi coś, co znajduje się w Brukseli, ale jakże moskiewski pasaż był większy. Byłem oczarowany wielkością, tętniącym tam życiem i różnorodnością kramików i towarów. W jednym z ciągów przejść zorganizowano ekspozycję starych samochodów produkowanych w Związku Radzieckim. Były różne – stare Moskwicze, Pabieda, Wołga, Zaporożec i takie, których nigdy przedtem nie widziałem. Koło jednego z nich nie mogłem przejść obojętnie. Był to Moskwicz 407. Taki sam i w takim samym kolorze, jaki mieli w latach 60-tych w Warszawie rodzice Grubania (Grubiano – serdeczny mój przyjaciel). Przystanąłem i poprosiłem przypadkową osobę, żeby zrobiła mi zdjęcie na jego tle. Postanowiłem natychmiast wysłać to zdjęcie MMS do Grubania. Przypomniało mi się, że nie miałem jeszcze drobnych gadżetów z podróży dla koleżanek i kolegów z pracy. Była świetna okazja zaopatrzyć się w takie. Zacząłem szukać sklepów z pamiątkami. Nie ukrywam, po dość dokładnym spenetrowaniu całego pasażu, znalazłem tylko jeden taki, choć nie mały sklep z tego typu towarem.
Było już po godzinie 17:00. Po prawie siedmiu godzinach spacerowania po Moskwie, trzeba było myśleć o powrocie do Kasziry. Do metra trafiłem bez problemów. Kupiłem bilet, chwilę poczekałem i przyjechał skład. Miałem zapisaną nazwę stacji, na której mam wysiąść i z tym nie było problemów. Na dworcu autobusowym, niestety, ponownie musiałem dość długo czekać na przyjazd autobusu. Okazało się, że autobus będzie podstawiony o godz. 19:00. Podjechał. Wszystkie miejsca zostały zajęte. Zbliżał się wieczór. Na zewnątrz robiła się szarówka. W połowie trasy do Kasziry zaczęła ogarniać mnie wątpliwość, czy poznam miejsce, gdzie powinienem wysiąść. Robiło się coraz ciemniej. Otoczenie zmieniało swój wygląd. W Kaszmirze było kilka przystanków. Zapytałem kobietę siedzącą na fotelu obok, czy wie gdzie jest miejsce, na którym powinienem wysiąść. Usłyszałem – tak, ale wysiadam wcześniej i nie będę mogła panu pomóc. Moje pytanie usłyszała inna osoba siedząca niedaleko i zaproponowała, że podejdzie do kierowcy i poprosi, aby wskazał mi przystanek, na którym powinienem wysiąść. Jeszcze chwilę porozmawiałem z sąsiadką. Zapytała skąd jestem. Jakie wrażenia odniosłem z podróży po Rosji. Okazało się, że w wieku 17 lat, czyli ok. 30 lat temu była w Polsce. Bardzo podobała się jej Polska. Była wówczas w Gdańsku, w Warszawie i Krakowie. Zauważyłem, że bardzo chętnie ze mną rozmawiała.
Zbliżał się koniec mojej podróży autobusem. W pewnym momencie usłyszałem – tutaj, tutaj jest pana przystanek, tutaj powinien pan wysiadać! Chórem niemal wszyscy pasażerowie w autobusie zadbali o to, abym nie przejechał miejsca wysiadania. Bardzo mnie to wzruszyło. Widocznie wcześniej usłyszeli o mojej niepewności i chcieli mi pomóc. Niesamowita jest życzliwość Rosjan.
Do domu przyjechałem koło 20:30. Aleksandra nie było. Przygotowałem sobie kolację, trochę pooglądałem telewizję i spatki.
 
1 września (poniedziałek)
Wstałem koło ósmej. Zapowiadało się, że dzień będzie pogodny, słoneczny. Aleksandra jeszcze nie było. Uprzedzał mnie, że pracę w Moskwie kończy o godz. 9:00, a przecież musi jeszcze dojechać do Kasziry. Spodziewałem się go koło godz. 10:30. Nie czekając na niego, zrobiłem sobie śniadanie.
Po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkał Aleksander, była szkoła podstawowa. Dzień 1 września był dniem rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Przez okno obserwowałem, jak rodzice prowadzą maluchy do szkoły. Przypomniały mi się obrazki, jakie były w pierwszych podręcznikach w szkole podstawowej. Mamy prowadzące dzieci za ręce. Chłopcy ubrani w mundurki, garnitury z białą koszulą, na nogach uczniów czarne półbuciki. Dziewczynki poubierane w granatowe lub czarne spódniczki z białymi bluzkami, uczesane w warkoczyki z dużymi kokardami na końcach warkoczy lub na czubku głowy. Taki sam widok był za oknem. Rodzice lub dzieci niosły pęki różnych kwiatów. Z dziedzińca szkolnego dochodziła muzyka. Od czasu do czasu podawano komunikaty. Powitanie nowego roku szkolnego w Polsce jest równie uroczyste. Dzieci poubierane są odświętnie, ale bardziej kolorowo. Widząc obrazki za oknem, odniosłem wrażenie, jakbym znalazł się w latach 50-tych w Polsce.
Chciałem obejrzeć swoją korespondencję internetową w telefonie. Nic z tego. Żaden z moich telefonów komórkowych nie reagował na połączenie z Internetem. Miałem ze sobą dwa telefony: jeden z kartą polskiego operatora komórkowego i drugi z kartą rosyjskiego operatora. W jednym telefonie, jak i w drugim miałem wprowadzony kod domowego serwera. Pokazywał się jedynie napis – brak połączenia z serwerem. Trudno. Aleksander przyjechał dopiero koło południa. Zapytałem, co jest z Internetem. Okazało się, że zapomniał opłacić abonament.
Aleksander po odświeżeniu się, zjedzeniu śniadania podał komendę – jedziemy. Oczywiście kierunek był wcześniej uzgodniony. Jedziemy szukać Serednikowa. Bardzo chciałem odnaleźć to miejsce. Tata opisał w swoich wspomnieniach miejsce, w którym przymusowo pracował przy wyrębie lasu. Wspominał, że pracowali od rana do wieczora, a ich dzienna norma na dwie osoby, to 8,5 metra sześciennego pociętego na kawałki długości 2 m i posztablowanego drzewa. Pisał, że przy siarczystym mrozie i niezliczonej ilości insektów mieszkali w ziemiankach. Nawet naszkicował plan obozu i jak wyglądała ziemianka. Zaznaczał miejsce, z której ziemiance mieszkał i w którym miejscu.
Aleksander ustalił trasę i pojechaliśmy. Nie jechaliśmy głównymi trasami, ale i tak wydawały mi się szerokie i o dobrej nawierzchni. Tak jak już wcześniej zauważyłem, że przy drogach rośnie dużo, a nawet bardzo dużo Barszczu Sosnowskiego. Łuków na drogach w Rosji są fatalne sprofilowane. Niestety, są płaskie. Niekiedy miałem wrażenie, że samochód może wypaść z łuku. Czuło się to w samochodzie. Aleksander jest dobrym kierowcą, ale mimo wszystko w pewnych momentach miałem lekkiego stracha.
Musieliśmy pokonać rzekę Oka. Skądinąd znana dla Polaków z historii II Wojny Światowej. Przez Okę była przeprawa promowa. Prom kursował mniej więcej, co pół godziny. Trochę mnie zdziwił ten prom. Droga dobra, a tutaj prom, a nie most. Czyżby nie było możliwości go zbudować? Za przeprawę nie płaciło się. Na jakich zasadach opłaca się utrzymywać przeprawy promowe przez rzekę? Nie wiem.
Przejeżdżaliśmy przez kilka wiosek i miasteczek. Nie pamiętam nazw. Za każdym razem podziwiałem drewniane rosyjskie budownictwo. Jak zwykle piękna ornamentacja okien.
W końcu dojechaliśmy do Serednikowa. Wszystko zgadzało się. Wioska z dość pokaźną cerkwią. O cerkwi w Serednikowie wspominał wujek Zbyszek jeszcze żyjący rówieśnik mojego Taty. On również był w tym obozie pracy. Przed wyjazdem próbowałem zasięgnąć nieco języka o tym miejscu. Gdzie może być Serednikowo, jak ewentualnie trafić. Zbyt wiele informacji nie uzyskałem, ale o cerkwi zapamiętałem. Zatrzymaliśmy się w wiosce. Było już popołudnie. Przed jednym z domów siedziało kilka starszych osób. Pomyślałem, aby je zapytać, czy nie słyszeli albo może wiedzą, gdzie były w okresie wojny obozy pracy. Owszem, słyszeli o takich. Mówili, że były. Jedna z kobiet pokazywała jeden kierunek, druga wręcz przeciwny, a mężczyzna przytakiwał to jednej to drugiej. W końcu trudno było zorientować się, gdzie faktycznie był zlokalizowany. W końcu uzgodniliśmy z Aleksandrem, że jedziemy na polanę, którą dostrzegliśmy na mapie w Internecie.
Tym razem jechaliśmy niezbyt równą szutrówką przez las. W pewnym momencie na drodze pojawił się przejazd kolejowy. Tworzyły go położone wzdłuż torów stare podkłady kolejowe. Mieliśmy obawę, czy samochód da radę przejechać, żeby nie zawisnąć. Wysiedliśmy przyjrzeliśmy się, jak przejechać. Udało się, byliśmy za przejazdem. Przy okazji przypomniało mi się, że Tata w swoich wspomnieniach pisał o bocznicy kolejowej, na której podstawiano wagony i załadowywano drewnem. Może to ta sama bocznica?
Dojechaliśmy na polanę o powierzchni kilkunastu, a może kilkudziesięciu hektarów. Może faktycznie, kiedyś było to miejsce wyrębu drzewa? Ale przecież powinny zostać ślady po ziemiankach. Na podstawie szkicu Taty, doły pod ziemianki były wykopane na 1,5 m głębokości. Na polanie stało kilka drewnianych domów mieszkalnych. Była też świetlica z kłódką na drzwiach. Z drugiej strony budynku świetlicy było wejście do sklepiku spożywczego. Zaczął kropić drobny deszczyk, mżaweczka. Aleksander zaczął przyglądać się drobnym elementom ozdób domów, a ja poszedłem do sklepu (był otwarty) zapytać się o miejsce lokalizacji obozu. Nikogo nie widziałem w sklepie. Sprzedawca zapewne na zapleczu – pomyślałem. Nie widząc nikogo głośniej powiedziałem „здраствуйте!”. Z zaplecza wyszła młoda kobieta z pytaniem, co podać? Podziękowałem. Powiedziałem, co mnie sprowadza. Zapytałem, czy nie słyszała o obozie pracy tutaj w okolicy z okresu II Wojny Światowej. Nie, nie słyszała. Zapytałem, ewentualnie kto może coś na ten temat wiedzieć. Bez zastanowienia, ku mojemu zdziwieniu, bez słowa zdjęła z siebie fartuch sklepowy, wzięła w rękę klucz, wyszliśmy, zamknęła drzwi. Powiedziała – proszę iść za mną. Zaszliśmy do jednego z domów na polanie. Drzwi były otwarte, na podwórku ogólny nieład z wyrośniętym niekoszonym zielskiem. Sklepowa przywoływała kogoś przywołać, ale nie było nikogo.
W końcu powiedziała mi, że przejdziemy się do kilku starszych osób mieszkających na polanie i zapytamy się o obóz. Zaszliśmy do następnego domu. Wyszła starsza pani. Wytłumaczyliśmy o co chodzi, ale nie wiedziała, gdzie był obóz. Sklepowa poprowadziła mnie do następnego domu i następnego. Wreszcie zastaliśmy starszą kobietę, która stwierdziła, że wie gdzie był obóz. Brawo!!! Ale ucieszyłem się. Byłem cały podniecony tą informację. Czy może pani nas tam zaprowadzić? – spytałem – Tak, ale nie wcześniej niż o godzinie 18-tej. Była 16-ta. Spojrzeliśmy po sobie z Aleksandrem. Od niego również zależało, czy zaczekamy. Czekamy. Dwie godziny czekania. Co chwilę siąpił drobny deszczyk. Zaczęliśmy się kręcić po polanie. Zaczepiło nas młode małżeństwo z dwójką dzieci. Młode – ludzie około 35-40 lat, a dzieci około 7-10 lat. Zapytali do kogo przyjechaliśmy, skąd. Aleksander zaczął opowiadać o powodzie naszej obecności. W pewnym momencie mężczyzna powiedział, że wie gdzie był obóz. Jako młody chłopak z rówieśnikami chodzili tam bawić się. A czy może pan nas tam zaprowadzić? – spytaliśmy. Mogę – odpowiedział – Jeżeli panowie poczekają, za 10 minut będę zpowrotem, tylko odwiozę rodzinę. Emocje ponownie podniosły się.
Po kilkunastu minutach zjawił się Oleg. Imię poznaliśmy później. Odziany był w ubranie typu moro, za pasem pokaźnej wielkości finka, na ręku kompas. Prosił, żeby iść za nim i nie zbaczać. Dlaczego? Otóż wszędzie są bagna, które nieraz są trudne do dostrzeżenia. Szliśmy przez bardzo gęste zarośla. Od czasu do czasu Oleg spoglądał na kompas, rozglądał się i szliśmy dalej. Doszliśmy do torów kolejowych, tego samego toru, który z Aleksandrem pokonywaliśmy samochodem, ale w innym miejscu. Potem był most przez małą rzeczkę. O rzeczce wspominał wujek Zbyszek, że taka była. W pewnym momencie Oleg przystanął spojrzał na kompas i coś mu nie pasowało. Zawróciliśmy się kawałek. Okazuje się, że zeszliśmy ze starej drogi, już dawno istniejącej, która niegdyś prowadziła do obozu. Prawdę powiedziawszy, przedzierając się przez gęstwinę krzewów, gałęzi, połamane i poprzewracane drzewa, nie zauważyłem, że szliśmy jakąkolwiek drogą. W końcu Oleg mówi – zobaczcie, tutaj zaczyna się obóz. Pokazał jeden dół, potem drugi i następny. Były o wymiarach ok. 20x4 m oraz ok. 70 cm głębokości. Były to pozostałości po ziemiankach, o których wspominał Tata. Stałem i nie wierzyłem swoim oczom: jestem w miejscu, w którym Tata był więziony w obozie pracy. Zapytałem Olega, gdzie jest pierwszy dół od strony torów kolejowych? Pokazał mi. Pamiętałem z planu, jaki Tata narysował, że on mieszkał w siódmej ziemiance. Zacząłem odliczać. Znalazłem! Ale heca! Wszedłem do środka, zacząłem rozglądać się. Czy rzeczywiście jest to ta ziemianka, w której mieszkał mój Tata? Najprawdopodobniej tak. Z Olegiem kręciliśmy się jeszcze trochę w tym miejscu. Doły były mniejsze i większe. Na podstawie szkicu Taty, mogły to być ziemianki służące jako szpital, areszt, świetlica i inne. W jednym z dołów były resztki stalowego komina z pieca. W innym miejscu Oleg pokazał resztki metalowej puszki, młotek, fragment menażki. Oleg prowadził nas i pokazywał te rzeczy z dużym zaangażowaniem. Zapewne zdawał sobie sprawę, ile emocji we mnie wzbudza ta wycieczka. Wróciliśmy na polanę. Dziękując naszemu przewodnikowi, chciałem zapłacić za poświęcony czas, za przysługę. I tym razem nie chciano słyszeć o jakiejkolwiek zapłacie. Stwierdził, że zaprowadził nas w to miejsce z sympatii do mnie. Trochę zdziwiłem się. Widzieliśmy się po raz pierwszy i skąd ta sympatia? Jak zwykle w kieszeniach spodni miałem kilka drobnych gadżetów. Przynajmniej w taki sposób odwdzięczyłem się. Wszystko to dla mnie było olbrzymim przeżyciem. W lesie byliśmy ok. 2 godziny.
W trakcie przedzierania się przez zarośla, Aleksander wyciągną z ziemi dwie sadzonki dębów. Trochę zdziwiłem się, ale nie spytałem, po co mu te sadzonki. Jedynie zapytał mnie, czy w takim stanie jak je wyciągną, przyjmą się w nowym miejscu?
Wróciliśmy do samochodu. W drodze do Kasziry, pewną część drogi spędziliśmy w ciszy, nie rozmawialiśmy ze sobą. Dopiero później, po ochłonięciu zaczęliśmy mówić o tym, co widzieliśmy. Wydawało mi się, że Aleksander również był zaskoczony tym wszystkim. Jak wcześniej wspomniałem, początkowo nie bardzo wierzył w to, że były obozy pracy.
Do Kasziry przyjechaliśmy koło godz. 21. Aleksander wyjął z lodówki faszerowane papryki zrobione przez siebie kilka dni wcześniej. Jeszcze trochę porozmawialiśmy i położyliśmy się spać.
 
2 września (wtorek)
Na ten dzień nie miałem jakiś nadzwyczajnych planów na spędzenie czasu. Dzień zapowiadał się spokojnie, raczej relaksowo. Wstałem dosyć wcześnie, bo o 7:30. Przewertowałem notatki prowadzone w trakcie podróży. Uzupełniłem je o dzień poprzedni. Aleksander wstał koło godziny 10:00. Dopiero teraz zorientowałem się, że sypiał na podłodze w drugim pokoju, jedynie na rozłożonej kołdrze. Przedtem nie zaglądałem, jak zorganizował sobie miejsce noclegowe oddając do mojej dyspozycji cały salon z wersalką. Zrobiło mi się głupio – ja na jego łóżku, a on na podłodze. Przecież miałem swój materac nadmuchiwany, śpiwór. On oczywiście nie przyznawał się, że było mu twardo, a wręcz przeciwnie stwierdził, że spało mu się całkiem wygodnie.
Przy śniadaniu z Aleksandrem podjęliśmy dyskusję na tematy międzynarodowe. Wcześniej tego nie robiliśmy. Rozmawialiśmy trochę o Ukrainie i o sytuacji gospodarczej Polski. Oczywiście mieliśmy odmienne opinie na te tematy. O Ukrainie nie chciałem zbyt wiele mówić, ponieważ domyślałem się i kilkakrotnie docierały do mnie strzępy informacji z rosyjskiej telewizji, w jakim świetle są podawane informacje na temat tego konfliktu, a jak te fakty podawane są w Polsce, w Europie, ma świecie. Wchodząc głębiej w dyskusję, moglibyśmy się nie zrozumieć. Natomiast oburzył mnie sposób, w jaki Aleksander widzi Polskę. Próbowałem przekonać go, że gospodarka Polski od początku lat dziewięćdziesiątych bardzo się zmieniła. Tłumaczyłem przyjmując, że w Związku Radzieckim i w Polsce w latach 80-tych był mniej więcej równy poziom życia w obu krajach, tak teraz podróżując po Rosji, zauważyłem dużą różnicę w ogólnym wyglądzie miast, miasteczek i wsi na korzyść Polski. Wspomniałem o planach eksploatacji gazu łupkowego w Polsce, która może jeszcze bardziej podnieść standard życia Polaków. Nic do Aleksandra nie docierało. Stwierdził jedynie, że ani wschód, ani zachód Europy nie pozwoli na wydobycie gazu. Ani wschód, ani zachód nie pozwoli na to, aby Polska liczyła się na arenach międzynarodowych, jako państwo mogące choćby w najmniejszym stopniu narzucać pewne warunki polityczne. W tym momencie oburzyłem się. Moja duma narodowa sprzeciwiła się tak postawionym tezom.
W godzinach popołudniowych pojechaliśmy do córki Aleksandra – Margarity. Chciałem się z nią pożegnać. Chciałem zaprosić ich do restauracji na obiad. W Stupino zaszliśmy do restauracji, którą wskazała Margarita. Pod względem estetyki, nie przypominała nawet średniej klasy restauracje w Polsce. Owszem była to restauracja, a nie bary, do których zachodziliśmy wcześniej. Obsługa wykonująca swoje powinności, robiła to bez elegancji i zbytniej troskliwości o klienta. Jak wszędzie chciałem zjeść coś, co było potrawą lokalną, rosyjską. Okazało się, że z takich potraw mają tylko pielmieni, zapewne odgrzewane z ogólnie sprzedawanych mrożonek oraz bliny z mięsem. Pielmieni jadałem już kilkakrotnie, bliny też próbowałem. Zamówiłem bliny. Okazały się normalnym naleśnikiem. Margarita opowiadała o swojej nowej pasji, jaką były wypieki ciast. Mówiła, że coraz więcej ma zamówień na torty. Mówiła, że udoskonala pieczenie małych babeczek. Na prezentowanych przez nią zdjęciach, wypieki wyglądały imponująco. Ciasta pięknie udekorowane. Zapytałem, czy ma zamiar otworzyć własną firmę, wytwórnię, własny kramik z wypiekami. Aleksander i Margarita niemal chórem mówili, że jest to prawie niemożliwe. Trzeba mieć potężne pieniądze na choćby mały lokalik w mieście, aby tam sprzedawać swoje wyroby. Ponadto otrzymanie wszelkich zezwoleń na prowadzenie czegoś takiego, jest przejściem przez istny tor przeszkód okupiony bardzo kosztownymi łapówkami. Stwierdziłem, że szkoda pasji Margarity. Przecież z jej talentem i zaangażowaniem, w Polsce byłoby dużo łatwiej otworzyć swój biznes. Wypiliśmy kawę. Aleksander odwiózł córkę do domu.
Do domu wróciliśmy w godzinach późnych popołudniowych. Przypomniało mi się, że nie wiem, co Aleksander zamierza zrobić z sadzonkami dębów. Powiedział, że zasadzi je w mieście. Powiedziałem, że o tej porze roku taka sadzonka wymaga dużej pielęgnacji, podlewania. Powiedział, że najpierw zakopie ją pod domem, a potem, przed zimą przeniesie ją w upatrzone przez siebie miejsce. Wieczór minął bez specjalnych wydarzeń.
Był to przedostatni dzień pobytu w Rosji.
 
3 września (środa)
Ostatni dzień w Rosji. Jak zwykle Aleksander przygotował śniadanie nie chcąc mojej pomocy. Potem szykowanie się do wyjazdu. Zbieranie swoich rzeczy. Wspominanie niektórych wydarzeń z mojego pobytu w Rosji. Czas mijał szybko. Trochę emocji przedwyjazdowych. O której musimy wyjechać, aby na lotnisku być po godzinie siedemnastej? – zapytałem. Musimy wyjechać o czternastej – usłyszałem. Start samolotu do Rygi z lotniska Szeremietiewo był o godzinie 19:00. Na lotnisku dobrze byłoby być dwie godziny wcześniej. Na podróż Aleksander przewidział więc 3 godziny. Proponowałem, abyśmy jednak wyjechali przynajmniej pół godziny wcześniej, ale byłem zapewniany, że tyle czasu nam w zupełności wystarczy. Dobrze – pomyślałem.
Zjedliśmy obiad, pieczonego kurczaka przygotowanego przez gospodarza. Nadeszła godzina 14:00. Ostatnie spojrzenie, czy czegoś nie zostawiłem, czy mam bilet. Plecak na plecy i poszliśmy do samochodu. Było gorąco. Aleksander rzadko włączał klimatyzację. Wolał uchylać okna w samochodzie, ale tym razem włączył. Do granic Moskwy dojechaliśmy dość sprawnie. Zaczęły się godziny szczytu komunikacyjnego. Przez Moskwę przejazd był mocno spowolniony. Lotnisko Szeremietiewo usytuowane było po drugiej stronie miasta. Jedziemy, jedziemy, czas upływa, a my poruszamy się coraz wolniej. Zapytałem, gdzie jesteśmy? W centrum miasta – odparł Aleksander – zaraz wjedziemy na obwodnicę i tempo jazdy wzrośnie. Zacząłem ukradkiem spoglądam na zegarek. Minęło następne pół godziny, a my utknęliśmy na obwodnicy Moskwy, która ma 6 pasów ruchu w jedną stronę i 6 pasów ruchu w drugą stronę. Zaczynam się nieco niepokoić, bo sznury samochodów prawie stoją w miejscu. Pytam Aleksandra – daleko jeszcze do lotniska? Niedaleko. Nieco uspokojony przyglądam się samochodom stojącym obok nas. Część, nowych współcześnie produkowanych, ale również duża ilość starych z lat 70-tych radzieckich marek. Widziałem nawet jednego Poloneza. Przyglądając się samochodom, uświadomiłem sobie, że przez cały czas mojego pobytu widziałem jedynie 6 samochodów z pozarosyjską rejestracją. Były to rejestracje z Białorusi, Bułgarii i jedna z Niemiec. Czas nieubłaganie upływał. Daleko jeszcze – powtarzam pytanie. Nie, zaraz skręcamy w ulicę prowadzącą do lotniska – mówi Aleksander. Jest już godzina 17:10. Cały czas wleczemy się. Coraz częściej spoglądam na zegarek. Godzina 17:30, 17:45, 18:00, a my ciągle jedziemy żółwim tempem. Została godzina do odlotu samolotu. Za ile będziemy na lotnisku? Już naprawdę blisko – słyszę. Widać pierwsze terminale lotniskowe. Przy którym terminale masz samolot – pyta Aleksander. Nie pamiętam, bilet mam w plecaku, a on w bagażniku samochodu. Wreszcie podjeżdżamy pod terminal D. Wysiadam, w biegu zabieram swoje rzeczy, żegnam się z Aleksandrem. Jest godzina 18:15. Do odlotu pozostało 45 minut. Wyciągam bilet. Okazuje się, że wylot mam z terminala F. Pytam się, gdzie ten terminal. Jest oznakowanie. Biegiem przed siebie. Po kilku minutach dobiegam do miejsca odpraw. Nie ma już nikogo. Za ladą pojawia się pracownik lotniska. Podaję bilet, bagaż kładę na wagę. Słyszę: багаж не здесь. Pokazują mi miejsce o kilkadziesiąt metrów dalej. Pędzę. W punkcie odbioru bagażu nie ma nikogo. Wracam na punkt odpraw. Pot ciurkiem leje się za mnie. Tłumaczę, że tam nie ma nikogo. Przekomarzamy się nieco. W końcu kobieta dokonująca odprawy telefonuje i zjawia się osoba w punkcie, gdzie powinienem pozostawić swój plecak. Jest już godzina 18:35. Wydają mi kartę pokładową na samolot. Zziajany idę tunelem do samolotu. Siadam na swoje miejsce. Wreszcie uspokajam się. Było nerwowo.
Po drodze była przesiadka w Rydze. W Warszawie samolot wylądował koło 23:00. Na lotnisku umówiony byłem z kuzynem Grzegorzem. Miał mnie odebrać i zawieźć do siebie. Tam miałem nocować. Przy wyjściu z odprawy paszportowej stał Grzegorz. Do Łomianek, gdzie mieszka, zajechaliśmy koło północy. Kolacja i na gorąco kilka spostrzeżeń z Rosji. Z przyjemnością położyłem się spać.
 
4 września (czwartek)
Skończyła się podróż po Rosji. Muszę jeszcze wrócić do Lamkowa. Przy okazji obecności w Warszawie, postanowiłem odwiedzić ciotkę, siostrę mojego Taty. Chciałem na gorąco podzielić się swoimi wrażeniami z trzytygodniowej podróży.
Autobus do Lamkowa miałem o godzinie 16:00. W Olsztynie odebrała mnie żona. Wieczorem byłem w domu. Wreszcie swoje łóżko.

Podsumowanie
Głównym przesłaniem z jakim jechałem do Rosji była moja obecność w miejscach, gdzie kiedyś żył pradziad z rodziną. Miejsca te były mi znane z informacji, jakie wcześniej uzyskałem od ojca i jego sióstr, z dokumentów pozyskanych w trakcie poszukiwań genealogicznych. Miałem również nadzieję, że uda mi się zdobyć jakieś dodatkowe informacje o ich życiu. Poza tym chciałem poczuć „klimat” tamtych miejsc: zobaczyć otoczenie, przyjrzeć się ludziom, ich życiu. Zdawałem sobie sprawę, że nie podróżuję na przełomie XIX i XX wieku, lecz w XXI wieku. Drugim moim celem podróży było odnalezienie i dotarcie do miejsca, w którym mój Tata był zesłany podczas II Wojny Światowej do obozu pracy w podmoskiewskich lasach.
Podróż doszła do skutku dzięki pomocy wielu osób. Wspierała mnie rodzina, przyjaciele, chociaż w ich opiniach wyczuwałem pewien niepokój o moje bezpieczeństwo. Bardzo duże wsparcie duchowe i fizyczne otrzymałem od wielu znajomych w miejscu pracy. Jednak największe wsparcie, już na miejscu w Rosji, otrzymałem od Aleksandra Iskowskiego. On był dobrym duchem czuwającym nad przebiegiem całej mojej podróży w Rosji. Był człowiekiem, który dał mi schronienie pod Moskwą, podpowiadał, jak radzić sobie w różnych sytuacjach, był przewodnikiem po Moskwie, pomagał dotrzeć do niektórych miejsc, które chciałem odwiedzić.
Miałem wrażenie, że oddał siebie samego dla zaspokojenia moich potrzeb. Zaprotegował mnie również u swoich rodziców mieszkającym w Orenburgu, gdzie spotkałem się z niebywałą gościnnością i życzliwością.
Cel swojej podróży po Rosji osiągnąłem. Byłem tam, gdzie przed wyjazdem planowałem. Byłem więc w Moskwie, Orenburgu, Kazaniu, Siumsi, Kilmiez, Kirowie, Słobodzku, Serednikowie. W Moskwie i Orenburgu Aleksander i jego rodzina zadbała o to, abym czuł się dobrze, bezpiecznie i komfortowo. Zadbali o to, abym zobaczył wszystko to, co najciekawsze i to co mnie interesowało. Natomiast pozostała część podróży odbywała się na zupełnie innych zasadach. Określiłbym, że na „uporządkowanej przypadkowości”. Co to oznacza? Miałem wcześniej określoną kolejność odwiedzania poszczególnych miejsc, ale terminy, sposób podróżowania, miejsca noclegowe były wielką niewiadomą. I tutaj muszę przyznać, miałem wiele szczęścia. Nie, nie były to szczęśliwe zbiegi okoliczności, była to zwykła ludzka życzliwość i serdeczność, z jaką spotykałem się niemal wszędzie. W plecaku woziłem namiot ze wszystkimi niezbędnymi akcesoriami do mieszkania w takich warunkach. Byłem więc w pewnym stopniu niezależny. Okazało się jednak, że ani razu nie musiałem z niego skorzystać. Po powrocie nawet pomyślałem: po co ja to brałem, następnym razem, jeżeli będę jechał w tym kierunku, na pewno nie wezmę. Przypadkowo spotykani ludzie służyli dobrą radą, służyli pomocą w zakwaterowaniu, pokazywali najciekawsze miejsca. Przekazywano mnie z rąk do rąk, chcąc w ten sposób pomóc w podróży. W bardzo wielu przypadkach nie dawano mi płacić za transport, za wejście do muzeum itp. Gdy upierałem się i starałem się jednak zapłacić wyczuwałem, że gospodarze mogą obrazić się na mnie za to, że nie chcę skorzystać z ich gościnności. Dla mnie takie sytuacje były krępujące, ale na ich twarzach widziałem dużą radość, że mogą mi w ten sposób pomóc.
Jestem Polakiem, czyli obywatelem Unii Europejskiej. W okresie pobytu w Rosji trwał konflikt zbrojny między Rosją a Ukrainą. Unia Europejska popierała stronę ukraińską i sprzeciwiała się postępowaniem władz rosyjskich w stosunku do Ukrainy. Zostało nałożone embargo ekonomiczne na Rosję, a Rosja odwdzięczyła się podobnym. Była wojna medialna między Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej i Unii Europejskiej a Rosją. Ja w tym czasie podróżowałem po Rosji. Nie kryłem się z tym, że jestem Polakiem. Zresztą to, że jestem obcokrajowcem, zdradzała mnie skromna znajomość języka rosyjskiego. Wszędzie pytano skąd przyjechałem, po co przyjechałem. Nigdzie, w żadnym z miejsc, gdzie przebywałem, nie doznałem nawet minimalnej niechęci w stosunku do mojej osoby. Padł więc jeden z mitów głoszonych przez sceptyków, którzy twierdzili, abym nie jechał tam, bo to nie ten czas i nie ta pora, że jest tam niebezpiecznie itp.
Przed wyjazdem, bardzo często spotykałem się z opiniami różnych osób, że w Rosji bardzo dużo pije się alkoholu. Z Aleksandrem na ten temat oraz o innych ewentualnych zagrożeniach, o których krążyły opinie w Polsce, rozmawialiśmy kilkakrotnie. Prawdę powiedziawszy miałem pewne obawy, że często będę w sytuacjach bez wyjścia i będę musiał pić alkohol w dużych ilościach. Aleksander natomiast uspakajał mnie i twierdził, że jeżeli nie będę chciał pić, nikt mnie do tego nie będzie zmuszał. W pewnym momencie nawet Aleksander oburzył się i stwierdził z przekąsem: „czy sądzisz, że po moskiewskich ulicach chodzą niedźwiedzie?”. Prawda, ani na ulicy, ani w domach, w których przebywałem, ani w pociągach czy autobusach nie widziałem alkoholu. Może z drobnym wyjątkiem. Trzykrotnie byłem częstowany wódką, ale były to ilości naprawdę symboliczne i w sytuacjach wyjątkowych. W ciągu trzech tygodni dwukrotnie widziałem ludzi pod wpływem alkoholu w miejscach publicznych. Więc zupełnie nie sprawdziły się opinie o Rosjanach, jakie słyszałem w Polsce. Po powrocie, w trakcie opowiadań o swoich wrażeniach z podróży, kilka razy usłyszałem, że chyba byłem w innej Rosji niż moi słuchacze i rozmówcy. Być może? Aleksander zresztą swego czasu powiedział: gdybym szukał alkoholu zapewne bym go znalazł. A czyż nie jest tak również w Polsce?
Nie będę jeszcze raz opisywał podróży rosyjską koleją, w jaki sposób ludzie tam podróżują. To co tam zasnałem, niespotykane jest w Polsce. W Rosji pociągami podróżuje się długo pokonując olbrzymie odległości. Być może przebywanie ze sobą przez kilkanaście godzin, kilkadziesiąt godzin, a nawet dłużej sprawia, że ludzie w tym czasie „zaprzyjaźniają się”. Bardzo podobało mi się to.
Może teraz kilka wrażeń ogólnych o miastach, miasteczkach i wsiach rosyjskich. Moskwa jest wielką aglomeracją. Należy stwierdzić, Moskwy nie można utożsamiać z wizerunkiem pozostałej części Rosji, którą widziałem. Bardzo wiele dzieje się w Moskwie. Na ulicach dużo ludzi. Ulice kolorowe. Widać, że bardzo wiele inwestuje się w infrastrukturę miejską. Nie bardzo wiem, jak żyją Moskwianie, nie odwiedzałem ich domostw, nie było okazji rozmawiać z przypadkowo spotkanymi ludźmi.
Moskwa jest czystym miastem. Wśród osób przemieszczających się ulicami w starej części Moskwy, rzadko można było spotkać obywatela Unii Europejskiej. Wśród turystów zwiedzających miasto dominowali przybysze z Azji. W muzeach można było zaopatrzyć się w bezpłatne różnojęzyczne foldery. Praktycznie Moskwę oceniłem, jako miasto nieróżniące się od innych dużych aglomeracji europejskich. Salony znanych światowych firm z ubraniami, kosmetykami, samochodami. Supermarkety i bary szybkiej obsługi takie same jak w innych krajach europejskich. Ludzie modnie ubierani. Na ulicach bardzo dużo samochodów światowych marek współcześnie produkowanych, ale również bardzo dużo starych samochodów pamiętających lata 70-te, 80-te.
Zupełnie inaczej wyglądały pozostałe miasta, może poza Kazaniem. Byłem w miastach kilkuset tysięcznych jak Orenburg czy Kirow, przejazdem w Iżewsku i Riazaniu. Byłem w miastach kilkudziesięciotysięcznych Kaszira, Stupino i Słobodzk oraz w małych miejscowościach jak Kilmiez czy Siumsi. Tam jakby w niektórych sferach życia czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Wszędzie było czysto, ale dostrzegłem dużo niechlujstwa. Dlaczego tak twierdzę? Widziałem wiele pięknych obiektów, budynków zabytkowych, w których były odnowione elewacje, ale nie zadbano o otoczenie. Nieuporządkowane tereny przy nowych osiedlach mieszkaniowych, przy nowo świeżo, wybudowanych blokach mieszkalnych. Szerokie główne ulice, ale bez wymalowanych pasów drogowych, które prowadzą do częstych stłuczek samochodowych i nie tylko. W Orenburgu, a przede wszystkim w Kirowie przykuły moją uwagę uliczne krawężniki oddzielające pasy jezdni od chodników. Nigdzie w Europie i w USA nie widziałem takich. Krawężniki wystające ponad jezdnię i chodnik na kilkadziesiąt centymetrów. Może ma to jakieś uzasadnienie, ale w mojej opinii wyglądało to paskudnie. Często w centrach miast nawierzchnia chodników była bardzo nierówna, a czasem bywały przerwy w utwardzonej nawierzchni. Chodniki ułożone bez obrzeży. Chyba najbardziej irytowała mnie niedbałość o stare budynki. Widać było, że zbudowane były kilkaset lat wcześniej, jednak nie widziałem chyba chęci u władz miast i osób prywatnych o ile tacy właściciele są, aby doprowadzić je do porządku, odrestaurować, poprawić elewacje. Brak dbałości o tego typu zabytki naprawdę mnie irytowało. Mogło to być związane z brakiem funduszy na ten cel lub braku niedostrzegania potrzeby zabezpieczania zabytków od zniszczenia. Widziałem od czasu do czasu, jak przed niektórymi domami na przedmieściach miast stały piękne samochody typu SUV, ale płot posesji dziurawy, komin rozsypujący się, za płotem zielsko rosnące po pas. Podobnie w osiedlach, blokowiskach. Otoczenia bloków zaniedbane, niestrzyżone zielsko, bo trudno było nazwać to trawą. Chodniki czasem bywały między blokami, ale bardzo często ich po prostu nie było. Drażniły mnie również zabudowane loggie w blokach kilku- i kilkunastopiętrowych. Każda zabudowa z innego materiału, inaczej wykonana. Wyglądało to bardzo nieestetycznie. Burzyło to, moim zdaniem, całą wizję estetyki osiedla, jaką być może początkowo założono.
Ogólnie jestem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się na podróż do Rosji. Mogłem sam sprawdzić i porównać opinie o Rosjanach i Rosji z jakimi spotykałem się przed wyruszenie. Wróciłem zachwycony życzliwością, gościnnością ludzi. To, że pewne rzeczy oceniłem sceptycznie, każdy ma prawo do swojego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość, nie przysłania ogólnego obrazu Rosjan i Rosji. Nie słyszałem od Rosjan, żeby im się źle żyło. Są przyzwyczajeni do swojego otoczenia i czują się z tym dobrze.
Jestem bogatszy o trzytygodniowe doświadczenia z podróży po Rosji. Wszystkich tych, którzy zetkną się z moimi wrażeniami z pobytu z Rosji, chciałbym zachęcić do odwiedzenia Rosji, do poznania życzliwości i gościnności Rosjan. Piękny kraj, choć wymaga wielu napraw. Aleksander kilka razy powtarzał: „Rosja jest wielka i wszystko co w Rosji jest wielkie”. Prawda: wielkie odległości, wielkie przestrzenie między miastami, wielkie osiedla, wielkie szerokie ulice, wielki nieład oraz wielkie serca ludzi.
Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie w moich dążeniach dotyczących podróży po Rosji i wszystkim tym, którzy służyli dobrymi radami w trakcie planowania podróży oraz wszystkim spotkanym Rosjanom za ich życzliwość i pomoc w uzyskaniu założonych przeze mnie celów podróży.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
.

podziemia

podziemia

miasta

miasta

zamki i pałace

zamki i palace

skanseny

skanseny

parowozownie

parowozownie

muzea

muzea

miejsca wyjątkowe

miejsca wyjatkowe

forty i twierdze

forty i twierdze

zabytki sakralne

zabytki sakralne

Woda

spływy kajakowe

splywy kajakowe

polecane rejsy

polecane rejsy

imprezy

imprezy wodniakow2

Żaglowce

zlot zaglowcow

Góry

rajdy, zloty

rajdy i zloty

imprezy górskie

imprezy gorskie

szkolenia

szkolenia porady

testy sprzętu

testy sprzetu

przewodnicy

baza przewodnikow

schroniska

schroniska gorskie

fotorelacje

fotorelacje

wyprawy

wyprawy

serwisy pogodowe

komunikaty GOPR, TOPR

mapy Tatr online

Małopolska Gościnna

MAŁOPOLSKIM SZLAKIEM ZAMKÓW, SKANSENÓW I PODZIEMI TURYSTYCZNYCH
 
 
 
 
 
 
Zdjęcie użytkownika FotoPolska.
 

https://scontent-frx5-1.xx.fbcdn.net/v/t31.0-8/18358923_460244054324930_172413466320514221_o.jpg?oh=54c9f395f075463e509ee9c649cf297c&oe=59778B09


 

Klubpodroznikow.com wykorzystuje pliki cookies w celach prawidłowego funkcjonowania serwisu. Jeżeli nie wyrażasz na to zgody możesz opuścić tę stronę lub wyłączyć ciasteczka (tutaj dowiesz się jak to zrobić).

Aleja Podróżników, Odkrywców i Zdobywców

 
 
 
 

Polecamy

Odwiedza nas 160 gości oraz 0 użytkowników.