Nazwa użytkownika   Hasło   Pamiętaj mnie     Przypomnieć login?   Zarejestruj się  
 
11 lat Klubu Podróżników Śródziemie
 
ranking podziemi TOP.baner
 

Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Rosja - Podróż sentymentalna 

Jerzy Zubelewicz

od 13 sierpnia do 3 września 2014 roku

(Dziennik)

Wstęp


Pomysł wyjazdu powstał dwa lata wcześniej, w trakcie zawierania znajomości z Aleksandrem Iskowskim. A kim jest Aleksander Iskowski? Lekarz z zamiłowania historyk i publicysta. Rosjanin pochodzący z Orenburga, obecnie mieszkający pod Moskwą. Człowiek, który opisał dzieje Julii Zubelewicz, siostry mojego dziadka Aleksandra Zubelewicza. Po przeczytaniu losów Julii, zrodziła się myśl odwiedzenia i zobaczenia miejsc, w których żyli i pracowali moi pradziadowie. Miejsca, gdzie rodziło się i chodziło do szkół pokolenie dziadka: dziadek Aleksander i jego brat Michał oraz siostry: Maria, Julia, Zofia, Antonina i Jadwiga.
W trakcie przygotowań do podróży, postanowiłem uzupełnić trasę podróży po Rosji o miejsca związane z wojennymi przeżyciami mojego Taty Michała. Takim sposobem powstał jej ostateczny obraz.

Powstały pytania: jak podróżować, gdzie nocować, gdzie i w jak radzić sobie z posiłkami? Zastanawiałem się nad tym dość długo. Nie znałem Rosji. Nie znałem osób, które mogłyby mi cokolwiek podpowiedzieć. Kupiłem kilka przewodników, książek z opowiadaniami podróżników. Zacząłem intensywnie przeglądać strony internetowe, wpisując hasła takie jak „relacje z podróży po Rosji”, „jak podróżować po Rosji” itp. Podpowiedziano mi, abym skontaktował się z panem Kazimierzem pracującym w tej samej instytucji co ja, a mającym olbrzymie doświadczenie w kontaktach z Rosjanami i z Rosją. Kilkakrotnie spotkaliśmy się i długo rozmawialiśmy. Otrzymałem bardzo wiele cennych wskazówek. Takim sposobem powstawał obraz Rosji, ludzi tam mieszkających, ich sposobu życia, ich sposobu przyjmowania obcych.
Zrodziło się również pytanie, jak podróżować, jak pokonywać olbrzymie odległości w tym kraju? Zdawałem sobie sprawę, że będę musiał podróżować różnymi środkami transportu: pociągami, autobusami, może autostopem. Przeglądając mapy, wyliczyłem, że trasa od Warszawy do Warszawy będzie liczyła ok. 6,5 tys. km. Planowałem wizytę w Moskwie, Orenburgu, Kazaniu, Siumsi, Kilmiez, Kirowie (Wiatka), Słobodzku oraz w Kałudze i Serednikowie. Trudno było mi określić ile czasu będę spędzał w każdym z tych miejsc. Nie wiedziałem, ile czasu zajmie mi przemieszczanie się z jednego miejsca w drugie przy tak dużych odległościach. Nie mogłem zatem robić wcześniejszych rezerwacji w hotelach lub w innych miejscach noclegowych. Wyglądało na to, że większość decyzji trzeba będzie podejmować z dnia na dzień. W co zapakować swoje rzeczy na podróż? Co z sobą zabrać? Postanowiłem wybrać się z plecakiem, namiotem i całym oprzyrządowaniem turystycznym. Dlaczego z plecakiem? Przede wszystkim będzie dużo wygodniejszy niż walizka przy niewiadomych środkach lokomocji, którymi chciałem się przemieszczać. Namiot i sprzęt turystyczny będą mi pomocne w razie trudności ze zdobyciem miejsca noclegowego. Szczególnie, że dowiedziałem się o niemal całkowitym braku infrastruktury turystycznej w Rosji. Znajomi w Olsztynie, przyjaciele, rodzina twierdzili, że moje założenia o sposobie podróżowania są bardzo nierozsądne. Zdecydowana większość osób twierdziła, że zły czas obrałem na podróż po Rosji, że jest tam niebezpiecznie, że Rosjanie mogą być wrogo nastawieni. Niektórzy wprost mówili „wariat”. Nic mnie nie zrażało.
Zapadła decyzja, z której postanowiłem nie wycofywać się. Zacząłem zbierać sprzęt. Cały czas uzupełniałem wiedzę o Rosji i Rosjanach. W Internecie i od znajomych, którzy mają doświadczenie w tego typu wyprawach, dowiadywałem się, w jaki sprzęt turystyczny należy zaopatrzyć się, na co zwracać uwagę. W końcu wiedziałem, ile powinien ważyć cały mój ekwipunek i założyłem, że wszystko, co chciałbym zabrać ze sobą nie powinno ważyć więcej niż 10 kg. A co tyle miało ważyć? Otóż: plecak, namiot, materac, śpiwór, sprzęt kuchenny, drobne narzędzia turystyczne i oczywiście odzież. Od lat młodzieńczych nie podróżowałem w ten sposób. Sprzęt, jaki niegdyś miałem, praktycznie nie istniał albo był mocno przestarzały i niedostosowany do moich założeń. Trzeba było zatem od nowa zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy. Zakupy robiłem w sklepach internetowych i turystycznych w Olsztynie. Również z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia w 2013 r., wpadłem na pomysł, że napiszę list do Świętego Mikołaja. W liście wymieniłem rzeczy, których jeszcze mi brakowało. Była to lista obejmująca ponad 20 różnych produktów o bardzo różnym przedziale cenowym, ale rzeczy konkretnych marek, o konkretnych parametrach. Przede wszystkim chodziło mi o to, aby przedmioty były lekkie. Nie wiedziałem, czego mogę spodziewać się w Rosji, jak długo będę musiał nosić plecak na plecach? Św. Mikołaj w znaczny sposób uzupełnił brakujące
rzeczy. Wiosną 2014 r. skompletowałem cały sprzęt turystyczny. Bardzo byłem ciekawy, ile to wszystko waży? Wskaźnik na wadze pokazał 6 kg (bez ubrań). Powiem szczerze - byłem dumny, że udało mi się uzyskać tak niską wagę. Po jakimś czasie miałem także odzież.
Jaką obrać trasę? Wiedziałem, gdzie chcę być. Na to musiały mi wystarczyć trzy tygodnie, tyle miałem urlopu. Przyszedł czas na załatwienie niezbędnych formalności, a przede wszystkim wyrobienie wizy rosyjskiej. Dobrze byłoby dowiedzieć się na wszelki wypadek o tanich miejscach noclegowych w miejscowościach, które zaplanowałem odwiedzić i być może dokonać rezerwacji. Trzeba było również w jakiś sposób dostać się do Moskwy i ewentualnie wykupić bilet. Na stronach internetowych znalazłem tanie hotele w Moskwie, Orenburgu, Kazaniu, Kirowie. O miejscach noclegowych w małych miejscowościach nie znalazłem informacji.

W zdobyciu wizy bardzo mi pomógł znajomy w pracy. Aleksander Iskowski zaoferował, że odbierze mnie w Moskwie na lotnisku i zakwateruje u siebie w domu. Wiedziałem, że pochodzi z Orenburga i że ma tam rodziców. W rozmowie na skypie zapytałem, czy byłaby możliwość przenocowania przynajmniej dwa dni u jego rodziców w Orenburgu? Po konsultacji Aleksandra z rodzicami, otrzymałem dobrą wiadomość – rodzice mnie przyjmą. Miałem więc zapewnione noclegi w Moskwie i Orenburgu. O pozostałe noclegi nie martwiłem się zbytnio. Przecież będę miał namiot. Aleksandra zapytałem również, w jakim okresie najlepiej jest podróżować po Rosji, dalekiej poduralskiej Rosji? Stwierdził, że w sierpniu. Czyli wiedziałem także, w jakim okresie będę podróżował. Teraz pytanie, jak dostać się do Moskwy? Rozważałem różne warianty. Pierwszy, że pojadę samochodem do znajomych do Mińska (Białoruś), a stamtąd pociągiem do Moskwy. Drugi wariant: z Warszawy pociągiem bezpośrednio do Moskwy, a trzeci, że polecę samolotem.
Pierwszy dość szybko upadł, ponieważ musiałem dodatkowo wyrabiać wizę tranzytową przez Białoruś. Także nie bardzo wiedziałem, co zrobić z samochodem w Mińsku. Zostawić go komuś „na głowie”? Nie, nie wydało mi się to najszczęśliwsze rozwiązanie. Pomyślałem, więc o podróży pociągiem. Dlaczego? Namawiano mnie na podróżowanie rosyjskimi kolejami ze względu na niespotykany nigdzie indziej specyficzny klimat podróży. Zresztą dawno już chciałem tego zasmakować. Kilka lat wcześniej chodziła mi po głowie podróż Koleją Transsyberyjską nad Bajkał. Czytałem wówczas relacje wielu osób podróżujących rosyjskimi kolejami. Miałem obraz, czego można się spodziewać i jak wyglądają podróże koleją. Zacząłem dowiadywać się ile kosztują bilety kolejowe do Moskwy. Dowiedziałem się również ile kosztują bilety lotnicze. Okazało się, że przelot samolotem jest tańszy od podróży pociągiem. Zdecydowałem się polecieć samolotem. Takim sposobem bardzo zyskałbym na czasie.
Okazało się, że tanie loty odbywają się w dość niewygodnych godzinach. Znalazłem połączenie lotnicze w obie strony z przesiadką w Rydze. Wylot w Warszawy o godz. 6:00 rano, a powrót ok. godz. 23:00. Jak dostać się do Warszawy i jak wracać z Warszawy do Olsztyna, a potem do Lamkowa o takich godzinach? Znalazły się dobre dusze – Krzyśki (przyjaciele z Warszawy) zaproponowali, żebym przyjechał w przeddzień wylotu, a z samego rana, o pół do czwartej rano zawiozą mnie na lotnisko. OK.
Zbliżał się termin rozpoczęcia przygody życia. Praktycznie byłem już przygotowany. Bilety do Moskwy zarezerwowane, plecak niemal pełny, wstępna wizja pobytu w Rosji nakreślona. Pozostały jeszcze drobiazgi. Przypomniałem sobie o prezentach dla Aleksandra i jego rodziców oraz o gadżetach dla osób przypadkowo spotykanych, służących dobrą radą i pomocą. O te rzeczy zwróciłem się do Urzędu Marszałkowskiego i Starostwa Powiatowego w Olsztynie. Pomyślałem, że przy okazji będę osobą promującą region Warmii i Mazur tj. krainę, w której żyję i pracuję. Tak się stało. Udało mi się zgromadzić dość pokaźną ilość drobnych pamiątek związanych wizerunkowo lub tematycznie z województwem warmińsko-mazurskim. Podarowano mi między innymi broszury o Warmii i Mazurach w różnojęzycznych wydaniach: w języku rosyjskim i angielskim. Rozpoczęło się ostateczne pakowanie całego ekwipunku. Cały czas miałem na uwadze, żeby waga plecaka nie przekroczyła 10 kg. Spakowałem wszystko. Ledwo zaciągnąłem wszystkie sznurki, zapiąłem wszystkie klamry. Plecak powędrował na wagę. Okazało się, że ważył 19 kg. O, nie! – przeraziłem się. Nastąpiło rozpakowywanie. Wszystkie rzeczy rozłożyłem na kanapie. Zacząłem zastanawiać się, z czego zrezygnować. Z drugiej strony wiedziałem, że na razie lecę do Moskwy. W Moskwie oddam część prezentów. Potem pojadę do Orenburga i tam też zostawię trochę rzeczy. Wówczas plecak będzie już lżejszy. Ale mimo wszystko, z czegoś trzeba zrezygnować. Zrezygnowałem z części ubrań. Pomyślałem, że będzie ciepło, może tyle zmian ubrań nie będę potrzebował. Zrezygnowałem z kilku drobiazgów. Po ponownym spakowaniu okazało się, że plecak ważył 17 kg. Trudno, będę musiał jakoś sobie poradzić. W Olsztynie wsiadłem do autobusu. W Warszawie czekali na mnie Jola i Krzysztof. Kolacja i wczesne pójście spać.

 

13 sierpnia (środa)


Dzień rozpoczął się bardzo wcześnie. Budzik w telefonie zerwał mnie z łóżka o godzinie 3:00 rano. Drobne śniadanie. Krzysiek odwiózł mnie samochodem na lotnisko na Okęciu. Byłem nieco przed czasem odpraw pasażerów. Spokojnie czekałem. W trakcie odprawy okazało się, że dodatkowo muszę wnieść opłatę za bagaż, za plecak. Zgodnie z rozkładem, odlot do Rygi miał nastąpić o godz. 6:10. Podstawiono turbośmigłowiec typu Bombardier Q400. Wsiadłem do samolotu. Dosyć wygodny. Lot nie trwał długo. Samolot leciał niezbyt wysoko. Chyba na wysokości 3500-4000 m. Nie było chmur. Nic nie zasłaniało pięknych widoków. Musieliśmy lecieć nad Warmią i Mazurami. Z góry widziałem jeziora, pola, lasy oraz miejscowości. W pewnym momencie wydawało mi się, że lecę nad Lamkowem. Przecież nad Lamkowem przebiega droga powietrzna dla samolotów. Czasem widuję turbośmigłowce lecące nad moim domem. Poczułem dreszczyk emocji. Ryga. Przed wylądowaniem kołowaliśmy nad Bałtykiem. Samolot do lądowania podchodził od strony morza. Małe lotnisko. Przylecieliśmy punktualnie. Autobus podwiózł nas do terminalu. Bagaż automatycznie został przekierowany do samolotu, którym miałem kontynuować podróż do Moskwy. Uprzedzono mnie o tym na lotnisku w Warszawie. Z rozkładu lotów wiedziałem, że między przylotem do Rygi, a odlotem do Moskwy mam tylko 40 minut. W hali odpraw rozglądałem się, na którym stanowisku będę miał odprawę. Spojrzałem na świetlne tablice informacyjne, a tam nie ma lotu nr DT48, którym miałem kontynuować podróż. Wyświetlone były inne połączenia z Moskwą, ale różniące się nieznacznie czasowo w stosunku do godziny, jaką miałem podaną na bilecie. Numery kursów również różniły się. Zacząłem niespokojnie kręcić się po terminalu. Chciałem dowiedzieć się, co jest z moim kursem do Moskwy. Nie znalazłem punktu informacyjnego. Zdawałem sobie sprawę, że czasu jest niewiele. Samolotami zbyt często nie podróżowałem, stąd brak obycia lotniskowego i niepokój. W tej sytuacji, zdecydowałem się podejść do najbliższego, czynnego okienka odprawiającego pasażerów. Zacząłem dopytywać się o właściwe miejsce odprawy. Okazało się, że znalazłem się w dobrym miejscu. Odetchnąłem. Przy słabej znajomości języka rosyjskiego, nie znając angielskiego, miałem odrobinę stracha. Nie ukrywam, myślałem, że mogę sobie nie poradzić w tej niepewnej sytuacji. I co wówczas? Po odprawie wyszedłem na zewnątrz terminalu od strony płyty lotniska. Już spokojnie czekałem na przyjazd autobusu. W trakcie oczekiwania, przyglądałem się swojemu biletowi, upewniając się, jaki mam numer miejsca. W tym czasie mężczyzna stojący obok mnie, podejrzał, jakie zajmuję miejsce. Zwrócił się do mnie po rosyjsku z zapytaniem, czy możemy zamienić się miejscami? Nie widziałem przeszkód. Okazało się, że ów mężczyzna podróżował razem z żoną i sprzedano im bilety w różnych częściach samolotu. Przy okazji usłyszałem wiele miłych słów o Polsce, o Polakach, o zmianach gospodarczych, jakie nastąpiły w Polsce. Miło było słyszeć takie opinie. W tym momencie uświadomiłem sobie, że rozumiem to, co mówią do mnie po rosyjsku i ja umiałem przekazać swoje uwagi. Praktycznie była to pierwsza moja rozmowa w języku rosyjskim. Pomyślałem wówczas, może nie będzie tak źle z porozumiewaniem się w Rosji. Podjechał autobus. Tym razem lot odbywał się samolotem typu Boeing 737. W samolocie nie miałem rozmownych sąsiadów. Lot nie trwał długo. W Moskwie byłem o godz. 12:20 czasu moskiewskiego, a więc cała podróż trwała ok. 4 godziny. Odprawa paszportowa odbyła się z uśmiechem na twarzy funkcjonariuszki służby granicznej. Otrzymałem dokument potwierdzający przekroczenie granicy Rosji. Przypomniano mi, żebym strzegł jego jak oka w głowie. Czytałem o tym przed wyruszeniem z Polski. Ostrzegano mnie, że jest to bardzo ważny dokument. Bez niego, mogę mieć olbrzymie trudności przy wyjeździe z Rosji. Schowałem go więc w bezpieczne miejsce. Nie byłem zmęczony. Moskwa powitała mnie niewielkim deszczykiem. Na lotnisku Domodiedowo miał oczekiwać na mnie Aleksander. Byłem ciekawy, czy wzajemnie poznamy się. Widzieliśmy się wcześniej, ale tylko w trakcie dwóch rozmów na skypie. Umówiliśmy się, że będziemy mieli ze sobą kartki z napisami dla rozpoznania. On kartkę z napisem po polsku „Witaj Jurek”, a ja po rosyjsku „Александр я здесь”. Odebrałem plecak, wyszedłem na halę, gdzie stał tłumek oczekujących na przybyłych pasażerów. Nie zdążyłem dokładnie rozejrzeć się, a przed sobą zauważyłem machającego rękoma Aleksandra. Od razu poznałem go. Nie zdążyłem wyciągnąć swojej kartki, Aleksander również. Powitanie było serdeczne.

 

Ilustracja 1 Moskwa lotnisko Domodiedowo
Moskwa, lotnisko Domodiedowo. Pierwsze spotkanie z Aleksandrem (z prawej strony).

 

Aleksander zaprowadził mnie do samochodu. Zdjąłem plecak, jednak koniecznie chciałem zrobić zdjęcie na lotnisku z przygotowaną przez siebie kartką powitalną. Poprosiliśmy przygodną osobę, aby nas obu sfotografowała. Aleksander zapytał, co robimy dalej? Czy chcę zwiedzać Moskwę, czy najpierw pojedziemy do domu, abym mógł odpocząć? Nie byłem zmęczony. Zaproponowałem, żebyśmy jednak dzisiaj pojechali do domu. Chciałem zostawić plecak, umyć się. Drugie pytanie Aleksandra, czy jedziemy prosto do domu autostradą, czy bocznymi drogami? Zaproponowałem bocznymi drogami. Zawsze bardziej interesowało mnie obserwowanie życia z perspektywy normalnej zwykłej drogi, aniżeli z autostrady. Wiedziałem, że Aleksander mieszka pod Moskwą. Wydawało mi się, że Kaszira, miejscowość, w której mieszka, jest oddalona od Moskwy o ok. 40-50 km. Tymczasem jechaliśmy, i jechaliśmy i końca nie było widać tej jazdy. Po drodze nieco zboczyliśmy do miejscowości Stupino. Aleksander jest rozwiedziony. Jego była żona i córka mieszkają właśnie w Stupino. Chciał zapewne, abym poznał jego córkę Margaritę. Wiedziałem, że jest studentką II roku dziennikarstwa. Powitanie było bardzo sympatyczne. Zresztą, bardzo miła dziewczyna. Próbowaliśmy trochę rozmawiać ze sobą. Aleksander uprzedził ją, że nie jestem zbyt biegły w języku rosyjskim i żeby starała się mówić do mnie wolniej. O dziwo, sam zadawałem jej pytania. Ona odpowiadała, zadawała pytania, a ja odpowiadałem. Wręczyłem jej przygotowane w Polsce pamiątki. Nie wiedziałem, czy dojdzie do spotkania z nią, ale i tak wcześniej pomyślałem o obdarowaniu jej drobiazgami. Spotkanie było krótkie. Pojechaliśmy dalej. Po drodze, Aleksander zatrzymał się przy jakimś barze. Zafundował drobną przekąskę, coś w rodzaju zapiekanki z warzywami i wędliną,. Obsługa baru zawinęła bułkę w coś, co bardziej przypominało papier gazetowy, a na pewno nie śniadaniowy. W smaku nie było to złe, ale sposób przygotowania i podania, lokal, obsługa nie sprawiało miłego wrażenia. Lokal przypominał raczej stołówkę przyzakładową, jakie były w Polsce w latach 70-tych. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do supermarketu. Aleksander kupował pieczywo, coś do niego, soki. Zapytał, co kupić z alkoholi, jakie mam życzenie? Odpowiedziałem, że chcę spróbować dobrego rosyjskiego piwa. Zaczął z półki zdejmować Heinekena i jakieś inne zachodnie marki. Nie – powiedziałem – chcę spróbować piwo rosyjskie. W końcu z półki zdjął dwie butelki piwa rosyjskiego (nie pamiętam nazwy). W trakcie naszej korespondencji, jeszcze przed wylotem do Moskwy, zapytałem jego, czy w Rosji faktycznie tak dużo i w dużych ilościach spożywa się alkohol? Nieco obawiałem się tego zwyczaju. Stwierdził, że nie. Jeżeli nie chcę pić, nikt mnie do tego nie będzie zmuszał. Nie zdziwił się więc, że nie proponuję zakupienia mocniejszych alkoholi.
W końcu zajechaliśmy do Kasziry. Okazało się, że jest oddalona od Moskwy przeszło 100 km. Zapytałem Aleksandra – to Ty codziennie tak dojeżdżasz do pracy? Tak, – odpowiedział – ale nie codziennie muszę być w Moskwie. Co to za odległość, i droga dobra, autostrada. W pracy jestem po półtorej godzinie. Jak to, co to za odległość? – zapytałem. W Rosji to nie odległość – odpowiedział – w Rosji wszystko jest duże, a 100 km? Przyzwyczaisz się do tego. Dom, do którego weszliśmy miał dwie kondygnacje: parter i piętro. Z zewnątrz wyglądał na budynek, który został postawiony w latach 30-tych ubiegłego stulecia. Wchodzimy do budynku. Ciemny korytarz, brudno, smrodliwie. Na suficie poprzyklejane zapałki, w ten sam sposób, jak to robiłem w dzieciństwie na klatkach schodowych w Warszawie. Zapaloną zapałkę rzucało się w górę z nasączonym tynkiem. Zapałka przyklejała się na suficie a wkoło zapałki tworzyła się czarna plama. W mieszkaniu było zupełnie inaczej. Czysto i estetycznie w dwóch pokojach i kuchni. Kuchnia malutka z oknem. Łazienka nieco mniej estetyczna, ciemna, o słabej wentylacji, z wanną i bez umywalki. W mieszkaniu dość długi korytarz w kształcie litery L. Aleksander mieszka sam. Udostępnił mi duży pokój z tapczanem, na którym spałem. W mniejszym pokoju jest jego gabinet do pracy, ale nie medycznej. Tutaj pisze artykuły, tutaj szuka informacji w Internecie do swojej pasji, jaką jest historia. Zasiedliśmy w kuchni przy małym narożnym stoliku. Zaczęliśmy rozmawiać. Staraliśmy się wzajemnie rozumieć. Ja dość często korzystałem z „tłumacza” w telefonie komórkowym. Często też wzajemnie mówiliśmy sobie, że „nie rozumiem”. Wówczas skomplikowanymi drogami dochodziliśmy do zrozumienia. W międzyczasie Aleksander przygotowywał obiadokolację. Zaproponowałem mu swoją pomoc, ale nie chciał o tym słyszeć. W trakcie rozmowy pytał o Polskę, jak żyjemy, ile przeciętnie zarabiają Polacy, jakimi samochodami jeździmy itp. Padło też pytanie dotyczące konfliktu ukraińskiego. Starałem się przekazać swoje stanowisko oczywiście w oparciu o informacje, jakie posiadałem przekazywane przez polskie media. Nie był zdziwiony moją odpowiedzią. Stwierdził jednak, że zawierucha ukraińska powstała z winy Zachodu. Podczas innego wątku rozmowy powiedział, że „społeczeństwo rosyjskie nie umie samodzielnie analizować wydarzeń na świecie. Nigdy nie dano mu takiej możliwości. Społeczeństwo boi się samodzielnie myśleć i wypowiadać swoje myśli”. Obiadokolację, a raczej mocną kolację zjedliśmy koło godz. 21. Aleksander przygotował duszone piersi kurczaka z różnymi przyprawami i warzywami. Było smaczne i chętnie zjadłem. Zapijałem zakupionym rosyjskim piwem, które niczym nie różniło się od przeciętnych gatunków piw w Polsce.
Dzień był długi, bo zaczął się o 3 rano, a spać poszliśmy po godz. 23.

 

14 sierpnia (czwartek)


Pobudka o 8 rano. Śniadanie. Przypomniałem sobie, że muszę w ciągu tygodnia zameldować się w Rosji i otrzymać kartę meldunkową. Aleksander zdeklarował się, że pomoże mi w tym, ale jutro. W porządku, na dopełnienie tego obowiązku było jeszcze trochę czasu. Zapytał mnie również, kiedy wybieram się do Orenburga i na jak długo. Stwierdził, że trzeba kupić bilet na pociąg i musi uprzedzić rodziców na ile dni planuję pobyt. Stwierdziłem, że dwa dni mi wystarczą. Skomentował, że to jest niemożliwe, że muszę być tam dłużej. Pojechaliśmy kupić bilet. Aleksander postanowił pokazać mi dzisiaj Moskwę. Wsiedliśmy do jego samochodu marki Citroen C4 i pojechaliśmy. Początkowo obejrzeliśmy Ogrody Katarzyny II na przedmieściach Moskwy. Piękne obiekty, ładnie odrestaurowane. Do pomieszczeń pałacowych nie wchodziliśmy. Były zamknięte. Jednakże obiekt zewnętrznie prezentował się okazale. Pojechaliśmy dalej. Aleksander stwierdził, że nie ma sensu jechać samochodem do śródmieścia, ponieważ mogą być kłopoty z zaparkowaniem. Zaproponował, żebyśmy pojechali do najbliższej stacji metra i metrem do centrum. Zaparkowaliśmy kilkaset metrów od stacji metra. Szliśmy wzdłuż jakiegoś osiedla mieszkaniowego, blokowiska zabudowanego budynkami cztero i więcej piętrowymi. Na osiedlu było dużo zieleni. Drzewa, głównie topole, trawniki gdzieniegdzie zdeptane i nie koszone. Przed wejściem do metra ustawione były budki handlowe, stragany z odzieżą, produktami żywnościowymi, kwiatami, gazetami itp. Widać, takie miejscowe targowisko jak w wielu miastach w Polsce przy osiedlach mieszkaniowych. Weszliśmy na stację metra Кантемировская. Kupiliśmy bilety, a raczej Aleksander kupił. Spojrzałem na plan metra i uznałem, że sieć metra w Moskwie jest olbrzymia. Akurat ta stacja niczym szczególnym nie wyróżniała się. Wystrój dość surowy. Jedynie robiły wrażenie długie schody w podziemia. Składy wagonów kursują często. Na peronie jest bardzo głośno w momencie wjeżdżania pociągu. Wsiedliśmy do wagonu. Zbyt wielu pasażerów nie było. Zauważyłem, że bardzo chętnie ludzie siedzący ustępują miejsce osobom starszym, a przede wszystkim kobietom. Piękny zwyczaj, który, niestety, w Polsce zanika. W wagonie czysto. Przed wjazdem na każdy następny przystanek metra, przez radiowęzeł w wagonach podawana była informacja o nazwie stacji, do której zbliżamy się i jaka będzie następna. Bardzo to ułatwiało poruszanie się metrem. Wysiedliśmy na stacji Площадь Революции, niedaleko Kremla. Poszliśmy na Plac Czerwony. Obeszliśmy go w koło. Na środku stawiano rusztowania pod przyszłą widownię. Podobno miał się odbyć międzynarodowy festiwal orkiestr wojskowych. Poszliśmy dalej zobaczyć Kreml. Ponownie mieliśmy pecha. Pomieszczenia muzealne w tym dniu były niedostępne dla turystów. Więc obeszliśmy wszystkie zabudowania i podziwiałem je z zewnątrz. Dużo przepychu, dużo złoceń, pięknie zadbane. To co zobaczyłem, porównywałem z wyobrażeniem Kremla, jaki utrwalił się u mnie poprzez oglądane filmy o Moskwie, jaki widziałem w albumach. Powiem jeszcze raz: przepych, złoto, potęga. Prawda, Moskwa nie była niszczona jak polskie miasta. Prawie wszystko mogło zachować się w stanie oryginalnym. Jedynie potrzebne były fundusze na konserwację, a było widać, że rosyjski rząd i mer Moskwy nie żałują ich na Kreml.
Bardzo chciałem zobaczyć Arbat. Arbat to nazwa dzielnicy i jednej z głównych ulic starej części Moskwy. Ulica Arbat powstała w XIV-XV w., a okolice ulicy zamieszkiwali kupcy i rzemieślnicy, stąd nazwy licznych sąsiednich zaułków - Płotnikow (ciesielski), Sieriebriannyj, Dienieznyj (pieniężny). Rzemieślników wyparła w połowie XVIII w. arystokracja moskiewska. Dawno temu, dużo o dzielnicy i ulicy opowiadał mój wuj, który urodził się w Moskwie w 1904 r. Śpiewał o niej Bułat Okudżawa.
Ponownie wsiedliśmy do metra. Przejechaliśmy kilka przystanków i wysiedliśmy na pięknej stacji Арбатская. Stacja nie z tej epoki. Piękne sklepienia, malowidła, rzeźby, marmury. Bardzo mi się podobała i robiła wrażenie. Wszędzie czysto. Tylko ten hałas nadjeżdżających pociągów, mimo mojego przytłumionego słuchu, był mocno odczuwalny. Długimi schodami wyjechaliśmy na powierzchnię. Ulica Arbat praktycznie jest deptakiem. Podobnie jak w Warszawie Krakowskie Przedmieście, czy w Krakowie ul. Grodzka lub Floriańska. Tłumy ludzi. Duża ilość obcokrajowców. W tłumie obcokrajowcy byli rozpoznawalni – Azjaci. Wydawało mi się, że wśród małej grupki idącej ulicą Arbat usłyszałem język włoski. Co raz można było spotkać ulicznych malarzy portreciarzy, muzyków grających na gitarach, młodych muzyków (chyba studentów) grających muzykę peruwiańską. To znowu można było usłyszeć „harmoszkę” i rosyjskie pieśni patriotyczne. Gdzieniegdzie można było zobaczyć pokazy sprawnościowe. Po obu stronach ulicy wiele kamienic pamiętających XVIII, XIX wiek.
Może były i starsze, ale nie jestem znawcą historii architektury i nie zwróciłem na to uwagi. Aleksander zwrócił natomiast moją uwagę na dom, w którym mieściło się Muzeum Puszkina i na pomnik Bułata Okudżawy. W kamienicach znajdowały się sklepy z pamiątkami, z odzieżą nieraz bardzo renomowanych światowych firm. Podobał mi się spacer tym deptakiem, charakter ulicy, jej tętno życia. Spacerując ul. Arbat i sąsiednimi, Aleksander pokazał mi miejsce swojej pracy. Przechodziliśmy również koło budynku, w którym mieści się Duma Rosji (Parlament). Z zewnątrz budynek wydał mi się groźny. Duża szara, ponura bryła, żadnych elementów architektonicznych na elewacji dających poczucie swobody, lekkości. Poza tym obecna sytuacja polityczna, odbiór przez Polaków i inne narody świata decyzji, jakie były podejmowane w tym miejscu, być może spotęgowało mój odbiór tego obiektu.
Po Moskwie pieszo zrobiliśmy dobrych kilkanaście kilometrów. Kilometry czuło się w nogach. Postanowiliśmy wracać do Kasziry. Po drodze drobne zakupy żywnościowe. W domu Aleksander zajął się przygotowywaniem posiłku, ale nie chciał nawet słyszeć o mojej pomocy. Prawdę mówiąc, czułem się trochę nieswojo. Nie dość, że nie dopuszczał mnie do udziału w codziennych czynnościach domowych, to nie dawał mi za nic płacić. Za każdym razem proponowałem, a nawet nalegałem, że ja zapłacę za bilety, za posiłek w mieście, za zakupy artykułów żywnościowych. Nawet nie było o tym mowy. Wydawało mi się, że jeżeli dłużej będę nalegał, jest skłonny obrazić się. Do tego wszystkiego kupił mi bilet na pociąg do Orenburga i również nie dał się przekonać, że to moja podróż i że jestem na nią finansowo przygotowany. Nic z tego, kupił i już. Zjedliśmy obiadokolację, ale bardziej chyba była to ponownie mocna kolacja. W trakcie sączenia jednego kieliszka brandy, rozmawialiśmy o spostrzeżeniach mijającego dnia. Chciałbym w tym momencie napisać, że na co dzień nie należę do ludzi wiele mówiących, tak tym razem nie zamykały mi się usta, a mówiłem po rosyjsku. Nie twierdzę, że przychodziło mi to łatwo. Moja znajomość języka rosyjskiego, zmuszała mnie do głębokiego penetrowania mojej pamięci i przypominania słówek rosyjskich. Oj, nie jest to lekka praca. Ale, jeżeli już udawało mi się przekazać swoje myśli, byłem bardzo usatysfakcjonowany. W trakcie dzisiejszego spacerowania, zwracałem uwagę na marki samochodów, jakie jeżdżą po Moskwie. Są praktycznie prawie takie same jak w Polsce. Jest może przewaga samochodów koreańskich, japońskich, francuskich, mniej niemieckich. Jeździ także sporo ład, starych i nowych, których modele nie są spotykane na rynku europejskim. Aleksander zwracał również uwagę na samochody chińskie. Mówił, że ludzie je kupują, bo są stosunkowo tanie, ale nie mają serwisu i są olbrzymie problemy z częściami. W trakcie powrotu do Kasziry, Aleksander pokazywał mi zakłady firmowane przez znane koncerny europejskie. Pomyślałem sobie, co z tym embargiem nałożonym na Rosję, skoro normalnie odbywa się tam produkcja? Wieczorem, Aleksander telefonował do Orenburga, poinformował rodziców, o której godzinie przyjadę. Poumawiał mnie na spotkania z redakcją czasopisma „Гостинный Двор”, ze Stowarzyszeniem Polonii w Orenburgu „Czerwone Maki”.
Spać poszliśmy ok. godz. 23 czasu moskiewskiego, czyli o 1 w nocy czasu warszawskiego. Jak na moje wymagania dotyczące snu, była to bardzo późna pora.

 

15 sierpnia (piątek)


Pamiętałem, że tego dnia były pierwsze urodziny Leosia (wnuka). Wysłałem życzenia SMS-em. Wstaliśmy dość późno. Upał był niewiarygodny. Po wczorajszym dniu, kiedy to było pochmurno i wcale nie upalnie, dzisiaj od rana temperatura była znacznie wyższa. Poranny prysznic dobrze zrobił. Aleksander proponował, abym korzystał z jego środków myjących, ale wolałem jednak swoje. Z domu zabrałem ze sobą praktycznie wszystko, co potrzeba. W łazience bardzo mnie dziwiło, że cały czas są gorące grzejniki, mimo takiego upału na zewnątrz. Widocznie koszt z korzystania energii cieplnej nie jest wysoki, skoro w środku lata, przy takiej temperaturze, są gorące grzejniki w łazience. Jak zwykle, o ile można tak stwierdzić, trzeciego dnia pobytu w Moskwie, Aleksander zajął się posiłkiem. Tym razem była kasza pszeniczna na mleku, z masłem i ziemniakami. Nie było to złe. Należy przyznać, że Aleksander ma dryg do gotowania i chyba lubi to robić Potem zostawił mnie samego w domu. Pojechał mnie zameldować. Wspominałem wcześniej, że w ciągu tygodnia każda osoba przyjeżdżająca z zagranicy ma obowiązek zameldować się. Z chwilą, gdy nie mieszka w hotelu (w hotelach meldunek dokonywany jest automatycznie), turysta musi zameldować się w Biurze Meldunkowym lub na poczcie, wykupując i wypełniając odpowiedni druczek. Aleksander stwierdził, że moja obecność w trakcie meldowania na poczcie nie jest potrzebna, ponieważ nie muszę składać żadnych podpisów. Dałem więc swój paszport i pojechał. Wracał ze dwa razy, ponieważ nie miał jednak wszystkich moich danych potrzebnych do wypełnienia druku. I znowu chciałem oddać mu pieniądze za koszty, jakie poniósł podczas
meldunku, niewielkie, ale zawsze kilkaset rubli. Tylko machnął ręką. Dla mnie była to jednak bardzo ważna sprawa do załatwienia. Serdecznie podziękowałem. Pojechaliśmy do Stupino. Mieliśmy się tam spotkać z Margaritą. Chcieli mi wspólnie pokazać miasteczko. Tak naprawdę, bardziej chyba chodziło o spotkanie się niż o zwiedzanie. Trochę chodziliśmy uliczkami i po placach, ale na dobrą sprawę niczego ciekawego nie było. Może chcieli pokazać jak wyglądają w Rosji miasta kilkudziesięciotysięczne? Miasteczko sprawiało wrażenie czystego. Przechodziliśmy obok osiedla z domami wyglądającymi jakby zostały wybudowane wieku (?), ale wytłumaczono mi, że są one z połowy XX wieku i w najbliższym czasie będą wyburzane. Rzeczywiście ruinki. Pokazano mi w centrum ładną fontannę. Trochę w stylu francuskim lub włoskim, a może rosyjskim z XVII czy XVIII wieku. Nie pasowała do otoczenia, w którym się znajdowała. Podczas spaceru po miasteczku wskazano mi miejsce, w którym znajdują się czynne i odwiedzane do tej pory łaźnie miejskie (banie). Zajrzeliśmy do domu kultury. Zapytano mnie, czy mam chęć na lody. Bardzo chętnie – odpowiedziałem. Przy okazji tej propozycji przypomniało mi się, jak mój Tata opowiadał w latach 50-tych, 60-tych, gdy przyjeżdżał z podróży służbowej z Moskwy, że lody jadało się tam na okrągło o każdej porze roku i że były bardzo smaczne. Wsiedliśmy do samochodu i zajechaliśmy do Mc Donalda. Bardzo byłem sfrustrowany. Poczułem, jakby Mc Donald miał być pewną wizytówką, którą należy pokazać i zaprowadzić gościa z Polski. To tak, jak kiedyś w 1990 r. znalazłem się w Brukseli i zaprowadzono mnie do Mc Donalda. Ale wówczas była to nowość na europejskim rynku. Zjadłem lody, ale nic nadzwyczajnego. Zajechaliśmy na pocztę. Margarita chciała odebrać przesyłkę. Były to zeszyty 100 kartkowe zamówione w sklepie internetowym. Spojrzałem na nie i przypomniały mi się czasy szkoły średniej w latach 60-tych. Niczym te zeszyty nie różniły się od tamtych. Miękkie szare okładki, papier raczej żółtawy. Pomyślałem, żeby może po powrocie wysłać jej z Polski ładne tego typu zeszyty? Poprosiłem o adres. Zapytałem, jakie byłyby najprzydatniejsze tzn. czy w linię czy w kratkę. Margarita powiedziała, że najbardziej ucieszyłaby się z czystych, bo takie bardzo trudno kupić. Powiedziałem OK. Wróciliśmy do Kasziry. Aleksander zaczął przygotowywać obiad. Dzisiaj była w planie faszerowana papryka. Szybko się z tym uwinął. Ponownie, zostałem zaskoczony umiejętnościami kucharskimi Aleksandra. Papryka była pyszna, prawie taka sama w smaku jak u mnie w domu, robiona przez Barbarę (małżonkę). Spakowałem plecak. Był już nieco lżejszy o przekazane prezenty dla Aleksandra i dla Margarity oraz dla sympatii Aleksandra. Nie miałem okazji jej poznać. Nie spakowałem albumów o Moskwie, którymi zostałem obdarowany poprzedniego dnia przez Aleksandra podczas spaceru po Moskwie, bo miałem w planie jeszcze wrócić do niego. Aleksander przygotował mi potężną wałówkę na podróż z sokami i wodą. Trochę buntowałem się mówiąc, że w podróży nie jadam. Nie dał się przekonać. Musiałem wziąć ze sobą dodatkową reklamówkę.
Wyjechaliśmy do Riazania. Riazań – miasto, w którym więziono aresztowanych przez NKWD 1944-1945 oficerów AK i działaczy niepodległościowych. Moja podróż do Orenburga miała się zacząć właśnie w Riazaniu. Nie trzeba było jechać do Moskwy. Do Riazania był wygodniejszy dojazd, a i Aleksander chciał mi choćby trochę pokazać to miasto. Z domu wyjechaliśmy nieco wcześniej, aniżeli wskazywałby czas odjazdu pociągu, żeby zdążyć zobaczyć choćby część miasta. Jadąc samochodem mijaliśmy wioski, miasteczka. Droga nie była zła. Szeroka, gładka i niemal nie było ruchu. Przejeżdżaliśmy przez dwudziestokilkutysięczne miasteczko Зарайск (Zarajsk). Niewielka mieścina. Aleksander powiedział, że jest to jedno z najstarszych rosyjskich miast. Historia jego sięga XII wieku. Nie zatrzymywaliśmy się. Przejechaliśmy koło Kremla w Zarajsku, wąskimi ulicami koło resztek starych, rozpadających się kamienic. Zapytałem Aleksandra, dlaczego zabytki są w takim stanie? Przecież, po odbudowie i renowacji mogłaby to być perełka ściągająca tysiące turystów. Czy nie ma pieniędzy na to? Dowiedziałem się, że pieniądze są, ale nikogo to nie interesuje. W Rosji nie ma turystyki wewnętrznej. Rosjan nie interesują ich własne zabytki. Oni chętniej jeżdżą do Azji Wschodniej, czy Azji Południowej. Bogatszych bardziej interesuje Europa czy Ameryka. Bardzo się zdziwiłem tą wypowiedzią, przecież na całym świecie z turystyki są duże pieniądze. Do Riazania przyjechaliśmy dwie godziny przed odjazdem pociągu. Było trochę czasu na zwiedzanie. Zatrzymaliśmy się przed Kremlem Riazańskim. Kreml wraz z soborami powstawał w XV wieku. Świetność przeżywał w XVII wieku. Na terenie kremla widoczne były ślady prowadzonych prac wykopaliskowych. Wiele budynków z zewnątrz było odmalowanych, co świadczyło o prowadzonych pracach konserwatorskich. Muzeum, niestety, było zamknięte. Przechadzając się dziedzińcem Kremla, zastaliśmy trochę bałaganu. Usypane hałdy ziemi, rozkopane rowy. Może były to pozostałości po wykopaliskach i pozostałości po bieżących konserwacjach. Bądź, co bądź takie widoki kłuły trochę w oczy przy tej klasie zabytku. Zbliżał się czas odjazdu pociągu. Ja prawdę powiedziawszy, zacząłem „w miejscu dreptać” z lekkim niepokojem, czy zdążymy na pociąg. Nieśmiało dopytywałem się, jak daleko od kremla jest dworzec kolejowy? Aleksander uspakajał mnie, że wszystko jest pod kontrolą. Faktycznie, zdążyliśmy przed przyjazdem pociągu. W Riazaniu zatrzymywał się na kilka minut. Pociąg podjechał. Znaleźliśmy odpowiedni numer wagonu. Przed wagonem stała konduktorka, a raczej opiekunka wagonu i sprawdzała bilety wraz z paszportem. Po wejściu do środka odnalazłem swoje miejsce. Wagon niby z przedziałami, ale bez ścianki z drzwiami. W każdym przedziale po cztery leżanki. Na korytarzu przy oknie, naprzeciwko każdego z przedziałów dwa miejsca siedzące ze stolikiem między nimi. Właśnie jedno takie miejsce ja zająłem. Po raz pierwszy miałem sposobność podróżowania rosyjskimi kolejami

 

ROSJA 2
Widok wagonu, w którym podróżowałem do Orenburga.

Nie bardzo znałem panujące zwyczaje, sposób poruszania się w wagonie, co gdzie jest, co można, a czego nie można. Nowe wyzwanie. Usiadłem na swoim miejscu. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić z plecakiem. Nie bardzo widziałem, gdzie jest miejsce na bagaż. Podróżnicy jeżdżący pociągami przez Rosję pisali, że bagaże chowa się pod siedzeniami. Spojrzałem pod swoje siedzenie. Nie, tam mój plecak nie zmieści się. Spostrzegłem trochę miejsca pod leżanką w przedziale.
Zapytałem, czy ewentualnie mogę tam schować plecak? Usłyszałem – proszę, jest wolne miejsce. Sprawa bagażu załatwiona. Następna sprawa, jak spać na korytarzu, przecież czeka mnie podróżowanie ponad 22 godziny. Jest po godzinie 20-tej. Przede mną cała noc. Słyszałem, że wszyscy pasażerowie mają miejsca do spania. Nic, postanowiłem jeszcze trochę poczekać, może sprawa sama się wyjaśni. Dobrze zrobiłem. Niedługo, pasażerowie mający miejsca na korytarzu, zaczęli przygotowywać się do nocy. Okazało się, że stolik składało się tak sprytnie, że powstała z niego środkowa część leżanki. Nad oknem rozkładała się druga leżanka, na której miał miejsce pasażer siedzący naprzeciwko mnie. Materace na leżanki w korytarzu były złożone w przedziale. Tam też była przygotowana bielusieńka pościel hermetycznie zapakowana w folię. Byłem coraz bogatszy w wiedzę. Na pójście spać było jeszcze za wcześnie. Zacząłem rozglądać się po wagonie, spoglądać na pasażerów siedzących w przedziale. Naprzeciwko mojego miejsca były cztery kobiety. Bardzo żywo rozmawiały między sobą. Nie wszystko rozumiałem, co mówiły. Po ich sposobie zwracania się do siebie i pojedynczych słowach, czy zwrotach nabierałem przekonania, że są dobrymi znajomymi. Może są związane rodzinnie, a może serdecznymi koleżankami z pracy, a może przyjaciółkami w życiu prywatnym? Wzajemnie częstowały się swoimi wypiekami, swoimi produktami żywnościowymi. Popijały herbatę albo kawę z takich samych naczyń, czyli ze szklanek w takich samych podstawkach. Myślałem, że któraś z nich wzięła na podróż taki zestaw. Miałem ochotę dołączyć się do konwersacji, ale nie miałem odwagi wtrącać się w ich rozmowy. Zaczęło się ściemniać. Zbliżała się godzina 22. Pasażerowie w przedziałach ścielili łóżka. Osoba siedząca ze mną, również rozłożyła swoje łóżko nade mną. Panie z przedziału wskazały mi, gdzie jest moje posłanie. Pan z góry pokazał jak rozkłada się moja leżanka. Wziąłem materac, kołdrę, poduszkę i pościel. Okazało się, że w zestawie pościeli był cały komplet: prześcieradło, powłoka na kołdrę, powłoczka na poduszkę i biały ręcznik. Na korytarzu rozpoczął się spory ruch. Podróżni z kosmetyczkami szli do toalety wagonu, umyć się i przygotować się do snu. Panie i panowie wracali w piżamach lub lekkich dresikach. Zupełnie nie byłem na coś takiego przygotowany. Moja piżama była głęboko schowana w plecaku. Całe szczęście kosmetyczkę miałem łatwo dostępną. Wyczekałem moment i sam powędrowałem do toalety. Dużo większe pomieszczenie niż w polskich wagonach. Swobodnie można było umyć , a także przebrać się. Było naprawdę czysto, mimo że przede mną przewinęło się sporo osób. Niestety, ja nie miałem w co się przebrać, więc zostałem w tym co miałem na sobie. Trochę mi było głupio: kłaść się w ubraniu w czystą pościel, ale buty zdjąłem. Trudno. Ogólne spanie w wagonie nastąpiło po godz. 22. Z czasem coraz mniej ludzi chodziło na korytarzu i spokojnie można było próbować zasnąć. Okazało się, niestety, że leżanka była o 10-15 cm za krótka. Musiałem leżeć z przykurczonymi nogami. Pociąg jechał dość wolno jak na pośpieszny. Fakt, nie zatrzymywał się. Chyba w nocy lekko przyśpieszył.

 

16 sierpnia (sobota)


Koło godz. 7 w wagonie rozpoczął się poranny ruch pasażerów do toalety, po gorącą wodę do kawy, herbaty itp.. Oczywiście cały czas operuję czasem moskiewskim. Okazuje się, że w całej Rosji od Sankt Petersburga po Władywostok, rosyjskie koleje podróżują według czasu moskiewskiego. Wszędzie na dworcach zegary wskazują dwa czasy: moskiewski i lokalny. Na rozkładach jazdy podane są godziny przyjazdów lub odjazdów pociągów według czasu moskiewskiego. Wracam jednak do swojej podróży. Zobaczyłem, że pan śpiący nade mną już wstał. Również postanowiłem zerwać się i po złożeniu swojego legowiska, udostępniłem mu miejsce do siedzenia. Kilka razy próbowałem go zaczepić jakimś pytaniem, ale nie był skory do rozmów. Natomiast cztery kobiety podróżujące w przedziale naprzeciwko mojego miejsca, chyba były zainteresowane moją osobą. Miałem wrażenie, że zauważyły jak próbowałem zaczepiać swojego sąsiada i chyba zwróciły uwagę na mój nieskładny rosyjski. Zapytały gdzie jadę, skąd jadę itd. Zaproponowały, abym przysiadł się bliżej. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że jadą z Moskwy, gdzie pracują, ale rodziny jednych były w Samarze, innych w Orenburgu. Cztery kobiety, ale nie były ani ze sobą spokrewnione, ani koleżankami z pracy, jak wcześniej sądziłem. Jechały, jak mówiły do domu, do mężów, do dzieci. Podróżowały tak, co dwa tygodnie, czasem rzadziej. Zaproponowały mi wspólne zjedzenie śniadania. Podziękowałem. Wyciągnąłem to, co przygotował mi Aleksander. Jedynie miałem kłopot ze zrobieniem sobie kawy czy herbaty. Swój składany, turystyczny kubek miałem schowany w plecaku. Zacząłem w nim grzebać. Jedna ze współpasażerek zapytała, czego szukam? Kubka do zrobienia sobie kawy – odpowiedziałem. A dlaczego nie idziesz do obsługi wagonu? – zapytały – przecież tam dostaniesz szklankę z podstawką. Faktycznie, otrzymałem szklankę z prawdziwą rosyjską podstawką. Zaparzyłem sobie kawę. Miałem saszetki turystyczne z rozpuszczalną kawą. Nie zdążyłem wyjąć swoich kanapek, kiedy na stole pojawiło się mnóstwo pierożków, naleśników, ciasteczek. Każda z pań chciała mnie czymś poczęstować. Również dzieliłem się tym, co miałem. A miałem saszetki z kawą, z herbatą, zupki „gorący kubek”. Okazało się jednak, że nie były to jakieś atrakcje dla współpasażerek. Niektóre miały podobne, a inne mówiły, że takie rzeczy są w Rosji. Więc postanowiłem obdarować je drobnymi gadżetami, jakie miałem ze sobą. Zrobiło się bardzo sympatyczne. Zrodziła się niemal rodzinna atmosfera. Panie opowiadały o swoich rodzinach, gdzie pracują, jak się im żyje. Ja natomiast opowiadałem o Polsce, o Warmii i Mazurach, o naszych przemianach i osiągnięciach gospodarczych i cywilizacyjnych. Czas podróży mijał błyskawicznie. Teraz dokładnie nie pamiętam, ale koło południa dojeżdżaliśmy do Samary. Usłyszałem – proszę popatrzeć przez okno, przejeżdżamy przez rzekę Wołga. Rzeka robiła wrażenie. Potężna, niemal nie widać było drugiego brzegu, bardzo duże rozlewiska. Pół godziny później byliśmy na dworcu w Samarze. Okazało się, że tutaj wysiadały dwie współpasażerki. Okazało się również, że w Samarze pociąg dłużej stoi na dworcu. Zmieniają lokomotywę. Wysiadłem z wagonu wyprostować nogi i rozejrzeć się. Dopiero teraz miałem okazję zobaczyć jak długi jest skład pociągu. Nie liczyłem wagonów, ale musiało ich być grubo ponad 20. Z zewnątrz wyglądały na czyste i nowoczesne. Przy peronie stał jeszcze drugi pociąg jadący w przeciwnym kierunku. Wokoło było czysto. Na peronie stały różne kioski. W kilku były artykuły żywnościowe. W jednych można było kupić kanapki, gorące bliny, gorące i zimne napoje. W innych przeważały artykuły pamiątkarskie, ale również były słodycze. Podobno Samara słynie w Rosji z doskonałej czekolady podobnie jak w Europie Bruksela. Rzeczywiście, miałem okazję spróbować czarną, gorzką czekoladę – bardzo smaczna. Taką scenerią na peronie byłem trochę zaskoczony. Wcześniej czytałem o kobietach podchodzących do zatrzymujących się wagonów i proponujących różne lokalne, gorące przysmaki, które można było kupić za niewielkie pieniądze. Nie było kobiet, nie było oferowanych potraw. Zapewne zastąpiono je kioskami. Przechadzałem się po peronie, kiedy jedna z pań z przedziału podeszła do mnie i wręczyła zakupiony na dworcu gadżecik – plakietkę ze zdjęciami z Samary z magnesem do zaczepienia na lodówce, czy innych metalowych przedmiotach. Miłe to było i takim gestem byłem zaskoczony. W trakcie jazdy od czasu do czasu spoglądałem przez okno. Niemal cały czas widoczne były duże przestrzenie najczęściej nieużytków. Pociąg czasem zwalniał zbliżając się do niewielkich przystanków, na których nie zatrzymywał się, ale można było łatwiej dostrzec mijane małe miasteczka, wioski, osiedla. Małe stacyjki miały najczęściej współcześnie wybudowane budynki infrastruktury dworcowej. W miasteczkach budynki mieszkalne budowane były najczęściej z wielkiej płyty. Zabudowę wiosek i osiedli stanowiły stare drewniane domy. Ich obejścia nie były utrzymane w idealnym porządku. Niedbale postawione płoty, duża ilość wyrośniętych chwastów, bałagan na podwórkach. Domy pokryte eternitem – bardzo częsty widok. W Polsce również zdarzają się takie widoki, ale dzisiaj są już coraz rzadsze.
Pociąg dojeżdżał do Orenburga. Nie wiadomo, kiedy upłynęło dwadzieścia kilka godzin. Przed tą podróżą wydawało mi się, że będzie ona trwała wieki. Miałem w pamięci jazdę, co prawda autobusem, do Brukseli (20 godzin). Bardzo mi się wówczas dłużyła podróż. Tym razem mijała niepostrzeżenie, w miłym towarzystwie i nadzwyczaj bezpiecznie. Przed wyjazdem do Rosji, w którymś z reportaży przeczytałem, że w trakcie podróżowania trzeba zwracać baczną uwagę na bagaże – lubią znikać. Ja nawet przed wyjazdem miałem przygotowaną specjalną stalową siatkę, którą zakłada się na plecak i zaczepia do konstrukcji wagonowych siedzisk. Pomyślałem sobie, jak dobrze, że nie wziąłem tego ze sobą. Po pierwsze, zwiększyłbym sobie wagę plecaka, a po drugie, wygłupiłbym się w oczach innych współpodróżnych. Jaką wyrobiłbym sobie opinię? Jeszcze dzisiaj myślę, że byłby to niezły obciach! Przed wyjściem z wagonu, trzeba było oddać pościel, poduszkę, ręcznik i szklankę z podstawką. Wzięliśmy swoje bagaże, pożegnaliśmy się wzajemnie. W tym momencie otoczka przyjaźni utworzona w przedziale pękła jak bańka mydlana. Obie panie i ja rozeszliśmy się swoimi drogami.
Dojechałem do Orenburga, według czasu moskiewskiego o godz. 18:30, a czasu orenburskiego o godz. 20:30. Spoglądałem z okna na peron. Od Aleksandra wiedziałem, że na spotkanie ze mną miał przyjść jego tata, ale nie wiedziałem jak wygląda. Spoglądałem na osoby stojące przed wyjściem z wagonu i typowałem, z kim będę się witał, z jaką osobą tam stojącą? Jedna z nich wydała mi się, że może być ojcem Aleksandra. I dobrze odgadłem. Był to tata Aleksandra - Jewgienij. Obok stała jego córka, czyli Ałła, siostra Aleksandra. Nie wiedziałem o jej istnieniu. W trakcie naszych rozmów Aleksander nie wspominał, że ma siostrę. Przywitaliśmy się i poszliśmy poza dworzec. Podobno miała czekać na nas, zamówiona wcześniej przez Ałłę, taksówka. Stały różne taksówki, ale żadna z nich nie była właściwa. Starano się telefonicznie dowiedzieć jak wygląda sytuacja. Stale nic nie podjeżdżało. Oczekiwanie na taksówkę trwało już ok. pół godziny. A na zewnątrz upał niewiarygodny, grubo powyżej 30o. Plecak mi zaczął ciążyć. W końcu Jewgienij zauważył, że podjechał odpowiedni autobusik, który może nas dowieźć na miejsce. Zdecydowano, że jedziemy nim i wszyscy ruszyliśmy biegiem w jego kierunku. W trakcie oczekiwania, zwróciłem uwagę, że pod dworzec podjeżdżają same małe autobusiki, trochę większe od mikrobusów, ale zdecydowanie mniejsze od normalnych autobusów. Część ich stanowiły pojazdy wyprodukowane chyba jeszcze w latach osiemdziesiątych, ale były i nowsze. Wsiedliśmy do jednego z tych nowszych, ale nie wsiadła Ałła. Stwierdziła, że nie ma czasu i musi jechać do siebie do domu. Dość długo jechaliśmy. W końcu Orenburg nie jest małym miastem. Liczy ponad pół miliona mieszkańców. Rodzice Aleksandra nie mieszkali w centrum. Po wyjściu z autobusu, Jewgienij prowadził osiedlowymi asfaltowanymi uliczkami bez chodnika. Wzdłuż było kilka drewnianych parterowych domów i w końcu pojawiło się osiedle wyższych, czteropiętrowych bloków mieszkalnych. Między domami rosły drzewa o liściach, w których zieleń jakby lekko osiwiała. Może to efekt panującego w Orenburgu klimatu (kontynentalny). W związku z tym panujące upały przy bardzo suchym powietrzu. Weszliśmy do klatki schodowej, a wygląd jej był taki jak to w starych blokach tj. niezbyt czysto, schody betonowe. Na trzecim piętrze drzwi do mieszkania otworzyła nam mama Aleksandra. Od razu wydała mi się bardzo sympatyczną starszą panią. Serdeczne powitanie. Zostałem zaproszony do środka. Niewielkie mieszkanko. Trzy pokoiki. Salonik ok. 16 m2, a pozostałe niecałe 10 m2. Widna kuchnia i oddzielne łazienka i ubikacja. Umeblowanie skromne, ale wraz z wystrojem, można było odnieść wrażenie, że mieszkają tutaj ciepli i serdeczni ludzie. Zaprowadzono mnie do pokoju, który miałem zająć. Do przydzielonego mi pokoiku wchodziło się z salonu. Miałem do dyspozycji tapczanik, półki w szafie. Z półek nie skorzystałem. Swoje rzeczy miałem poukładane w plecaku i nie było potrzeby przekładać je w inne miejsce. Na ścianie dywan. Jakże mi przypominał dom w Białymstoku u Babć, a szczególnie w pokoju Babci Julci.
Umyłem się i zostałem zaproszony na kolację. Z plecaka wyjąłem drobne upominki dla Walentyny i Jewgienija. Widziałem, że byli nieco zażenowani, że mam coś dla nich, ale ucieszyli się. Następnie zapytano mnie, czy nie przeszkadza mi, abyśmy zjedli kolację w kuchni. Odpowiedziałem, że nie. Stwierdziłem nawet, że nie chcę swoją osobą przysparzać zbyt wielu kłopotów i chcę się poczuć jak u siebie w domu, więc jedzenie w kuchni jest dobrym pomysłem. Na kolację została podana faszerowana papryka, duszona młoda kapusta z kawałkami wieprzowiny. Bardzo smacznie było przyrządzone. Jewgienij postawił na stole pół litra wódki niezbyt mocnej (tak mi się wydawało). Tak jak pokazuje się na różnych rosyjskich filmach, wódka została rozlana do szklaneczek 100ml. Całe szczęście, że nie trzeba było tego wypić do dna. Przy okazji przeszliśmy na „ty”. Przy stole rozmawialiśmy dość długo o różnych rzeczach. Ich interesowała Polska, ja pytałem, czym oni zajmowali się w pracy zawodowej, jak się im żyje itp. Dowiedziałem się, że Jewgienij był najpierw robotnikiem, potem majstrem, a następnie kierownikiem w zakładzie napraw taboru kolejowego. Natomiast Walentyna była nauczycielką. Oboje są już na emeryturze. Dowiedziałem się, że Jewgienij ma już 82 lata. Walentyna jest od niego kilka lat młodsza. Z Warszawy wyjechałem po ledwo wykurowanym zapaleniu płuc. Cały czas dokuczał mi jeszcze kaszel, szczególnie przy dłuższych rozmowach. Tym razem było podobnie. Sam się dziwiłem, że tyle mogę mówić i to po rosyjsku. W pewnym momencie staruszkowie stwierdzili, że całkiem dobrze radzę sobie z językiem rosyjskim. Mocno mnie to podbudowało, ale i zdziwiło, chociaż sam znałem swoje możliwości językowe. Przecież pamiętałem tylko kilkadziesiąt słów, z których budowałem zdania w celu przekazania swoich myśl. Widać robiłem to całkiem, całkiem, ale ile mnie to kosztowało wysiłku, to tylko ja o tym wiedziałem. Spać poszliśmy koło północy.

 

17 sierpnia (niedziela)


Wstałem koło godz. 8oo. Nie była to dobrze przespana noc. Wysoka temperatura powietrza dawała się we znaki. W nocy nie było dużo poniżej 30o. Wierciłem się, szukałem chłodniejszego miejsca, ale po chwili ponownie wszystko robiła się gorące. Nie byłem przyzwyczajony do takich temperatur. Walentyna przygotowała śniadanie. Ranek był naprawdę gorący. W kuchni okna były zamknięte, przysłonięte zasłonami, a dla wymiany powietrza otwarty był jedynie mały lufcik. Zapytałem – jaka jest temperatura? Usłyszałem – 35o. Przysiadłem. Po chwili uświadomiłem sobie, że Orenburg geograficznie leży dużo bardziej na południu niż Warmia i Mazury i nie powinienem się dziwić. Tutaj daje się we znaki gorący stepowy klimat. Do śniadania usiedliśmy przy niewielkim stoliku w kuchni. Znalazły się na nim wędliny, miód, swojej roboty powidła śliwkowe, sery, duszona kapusta. Obowiązkowo trzeba było zjeść świeżo usmażone bliny. Po nieprzespanej nocy orzeźwiła mnie dobra czarna kawa podana do śniadania. Odpytano mnie co się je w Polsce na śniadanie, co ile kosztuje, czy sami robimy jakieś przetwory? Omówiliśmy również plan działania na bieżący dzień. Powiedziałem, że chciałbym pochodzić po mieście, zorientować się jak wygląda, jaki ma charakter. Jewgienij stwierdził, że do centrum jedzie ze mną. Chce mi pokazać miasto. Bardzo było mi miło, że padła taka propozycja, ale... Właśnie „ale”. Przecież był niesłychany upał, a Jewgienij jest starszym człowiekiem, czy da radę fizycznie? Zaproponowałem, że może jednak sam pojadę po wskazaniu, jakimi numerami autobusów mogę dostać się do centrum. Nic z tego, Jewgienij uparł się, że jedzie ze mną. Trudno.
Najpierw pojechaliśmy na dworzec dowiedzieć się, jak mogę dostać się do Kazania, następnego etapu mojej podróży. Okazało się, że do Kazania nie ma bezpośrednich połączeń kolejowych. Trzeba by pojechać do Samary i tam przesiadać się. Poszliśmy więc na dworzec autobusowy. Był obok. Były bezpośrednie połączenia do Kazania. Podobnie jak przy zakupie biletów na pociąg, trzeba było w przedłożyć paszport. Zresztą, taki obowiązek dotyczył wszystkich kupujących bilety tj. Rosjan i obcokrajowców. Bilet kupiłem na środę, a wyjazd ma nastąpić o godz. 7oo rano.
Do centrum miasta pojechaliśmy trolejbusem. Bilety przejazdu sprzedaje konduktor. Nie ma czegoś takiego jak sprzedaż biletów do środków komunikacji miejskiej w kioskach, czy w sklepach. Natomiast w autobusikach opłata za przejazd odbywa się jeszcze inaczej. Pasażerowie wsiadają do autobusu i jadą. W Polsce można by przypuszczać, że wszyscy posiadają bilety miesięczne lub są gapowiczami. Dopiero osoby wysiadające podają pieniądze za przejazd kierowcy. Cena biletu jest wywieszona na tablicy informacyjnej w autobusie, ale biletu nikt nie dostaje. Zacząłem się zastanawiać, jak to funkcjonuje, jak się kierowca autobusu rozlicza z pracodawcą? Zauważyłem, że jednak wszyscy pasażerowie wysiadając podawali pieniądze kierowcy za przejazd. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek próbował przejechać się na gapę. A wydawałoby się, takie to proste: wysiąść i nie płacić. Dziwiłem się, w Polsce chyba znalazłoby się trochę gapowiczów. Oczywiście, podobnie jak w Moskwie Aleksander, tak i tutaj Jewgienij, nie chciał słyszeć, żebym płacił za bilety. Jednakże w trolejbusie uparłem się. Szybko doskoczyłem do konduktorki i swoim nieskładnym rosyjskim, poprosiłem o dwa bilety. W końcu groszowa sprawa, kilkanaście rubli (przelicznik: 12 rubli – 1 zł). Więc proszę o dwa bilety, a konduktorka mnie pyta, skąd przyjechałem do Orenburga?

 

ROSJA 3
Z Jewgienijem jedziemy zwiedzać Orenburg. W trolejbusie konduktorka, pani, która w latach 70-tych mieszkała i pracowała w Legnicy. Bardzo miłe spotkanie.
 

Odpowiedziałem, że z Polski, z Warmii i Mazur. Starsza pani przez chwilę oniemiała. Odezwała się do mnie po polsku, a tym razem ja mocno zdziwiłem się, że zwraca się do mnie po polsku. Mówiła, że w latach 70-tych mieszkała przez 3 lata w Polsce, w Legnicy. Była wówczas młodą 25-letnią dziewczyną. Pracowała w części miasta, zajmowanej przez wojska radzieckie. Mówiła, że miała bardzo wielu znajomych i przyjaciół wśród Polaków. Wspominała, że kiedy była w Legnicy, bardzo podobała się jej piosenka Anny German, ale nie pamiętała tytułu. Próbowała nawet ją zanucić. Nie umiałem przypomnieć jej tytułu. Konduktorka mocno się wzruszyła. Poleciały po jej policzkach łzy. Chodząc po Moskwie, czy teraz po Orenburgu, miałem przy sobie drobne gadżety. Właśnie, w takich momentach bardzo się przydawały, żeby pozostawić pamiątkę po takim spotkaniu. Dojechaliśmy do centrum miasta. Jewgienij postanowił oprowadzić mnie głównym deptakiem, ulicą Sowietskaja. Szeroki dukt spacerowy ciągnący się przez pół miasta. Zaczynał się w centrum i prowadził do rzeki Ural. Długi i szeroki, ale spacerujących prawie nie było. Czasem szły pary młodych ludzi lub rodziny z małymi dziećmi. Można było również dostrzec młodzież z przewieszonymi na ramionach ręcznikami. Ci ostatni szli zapewne nad rzekę. W kamienicach przy dukcie gdzieniegdzie były sklepiki. Tylko jeden zauważyłem z pamiątkami. Na rogu jednej z ulic stragan sprzedający wodę sodową, coca-colę, pepsi, kwas chlebowy. Południe, upał był potężny. Nie było możliwości zobaczenia, jaka była temperatura, ale było bardzo gorąco. Powietrze było suche i być może, dlatego dało się jeszcze żyć, ale bez picia trudno było wytrzymać. Na straganie kupiłem wodę sodową. Za 0,5 l butelkę zwykłej niegazowanej wody zapłaciłem 60 rubli. Drogo, nawet bardzo – pomyślałem, ale trudno. Szliśmy promenadą, Jewgienij pokazywał mi różne domy, w których mieściły się jakieś instytucje. To znowu zwrócił uwagę na duży okazały pomnik poświęcony założycielowi miasta Orenburg. Miasto zostało założone, jako twierdza w 1743 r. Spoglądałem na Jewgienija, czy jeszcze ma siłę chodzić. Coś przebąknąłem, że może wracamy? Nie było mowy. Poszliśmy dalej. Tuż przed nadrzeczną promenadą, pokazał mi szkołę, w której uczył się Jurij Gagarin. Przeszliśmy już dobrych kilka kilometrów. Wreszcie, udało mi się staruszka namówić na krótki odpoczynek na ławeczce. Doszliśmy do rzeki Ural. Rzeka dzieli dwa kontynenty: Europę i Azję. Orenburg leży jeszcze w części europejskiej. Widok był ciekawy. W dole koryto rzeki z piaszczystymi plażami. Przez rzekę została przeciągnięta kładka dla pieszych. Do Azji można było dostać się kolejką linową. Nadrzeczny bulwar przeznaczono na tereny rekreacyjne. Były wypożyczalnie sprzętu wodnego oraz inne atrakcje, kioski z napojami i słodyczami. Nawet dostrzegłem coś w rodzaju kawiarenki. Na kładce widać było, jak obfotografowywano młodą parę nowożeńców. Trochę postaliśmy, obserwowaliśmy ładny i ciekawy widok. Zaraz obok było Muzeum Historii Orenburga. Zaszliśmy tam. Miasto długiej historii nie ma, toteż w większości ekspozycje były poświęcone etnografii, broni, osobom zasłużonym dla miasta. W drodze powrotnej do centrum miasta, Jewgienij pokazał mi jeszcze budynki Akademii Medycznej, w której studiowały jego dzieci: Ałła i Aleksander. Wracaliśmy bocznymi ulicami. Będąc w poprzednich latach na Białorusi bardzo lubiłem oglądać drewniane domy. Tutaj też ich nie brakowało. Takie to typowe zabudowania dla Rosji i Białorusi, a nawet w Polsce na Podlasiu. Z tym, że na Podlasiu jest ich coraz mniej, a tutaj niemal na każdym kroku. Wreszcie doszliśmy do przystanku autobusowego i dość długo czekaliśmy na odpowiedni autobus. Może i dobrze, ponieważ mocno byliśmy już strudzeni spacerem w takim upale. Szczerze podziwiałem Jewgienija. Staruszek nie do zdarcia. Dojechaliśmy do domu. Widziałem, że mój towarzysz zaczyna tracić siły. Wcale się nie dziwiłem, a wręcz przeciwnie, podziwiałem, że tyle wytrzymał. W domu byliśmy ok. Godz. 17. Walentyna powiedziała nam, że w dzień temperatura w cieniu dochodziła do 41 stopni. Szok! Siedem godzin wędrówek po mieście w takim upale. Obiad czekał już na nas. Złożony był z wielu potraw. Na deser podano arbuza. Pyszny!!! Taki arbuz jadłem tylko w Turcji i nie pamiętam dobrze, może w Maroku. Słodki, nie tak bardzo lejący się, jaki można dostać w Polsce. Jadłem, jadłem i końca nie było. Wprost zajadałem się arbuzem.
Wieczorem zatelefonowałem do redakcji „Гостиный Двор”, czasopisma, które wydało bardzo obszerny artykuł o siostrze mojego dziadka Julii Zubelewicz. Chciałem się umówić na spotkanie z naczelną redaktor pisma, z panią Наталья Кожевникова. Zatelefonowałem jeszcze do przewodniczącej Stowarzyszenia Polaków w Orenburgu „Czerwone Maki”. W obu przypadkach, wstępnie wiedziano od Aleksandra, że będę gościł w Orenburgu i że chętnie spotkam się z panią redaktor oraz z Polonią mieszkającą w Orenburgu. Wieczorem trochę posiedziałem z domownikami przed telewizorem. Ciekawy byłem, co oglądają moi gospodarze, ale sam również byłem ciekawy jakie wiadomości podają w tutejszej telewizji. Był dziennik wydarzeń dnia. Przez ok. 70% programu pokazywano Władimira Putina biorącego udział w konferencjach prasowych, wizytującego jakiś szpital i zakład pracy. Podczas konferencji prasowych, o ile dobrze zrozumiałem, tłumaczył się z inflacji. Na ten temat wymieniłem kilka zdań z Walentyną i Jewgienijem. Potwierdzili, że dotyka ich inflacja i że artykuły spożywcze zaczynają drożeć. Minął następny dzień w Rosji. Pochodziłem trochę po Orenburgu. Jednak moim głównym celem wizyty w tym mieście było zobaczenie Szpitala Aleksandrowskiego, z którego została oswobodzona z rąk policji carskiej 17 maja 1907 r. siostra mojego dziadka Julia. Julia była współorganizatorką w 1906 r. buntu marynarzy na wyspie Kronsztad. Zresztą nieudanego buntu, bo bardzo szybko został zdławiony przez policją i wojska oddane carowi. Babcia Julcia, bo tak ją nazywaliśmy w rodzinie, została pojmana i pod ścisłym nadzorem policji zesłana do Orenburga.

 

18 sierpnia (poniedziałek)


Wstałem wcześnie. Noc podobna do poprzedniej. Gorąco, wierciłem się, żeby nie „parzyło”. Ponadto nie przyzwyczaiłem się jeszcze do zmiany czasu. Obudziłem się ok. godz. 6. Według czasu moskiewskiego była to godz. 4, a czasu warszawskiego godz. 2. Obudziłem się i nasłuchiwałem, czy już krzątają się gospodarze. Było cicho. Temperatura była jeszcze do wytrzymania, chyba dwadzieścia kilka stopni. Rano nie miałem możliwości spojrzeć na termometr, wisiał za oknem w sypialni Walentyny i Jewgienija. Wziąłem swój notatnik i zacząłem opisywać, jak codziennie, wydarzenia poprzedniego dnia. Niestety, przed wyjazdem z domu zapomniałem zabrać ze sobą przygotowany w tym celu zeszyt. Aleksander obdarował mnie swoim notatnikiem. Chyba pamiątka po jakimś szkoleniu, albo podarunek od firmy farmaceutycznej. Zaczął się ruch w domu, wziąłem prysznic, uprałem koszulkę i bieliznę noszoną poprzedniego dnia. Dzisiaj dzień miał obfitować w ciekawe wydarzenia. Po pierwsze odnalezienie Szpitala Aleksandrowskiego, a poza tym miałem umówione spotkanie przedstawicielami stowarzyszenia polonijnego „Czerwone Maki”. Poranne śniadanie z gospodarzami. Tym razem była smacznie przygotowana kasza na mleku o konsystencji prawie sypkiej, a do niej podano konfitury. Kawa z mlekiem, wędliny, biały ser. Podano również naleśniki z mięsem na gorąco. Przy takiej temperaturze, naprawdę trudno było zjeść naleśniki, szczególnie rano. Ale nie było wyjścia, chociażby jeden, aby gospodyni była usatysfakcjonowana. Przy stole opowiedziałem o swoich planach na dzień dzisiejszy. Wczoraj wieczorem widziałem, że Jewgienij był bardzo zmęczony naszą wspólną wędrówką po Orenburgu. Dzisiaj już nie proponował towarzyszenia mi. I dobrze. Po pierwsze byłbym lekko skrępowany jego obecnością, a po wtóre tak naprawdę sam chciałem pochodzić po Orenburgu. Gospodarze wytłumaczyli mi jedynie, jakimi numerami autobusów mam się poruszać, jak się nazywa przystanek, na którym mam wysiąść w śródmieściu i na jakim mam wysiąść w drodze powrotnej. Aleksander jeszcze u siebie w domu, przygotował mi szkic z umiejscowieniem Szpitala Aleksandrowskiego. Do centrum wybrałem się więc samodzielnie. Z doświadczenia wiem, że w towarzystwie drugiej osoby, często nie zauważa się wielu szczegółów. Przyszedłem na przystanek autobusowy komunikacji miejskiej. Czekając na przyjazd autobusu nr 33, zacząłem rozglądać się. Zauważyłem, że przy jezdni były bardzo wysokie krawężniki oddzielające jezdnię od chodnika. Chodnik? Raczej jezdnia, z której wydzielono krawężnikiem o wysokości ok. 25 cm część dla pieszych. Samochód takiego krawężnika nie przeskoczy. Pieszy może czuć się bezpiecznie. Inna rzecz, która zwróciła moją uwagę to kioski z kwiatami na przystankach autobusowych. Były przy większości przystanków. Niedaleko przystanku rozbił swój kramik sprzedawca arbuzów i melonów. Obok przystanku jakaś ekipa przyszła poprawiać estetykę dużej betonowej donicy na kwiaty o średnicy ok. 70 cm. Była trochę wyszczerbiona. Przyglądałem się pracy 4 osób. Jedna osoba robiła obmiar metrówką. Dwie następne przycinały deseczki, a czwarta dyrygowała. Mocna ekipa! Wreszcie podjechał autobusik dla ok. 20 pasażerów. Wsiadłem. Żeby mieć pewność, że wysiądę na właściwym przystanku, poprosiłem osobę stojącą obok, aby mi podpowiedziała, gdzie mam wysiąść. Wysiadając nie zapomniałem zostawić kierowcy 15 rubli za jazdę autobusem. Znalazłem obiekt, który chciałem zobaczyć w pierwszej kolejności. Serce mi zadrżało. Niewielki budynek, niemal w centrum miasta. W swoich zbiorach mam zdjęcie Szpitala z 1909 r.


ROSJA 4
 Budynek Szpitala Aleksandrowskiego, zdjęcie z 1909 r.
 

Wówczas otoczenie Szpitala wyglądało zupełnie inaczej. Budynek dokładnie obejrzałem z zewnątrz. Na jednej tablicy zamocowanej na elewacji był napis: „Памятник истории и культуры”, na drugiej czerwonej „Городская клиническая больница No 4”. Miałem więc pewność, że jest to ten obiekt, którego szukam tj. obiekt, w którym była obecna Babcia Julcia. W porównaniu do starego zdjęcia pewne elementy architektoniczne z biegiem lat zmieniły się. Trochę inny był dach, mniej kominów na nim, ale wielkość ta sama, okna te same. Otoczenie nieco inne aniżeli na starej fotografii. Po drugiej stronie ulicy powstał park.

 

ROSJA 5
 Budynek byłego Szpita Aleksandrowskiego w 2014 roku.
 

Postanowiłem wejść do środka. Na parterze hol, z którego na piętro prowadziły drewniane schody, pomalowane paskudną niebieską olejną farbą. Schody wyglądały mi na bardzo stare. Mówiła o tym sztukateria przy suficie i drewniana balustrada na piętrze. Poczułem dreszczyk emocji. Zaczęła działać moja wyobraźnia. Przecież tutaj na korytarzu, w holu i schodach rozegrała się batalia o życie Babci Julci. Tymi stopniami i tą klatką schodową towarzysze broni Babci, mogli wyprowadzać ją zabijając żandarmów pilnujących jej. Był to pierwszy ślad podczas mojej podróży, mający związek z życiem mojej rodziny w Rosji. Bardzo byłem wzruszony, dumny i zadowolony z siebie, że tutaj trafiłem. Chodząc po mieście, natknąłem się w pobliżu śródmiejskiego skwerku na murowaną dużą tablicę informacyjną z oszkloną witryną. Tablica była rozmiarów ok. 10 m długości i 2,5 m wysokości. A o czym ona informowała? Umieszczonych na niej było ok. 20-30 dużych zdjęć (portretów) osób, które lokalne władze uznały za przodowników miejscowej społeczności. Nie było informacji, w jakiej dziedzinie i co sprawiło, że zostali wyróżnieni. Były jedynie podane imiona i nazwiska oraz miejsca pracy. W Orenburgu zabudowę stanowią budynki w większości jednopiętrowe, niekiedy dwupiętrowe najczęściej pamiętające XIX i początki XX wieku. Czasem zdarzają się wyższe, ale najczęściej były to już nowe z siedzibami urzędów. Na ulicach nie było zbyt dużego ruchu samochodów. Jest czysto, nie widać śmieci, ale odniosłem wrażenie jakiegoś nieładu. Obok siebie stoją domy odmalowane i kompletnie zaniedbane, rozsypujące się. Nawierzchnie chodników pozostawiają dużo do życzenia. Wylane masą asfaltową, często spękaną i z dziurami. Nie widać było, aby ubytki w nawierzchni były na bieżąco likwidowane. W mieście jest trochę zieleni, ale przeważnie tworzą ją drzewa. Trawników niewiele, a jeżeli są to raczej zaniedbane, czasem nawet trudno nazwać je trawnikami, bo rosło na nich wysokie nie skoszone zielsko, a nie trawa. Czego nie można było powiedzieć o trawnikach przy urzędach, na których trawa była zadbana i sukcesywnie podlewana. Nie zauważyłem również zbyt wielu pieszych. Chodziłem w godzinach przedpołudniowych. Może w tym czasie większość osób pracuje, albo nie ma potrzeby wychodzenia w taki upał. Zapewne ponownie było ok. 40 stopni. Z Walentyną i Jewgienijem na obiad umówiony byłem koło godz. 14. Potem czekało mnie spotkanie z przedstawicielami Polonii. Bez kłopotów wróciłem na osiedle, na którym mieszkają rodzice Aleksandra. Na przystanku zaszedłem do kiosku z kwiatami. Okazało się, że większość kwiatów to sztuczne. Ciętych nie widziałem. Chciałem kupić kwiaty i podarować Walentynie. Były tylko doniczkowe storczyki. Drogie. Chyba kosztowały 600 rubli. Drogo dla mnie, ale jak drogie w takim razie muszą być dla Rosjan? Kupiłem, mimo że nie wyglądały na najświeższe. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do zupełnie innej jakości kwiatów oferowanych przez sprzedawców. Po drodze do domu zastałem stragan, gdzie sprzedawano arbuzy i melony. Postanowiłem kupić arbuz, ponieważ tak bardzo mi smakował poprzedniego dnia. Walentynę obdarowałem kwiatem i arbuzem. Była wzruszona, że otrzymała kwiat. Nie bardzo wiedziała, jaki to kwiat. Widocznie storczyki nie są tutaj popularne. Wytłumaczyłem, podpowiedziałem, jakie lubią stanowisko i jak należy je pielęgnować. Co do arbuza... Niestety mizernie strzeliłem. Walentyna oceniła go, jako niedojrzały. A przecież przy kupowaniu opukiwałem go, obracałem i miałem przekonanie, że jest dobry. Niestety, tutaj z oceną jakości arbuzów mają większe doświadczenie.
Na godz. 16 byłem umówiony na spotkanie. Od czasu mojego powrotu z miasta urywały się telefony. To telefonowała pani Wanda, przewodnicząca stowarzyszenia, to znowu pan przedstawiający się jako Józef, też z tej samej organizacji. Pani Wanda chciała uzgodnić miejsce spotkania. Pan Józef mówił o jakiejś książce, którą chciał mi podarować. W mojej głowie wytworzył się jakiś bałagan. Pani Wanda mówiła o spotkaniu tylko z nią, a nie z grupą Polaków. Nic nie wspominała o Józefie. Cały czas myślałem, że spotkanie ma się odbyć z grupą osób. Nawet na to spotkanie specjalnie zabrałem z domu jedną elegantszą koszulę, aby godnie wyglądać. A tutaj...? Zupełnie nie rozumiałem sytuacji. W końcu miałem czekać na samochód, który miał przyjechać pod dom i mnie zabrać. Wyszedłem przed dom. Po kilku minutach podjechał piękny Lexus Suv z napędem hybrydowym i pełną elektroniką. Za kierownicą siedziała kobieta w wieku ok. czterdziestu kilku lat. Była Rosjanką nie mówiącą po polsku, pani Lila. Okazało się, że jest znajomą pani Wandy i jej pomaga, ale nie ma polskich korzeni. Wsiadłem do samochodu i razem z nią pojechaliśmy w kierunku centrum miasta. Tam dosiadła się pani Wanda. Osoba „duża” w wieku ok. 60 lat, trochę fikuśnie ubrana. Osoba, która bardzo dużo i głośno mówiła. W trakcie wymiany pierwszych zdań okazało się, że spotkanie z członkami stowarzyszenia „Czerwone Maki” nie odbędzie się, ponieważ jest okres urlopowy i większość osób rozjechała się. Nie bardzo w to uwierzyłem, choćby przez to, co wynikało z rozmowy z panem Józefem. Wziąłem ze sobą wydawnictwa o Warmii i Mazurach, trochę drobnych pamiątek. Chciałem obdarować przedstawicieli Polonii. W takiej sytuacji większość rzeczy oddałem pani Wandzie.
Zawieziono mnie na drugą stronę rzeki Ural, czyli do Azji. Po drodze pani Wanda opowiadała o tym, jak kilkanaście lat wcześniej, wiosną wody rzeki Ural wylały. Rwący nurt, szczególnie po drugiej strony Orenburga zrobił bardzo duże spustoszenie. Po zejściu wody ukazały się masowe groby. Były to szczątki osób poszukiwanych przez rodziny od dobrych kilkudziesięciu lat, osób represjonowanych i aresztowanych przez NKWD. Z opowieści pani Wandy wynikało, że była jedną z tych osób, które wywalczyły i przekonywały miejscowe władze, aby upamiętnić to miejsce. Wśród pomordowanych byli także Polacy. Szczątki osób, które udało się zidentyfikować, zostały złożone w oddzielnych grobach. Natomiast pozostałe złożono w jedno miejsce i postawiono pomnik. Pani Wanda mówiła, że lokalne władze były bardzo nieprzychylne takiemu rozwiązaniu i że bardzo wiele wysiłku ją kosztowało, aby stanął pomnik. Zostałem obdarowany czasopismami opracowanymi przez jej stowarzyszenie, a wydrukowane w Polsce. Wręczenie czasopism nastąpiło ukradkiem, poza wzrokiem Lili. Poza jej plecami próbowała opowiadać swój życiorys, mówić o represjach stalinowskich, wspominać o przygotowywaniu nowej broszurki. Dlaczego tak postępowała? Czyżby bała się Lili i nie miała do niej zaufania? Dlaczego więc wybrała jej towarzystwo? Nie spodobał mi się taki sposób postępowania i poczułem pewną niechęć do pani Wandy. Lila natomiast starała się być bardzo miłą i uczynną osobą. Sama zaproponowała, abyśmy pojechali jeszcze w jedno miejsce Orenburga. Miejsce, w którym spotykają się kultury kilkunastu narodów zamieszkujących Orenburg. Tłumaczyła, że ludność Orenburga stanowi społeczność
wielonarodowościową, a miejsce, które chciała pokazać jest tego symbolem. Ulica deptak, gdzie po jednej i po drugiej stronie zostały wybudowane domy w stylu charakteryzującym budownictwo konkretnej narodowości. Każdy dom był siedzibą ośrodka kultury propagującą kulturę danego narodu, restauracja z charakterystycznymi potrawami. Bardzo ciekawe rozwiązanie. Ciekawe domy pod względem architektonicznym. Stały tam domy propagujące kulturę między innymi Armenii, Tatarstanu, Baszkirii, Rosji, Białorusi, Niemiec, Ukrainy. Polskiego domu nie było. Niestety, praktycznie nikogo na tej ulicy nie zastaliśmy, było pusto. Zaszliśmy do kilku z nich. W świetlicach, czy częściach poświęconych kulturze, nic się nie działo. W restauracjach nie było nikogo. Chcieliśmy spróbować czegoś regionalnego. Ale niestety, kuchnia nie działała. Na sali nikogo poza nami również nie było. Można było tylko wypić kawę, herbatę lub sok. Ponownie pomyślałem, po co to wszystko było wybudowane, skoro nie ma tam ludzi i niczemu nie służy. Lila powiedziała, że kilka razy w roku odbywają się festyny i wówczas jest tłoczno. Wsiedliśmy do samochodu i wracaliśmy. Po drodze, pani Wanda powiedziała, że na chwilę musimy zajechać do sklepu. Zostałem w samochodzie, panie wyszły. Wróciły i Lila zaproponowała, abyśmy zajechali do niej, do mieszkania. Wstępnie przepraszała, że możemy zastać lekki bałagan. Zgodziłem się. Chciałem zobaczyć jak mieszka osoba posiadająca tak luksusowy samochód. Zajechaliśmy pod blok mieszkalny blisko centrum miasta. Widać było, że został wybudowany dość niedawno. Windą wjechaliśmy na trzecie piętro. Weszliśmy do mieszkania i od razu widać było, że nie mieszkają tutaj biedni ludzie. Duży hol, przedpokój. Dalej salon. Z lewej strony przedpokoju ubikacja, duża ładnie urządzona łazienka i wejście do kuchni, z prawej strony pokoje sypialne. Z salonu było również przejście do kuchni. Zostałem zaproszony na kawę i ciasto, które zostało właśnie kupione w sklepie. W mieszkaniu zastaliśmy dzieci Lili i osobę chyba usługującą. Miałem oczywiście drobne gadżety. Wręczyłem je dzieciom i Lili. Nie pytałem Lili, czym się zajmuje, jak zarabia na utrzymanie takiego mieszkania i samochodu. Do domu zostałem odwieziony wczesnym wieczorem. Rodzice Aleksandra czekali na mnie z kolacją. Zrobiło się późno i była pora na pójście spać. Dzień obfitował w wiele wrażeń.

 

19 sierpnia (wtorek)


Tego dnia o godz. 10 byłem umówiony z naczelną redaktor czasopisma „Гостиный Двор” z panią Наталья Кожевникова. Na łamach tego pisma w 2009 r. ukazał się bardzo obszerny artykuł autorstwa Aleksandra Iskowskiego o życiu Babci Julci Zubelewicz w okresie od 1906 r. do 1924 r. Chciałem się spotkać z panią redaktor i podziękować za zainteresowanie się dziejami Babci. Rano śniadanie. Jak zwykle wspaniale zrobiona kasza, jajecznica, wędliny, twarogi, coś w rodzaju krokietów na gorąco i kawa z mlekiem. Gospodarzom pokazałem mapkę Orenburga podarowaną przez Aleksandra, a na niej zaznaczone miejsce redakcji. Wskazali mi, jakim autobusem mogę się tam dostać. Pojechałem. W autobusie sprawdzonym zwyczajem zapytałem współpasażerów, na którym przystanku powinienem wysiąść. Pasażerowie pilnowali, abym wysiadł we wskazanym miejscu. Okazało się jednak, że nie tak łatwo było odnaleźć redakcję. Chodziłem, kręciłem się w kółko i nic. Zacząłem pytać przechodniów o adres redakcji „Гостиный Двор”. Owszem wskazywano mi miejsce w centrum miasta, ale nie było to, o co mi chodziło. Kilkakrotnie wskazywano mi ten sam budynek. Obchodziłem dookoła, ale nie mieściła się tam redakcja. Wskazywano mi budynek o nazwie Гостиный Двор, który został wzniesiony na początku XIX wieku. Budynek ze straganami handlowymi i miejscami noclegowymi dla wówczas przybywających karawanami kupców. Ale teraz na pewno nie mieściła się tam redakcja czasopisma. Aleksander pomylił się w zaznaczeniu na mapie miejsca redakcji. W końcu, nieco zdesperowany, zaszedłem do małego pomieszczenia w suterenie. Mieściła się tam pracownia jakiegoś informatyka. Zapytałem o adres redakcji. W Internecie znalazł mi miejsce, którego szukałem i byłem w domu. Redakcja mieściła się kilka ulic dalej. Stara kamienica. Na zewnątrz niewielki szyld. Wszedłem do środka. Kilka pokoi w amfiladzie. Zapytałem, gdzie pracuje pani Natalia. Wskazano mi niewielki pokoik. Zapukałem, z uśmiechem i serdecznością zostałem zaproszony do środka. Pani Natalia była przygotowana na moje przyjście. Obok na małym okrągłym stoliku przygotowane były dwie filiżanki ze spodkami i talerzykami. W dzbanku zaparzona była gorąca kawa, na talerzyku trochę ciasteczek. W gabinecie gdzieniegdzie stały w wazonach bukiety kwiatów. Popijając kawę i chłodną wodę sodową, rozmawialiśmy o sposobie pracy redakcji, o profilu artykułów, o problemach, jakie pojawiają się. Ja opowiadałem o swojej pasji, czyli o poszukiwaniach genealogicznych, o celu swojej podróży, o moich wrażeniach z pobytu w Rosji. Bardzo miło mijał czas. Pani Natalia obiecała, że z końcem roku ukaże się druga część informacji o Babci Julii, którą opisał Aleksander. Rozmowa trwała blisko dwie godziny. Może trwałaby jeszcze dłużej, ale pomyślałem, że jestem gościem i przedłużając wizytę, mogę przeszkadzać w pracy. Na koniec wyszliśmy na dziedziniec kamienicy i pani Natalia chciała, aby wspólnie nas sfotografowano. Tego dnia musiałem zajść do banku i wymienić dolary na ruble oraz chciałem kupić widokówki i wysłać pozdrowienia do koleżanek i kolegów w pracy. Ponownie zrobiło się bardzo gorąco. Znalazłem pocztę główną. W środku przestronnie. Podobnie jak u nas trzeba było w automacie wybrać kolejny numerek w kolejce do stanowisk obsługi klientów. Chwilę poczekałem. Ukazał się mój numer. Podszedłem do stanowiska i chciałem kupić pocztówki ze znaczkami, a potem wysłać. Niestety, poczta nie prowadziła sprzedaży pocztówek. Ponownie chodzenie po uliczkach i szukanie jakiegoś miejsca, gdzie można je kupić. Będąc na Białorusi miałem podobny problem, nigdzie nie można było kupić widokówek. Wówczas udało mi się je dostać w księgarni. Zaszedłem więc do księgarni i wreszcie kupiłem. Powrót na pocztę, numerek, oczekiwanie. Oczekując na swoją kolej, na widokówkach napisałem pozdrowienia. Kupiłem znaczki i wysłałem. Została jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Wymiana dolarów na ruble. Jakoś nie mogłem znaleźć kantorów. We wszystkich informatorach o Rosji, które przeglądałem przed wyjazdem, uprzedzano, aby pod żadnym pozorem nie próbować wymieniać pieniędzy na ulicy u cinkciarzy. Stąd moje uporczywe poszukiwania kantoru lub banku. Jak wspomniałem, kantoru nie udało mi się znaleźć, pozostał więc bank. Okazało się jednak, że nie we wszystkich bankach można przeprowadzić taką operację. Są wyznaczone banki do sprzedaży waluty. Znalazłem odpowiedni i zaopatrzyłem się w gotówkę. Po załatwieniu wszystkich spraw, chwilę jeszcze pokręciłem się po centrum miasta. Czasem trafiałem na niezbyt reprezentacyjne miejsca. Ogólnie miasto zachowało dużo starej zabudowy. Należy również wspomnieć, że wszędzie było czysto mimo często spotykanego nieporządku. W mieście jest trochę zieleni. Nie zdążyłem być wszędzie. Nie widziałem dużych osiedli mieszkaniowych, ale chyba nie różnią się zbytnio od moskiewskich przedmieść. Do domu wróciłem około godz. 15. Dowiedziałem się, że dzisiaj będą dodatkowi goście. Koło godz. 16 miała przyjechać siostra Aleksandra Ałła z córką Marią. Chcieli spotkać się ze mną przed moim wyjazdem z Orenburga. Bilet do Kazania miałem wykupiony na następny dzień, z samego rana. Przyszła Ałła. Razem z mamą przygotowały obiad. Ja tymczasem musiałem się odświeżyć po chodzeniu po mieście. Wykąpałem się i przebrałem. Zorientowałem się, że obiad będzie miał charakter bardziej uroczysty, chyba ze względu na moją osobę. Okazało się, że w saloniku, w którym nakrywano do stołu, działała klimatyzacja. Całe szczęście, bo ten dzień jak i poprzednie były bardzo upalne. Doszła Maria i zasiedliśmy za stołem. Jakże mogło być inaczej. Najpierw pojawiło się typowo rosyjskie danie – pielmieni. Raz już je jadłem w Orenburgu. Jednak gospodarze chcieli zrobić mi przyjemność. Kilkakrotnie wspominałem im, że będąc w Rosji chciałbym jeść typowo rosyjskie potrawy. Chyba z jednej strony przyjęli moje stanowisko z aprobatą, z drugiej strony chcieli, abym z Rosji wywiózł charakterystyczne dla niej smaki. Prawda, Walentyna nie robiła sama pielmieni, tylko kupowała w sklepie gotowe, mrożone. Ale były to pielmieni. Podane były z masłem i oprószone świeżymi ziołami. Była jeszcze sałatka z owoców, ciasto, kawa, herbata. Był także arbuz, którego smakiem tak bardzo zachwycałem się. Na stole była także wódka. Mimo, że podano duże, 100 ml kryształowe kieliszki, nie trzeba było wychylać ich do dna. Jewgienij wzniósł toast skierowany do mnie. Ja się odwdzięczyłem. Przy okazji podziękowałem za gościnę, za serdeczne przyjęcie. Nie bardzo umiałem rozmawiać z Ałłą. Mówiła szybko i dla mnie mało zrozumiale. Wymieniliśmy kilka zdań, ale wydawało mi się, że również była zniecierpliwiona moją słabą znajomością języka rosyjskiego. Przez to wydała mi się lekko wyniosłą osobą. Jest lekarką, laryngologiem i pracuje w szpitalu.

 

ROSJA 6
 Pożegnalna kolacja w domu rodziców Aleksandra w Ornburgu. Od lewej strony do zdjęcia pozują: Ałła, ja i Walentyna.

Jej córka Maria chwilowo nie pracowała. Okazało się, że jest rozwiedziona po dwóch latach małżeństwa z Łotyszem. Mieszkała w Rydze, ale źle się tam czuła. Mąż nie chciał mieszkać w Rosji. Maria miała już nową sympatię w Orenburgu, który również po jakimś czasie przyszedł i dosiadł się do stołu. Bardzo był nieśmiały. Może sprawiła to moja obecność, a może jeszcze niezbyt często był gościem u rodziny narzeczonej i to go krępowało? Zrozumiałem, że był zawodowym wojskowym.
Spotkanie trwało do wieczora. Koło godz. 20 goście rozjechali się do swoich domów. Pomogłem w sprzątnięciu ze stołu. Walentyna i Jewgienij zasiedli przed telewizorem. Chwilę również popatrzyłem w ekran telewizora i poszedłem opisywać wydarzenia minionego dnia. Zacząłem przeglądać swoje rzeczy. Chciałem zorientować się ile pozostało mi gadżetów. Przy okazji pokazywałem je Walentynie. Miałem jeszcze broszurki rosyjskojęzyczne o Warmii i Mazurach. Dałem do poczytania i widziałem, że z dużym zainteresowaniem przeglądała jedną z nich poświęconą Mikołajowi Kopernikowi. Podarowałem tę publikację i jeszcze jedną o kanale elbląskim. Plecak zrobił się odrobinę lżejszy. Spać położyłem się trochę wcześniej ze względu na czekającą mnie wcześniejszą pobudkę. Autobus do Kazania odjeżdżał o godz. 7. Tak, od jutrzejszego dnia zacznie się nowy etap mojej podróży. Będę zdany tylko i wyłącznie na siebie. Wieczorem Aleksander przysłał mi jeszcze sms-a z adresem taniego hotelu w Kazaniu.

 

20 sierpnia (środa)


Wstałem nieco wcześniej niż zazwyczaj. Pobudka była o godz. 5:30. Autobus odjeżdżał o 7,00. Walentyna i Jewgienij byli już na nogach. Ona przygotowała śniadanie, on sprawdzał, czy wszystkie rzeczy spakowałem i zabrałem. Oczywiście padały także pytania, co mi dać na drogę, co do jedzenia, co do picia? Ja jak zwykle twierdziłem, że w podróży nie jadam, że w takich okolicznościach nie mam apetytu. Na nic to się zdało. Wałówka została przygotowana: bliny, kanapki, owoce i napoje. Zapakowałem to wszystko do reklamówki, żeby można było łatwiej do tego sięgnąć. Tego dnia termometr za oknem wskazywał na dość rześkie powietrze. Było niecałe 20 stopni. Zbliżał się czas wyjścia z domu. Walentyna stwierdziła, że jeszcze mam trochę czasu. Pod dom samochodem miał podjechać ich znajomy (chyba miał taksówkę) i zawieźć mnie na dworzec autobusowy. Pomyślałem - fajnie, bo plecak jeszcze trochę ważył, a do przystanku autobusu komunikacji miejskiej był kawałek drogi. Czekaliśmy na samochód. Wala, co raz wyglądała przez okno. Samochodu nie było widać. Zaczynało być nieco nerwowo. Samochodu w dalszym ciągu nie było i nie było. Zapadła decyzja, że należy przez radio-taxi zamówić taksówkę. Przyjechała po 10 minutach, ale czasu do odjazdu autobusu było już niewiele. Podjechało taxi. Szybko zarzuciłem na siebie kurtkę z polaru i plecak. Z Jewgienijem pędem do taksówki. Zdążyliśmy. Z pośpiechu zapomniałem wziąć reklamówkę z jedzeniem i kilkoma nieistotnymi drobiazgami. W końcu jednak w sposób niezamierzony, jedzenia na drogę nie miałem. Stanęło na moim. Podjechał autobus marki Skania. Podobny do tych, jakie kursowały na liniach dalekobieżnych w Polsce 20 lat temu, a może jeszcze dawniej. Na bilecie był zaznaczony numer mojego miejsca. Plecak oddałem do luku bagażowego. Serdeczne pożegnaliśmy się z Jewgienijem. Do autobusu wszedłem prawie jako ostatni. Rozglądałem się, gdzie jest moje miejsce. Znalazłem. Z brzegu siedział niezbyt dużej postury człowiek z białą czapką na głowie. Zapytałem, czy tutaj jest miejsce nr 41? Odpowiedział, że tak i zapytał, czy chcę siedzieć przy oknie? Odpowiedziałem, że jest mi to obojętne. Autobus ruszył punktualnie. Mój współpasażer w autobusie jak i ja nie podejmowaliśmy rozmowy. Może dlatego, że była wczesna godzina, może pewna nieśmiałość? Trudno powiedzieć. Po przejechaniu 40-50 km, nagle mój sąsiad odezwał się w te słowa: я Τатар, а ты кто? Przedstawiłem się i powiedziałem, że przyjechałem z Polski. Od tego momentu zaczęliśmy bardzo dużo rozmawiać. Opowiedziałem o celu mojej podróży. On powiedział, że jest rdzennym Tatarem mieszkającym z żoną w Orenburgu, a jedzie do dzieci do Kazania na urodziny czteroletniego wnuka. W trakcie jazdy pokazywał mi wioski, które zamieszkałe są przez samych Tatarów. Różniły się zabudową od innych. Przede wszystkim dominowały małe drewniane domki, najczęściej pomalowane na niebiesko z okiennicami, stojące szczytem do drogi. Zwrócił moją uwagę na fakt, że przy domach nie było drzew owocowych. Chciałem sfotografować wioski, ale autobus mocno trząsł, a ponadto szyby w autobusie były mocno zmatowiałe. Tatar utyskiwał, że na polach sieje się kukurydzę, a nie pszenicę, że szkoda tak urodzajnej ziemi na obecną uprawę. Po drugiej stronie korytarza w autobusie w tym samym rzędzie siedziała młoda mama (z urody również wydawało mi się, że jest Tatarką) z dwójką dzieci. Dzieci trochę grymasiły. Więc z kieszeni wyciągnąłem drobne gadżeciki i obdarowałem dzieciaki. Widziałem, że z pewną nieśmiałością, ale zarazem chęcią przyjęły. Pierwszy przystanek autobusowy był po ok. 120 km. Zatrzymaliśmy się w jakimś małym miasteczku. Nie pamiętam nazwy miejscowości, nigdzie nie widziałem informacji o nazwie. Większość pasażerów wysiadła wyprostować nogi. Część poszła do przydrożnego sklepiku, część do toalety. Byłem w obydwu miejscach. Najpierw toaleta. Ustawiła się tam spora kolejka. Nie było podziału na toaletę męską i damską. Jedno pomieszczenie dla wszystkich. Widok odstraszał. Jakiś niewielki baraczek. Dwa stanowiska tzw. tureckie oddzielone ścianką metrowej wysokości, smród, brud, robactwo. Nie było można zamknąć za sobą drzwi wejściowych. Ludzie dobierali się parami. Jedna osoba stała przed wejściem ostrzegająca, że zajęte, a druga załatwiała swoje sprawy. W środku trudno było postawić nogę, żeby wyjść w miarę czystych butach. Po wyjściu i tak długo wycierałem buty o rosnące obok zielsko. Do sklepu zaszedłem po coś do picia. Wybrałem jakąś oranżadę. Nie był to dobry wybór – słodka, klejąca się, nie gasząca pragnienia i jeszcze bez smaku. Długo męczyłem się z piciem tego napoju. W tej sytuacji zacząłem żałować, że zapomniałem wziąć przygotowane przez Walentynę wiktuały. Zauważyłem, że kierowcy autobusu, a było ich dwóch, zaczęli bacznie przyglądać się jednemu z tylnych kół. Podszedłem bliżej. Okazało się, że leje się z niego olej. Koło i opona były zapaskudzone olejem i w czasie postoju na asfalcie zdążyła pojawić się niewielka tłusta kałuża. Pomyślałem, będą kłopoty w kontynuowaniu podróży. Kierowcy przebrali się w strój roboczy. Wyjęli z autobusu skrzynki narzędziowe. Dokręcali śruby w kole. Wyjęli również z autobusowego schowka jedną z wielu, chyba 100-litrową, bańkę z olejem. Dolali olej do piasty koła, pozbierali narzędzia i pojechaliśmy dalej. Następne przystanki były mniej więcej co 100 km. Proceder z kołem powtarzał się przy każdym zatrzymaniu się. Na jednym z przystanków mój autobusowy sąsiad obdarował mnie pamiątką w postaci zakrzywionego noża. Wcześniej ja dałem mu kilka drobiazgów i był to rewanż z jego strony. Miły gest. W Kazaniu byłem koło godz. 20:00. Na dworcu pożegnałem się z Tatarem (nie zapamiętałem jak miał na imię) i rozeszliśmy się w swoje strony. Na niego czekała rodzina, a ja musiałem znaleźć miejsce noclegowe. W odróżnieniu od Orenburga, tutaj nie było tak gorąco. Dobrze, że miałem na wierzchu polar. Tak naprawdę orenburskich upałów miałem już dość, a tutaj było jakby normalnie. Kazań jest dużym miastem. Trzecim, co do wielkości w Rosji, stolica Tatarstanu. Założony w drugiej połowie XI wieku. Liczący obecnie blisko 1 mln 200 tys. mieszkańców. Aleksander podał mi sms-em adres taniego hoteliku blisko centrum miasta.  Sugerował mi, żebym przed udaniem się tam, zadzwonił i upewnił się, czy są wolne miejsca. Nie dzwoniłem. Skończył mi się limit na karcie telefonicznej. Pojechałem pod wskazany adres. Pomyślałem, że ewentualnie dopiero tam będę się martwił, gdzie przenocować. Czy to będzie inny hotel, może jakieś schronisko, czy prywatna kwatera, a może wreszcie będzie okazja skorzystać z namiotu, który wożę ze sobą z całym dodatkowym wyposażeniem. Na dworcu wsiadłem do taksówki. Hotel rzeczywiście niewielki. Leżący w bocznej, cichej uliczce w otoczeniu starych murowanych kamieniczek. Podkreślam „murowanych”, ponieważ wszędzie, jak do tej pory w miastach i miasteczkach, spotykałem się z dużą ilością drewnianej zabudowy (poza Moskwą). Podobało mi się miejsce usytuowania hoteliku. Wszedłem do środka. W recepcji pracowała bardzo sympatyczna młoda dziewczyna. Zapytałem o wolne miejsce dla turysty z Polski. Z uśmiechem odpowiedziała, że jest. Zapytała natomiast, o jaki pokój mi chodzi. Odpowiedziałem, że tani. Pomyślała chwilę i zapytała, czy może być miejsce w sali wieloosobowej. Dla mnie było obojętne. Chodziło mi tylko o zatrzymanie się na dwie noce, więc przystałem na propozycję. Wziąłem plecak i poszedłem do pokoju. Pokój był ośmioosobowy, czysty z piętrowymi łóżkami. Wyglądało na to, że nie było współmieszkańców w pokoju. Ściana po stronie drzwi wejściowych w pokoju była wytapetowana fototapetą przedstawiającą dużych rozmiarów tulipany. Oryginalnie to wyglądało. Zająłem miejsce w rogu pokoju na parterze. Umyłem się, a następnie poszedłem znaleźć sklep z artykułami spożywczymi. W recepcji podpowiedziano mi, że znajduje się po drugiej stronie ulicy. Kupiłem jogurt, pieczywo, masło, kawałek kiełbasy. W hotelu było wydzielone miejsce kuchenne dla turystów. Znajdowała się tam kuchenka gazowa, lodówka, mikrofala, stolik z krzesłami, na którym można było przygotować kanapki i zjeść. Po kolacji wziąłem prysznic w ogólnodostępnej łazience. Wszędzie, naprawdę było czysto i z dużą przyjemnością korzystało się z toalety, łazienki, czy kuchni. W poprzednich miejscach, gdzie mieszkałem było czysto, ale zawsze można było się do czegoś przyczepić. Zresztą, pamiętałem pierwszy swój wyjazd samochodem do Leningradu, a dzisiaj do Petersburga. Było to dawno, bo w 1978 roku. Pamiętam, jak wracałem i trzeba było przenocować gdzieś w pobliżu Wilna. Nie było wtedy Litwy, jako państwa. Była to republika ZSRR. Znalazłem wówczas hotel. W pokojach nie było firanek. Zamiast nich do połowy szyb naklejone były gazety. Ogólny brud. Pościel niby czysta, ale raczej szara. Koc klejący się. Brrr, teraz wspominam to, jako pewnego rodzaju atrakcję turystyczną z tamtej podróży. Tutaj natomiast byłem bardzo miło zaskoczony. Wieczorem poszedłem jeszcze do recepcji porozmawiać. Miła dziewczyna, a poza tym chciałem się wstępnie dowiedzieć, czy jest w Kazaniu kościół wyznania rzymsko-katolickiego, czy jest i gdzie ewentualnie znajduje się ulica Воскресенская. W kościele katolickim chciałem zapytać o księgi metrykalne z przełomu XIX i XX wieku. Może w nich były zapisy o chrztach sióstr mojego dziadka – Zofii i Antoniny. Natomiast na ulicy Воскресенская również w tym okresie tj. na przełomie XIX i XX wieku mieściła się pracownia fotograficzna, w której fotografowali się moi pradziadowie i ich dzieci. Miałem nadzieję, że znajdę te dwa miejsca, chociaż nie liczyłem za bardzo, że będą jakieś namacalne ślady obecności moich przodków. Po niezbyt długich poszukiwaniach na planach miasta Kazań oraz przeprowadzeniu kilku rozmów telefonicznych, udało mi się otrzymać informację o usytuowaniu obu interesujących mnie punktów. W podzięce za poświęcony czas, przyniosłem kilka gadżetów: długopis, mapę Warmii i Mazur i jedną z broszurek o Warmii i Mazurach. Oczywiście, od razu zapytano mnie, gdzie jest Warmia i Mazury, jaka to kraina, jak się tam żyje itp. Zaczęło się robić późno. Przecież byłem po 13-to godzinnej jeździe autobusem i zmęczenie zaczynało dawać znać o sobie. Poszedłem do pokoju. W dalszym ciągu byłem w nim sam bez współlokatorów. Wysłałem siostrze sms-a z życzeniami urodzinowymi i poszedłem spać.

 

21 sierpnia (czwartek)


Nareszcie dobrze mi się spało przy uchylonym oknie. Nie było gorąco, tak w sam raz. Wstałem koło godz. 8. Poranne śniadanko. Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia dowiedziałem się, że kościół rzymsko-katolicki nie jest zbyt oddalony od hotelu, ale ul. Воскресенская jest na przedmieściach Kazania. Zapytałem, jak się tam dostać? Miałem na myśli komunikację miejską. W recepcji podpowiedziano mi, że najlepiej będzie pojechać taksówką. Jednak najpierw postanowiłem pójść do kościoła. W recepcji otrzymałem plan Kazania i poszedłem. Po drodze natknąłem się na kilka ciekawych drewnianych domów. Tego typu budownictwo bardzo cieszyło moje oczy. Pierwszy raz piękne drewniane domy zobaczyłem kilka lat temu na Białorusi. Chyba był to początek mojej fascynacji drewnianym budownictwem. Znalazłem kościół katolicki. Przez obejście kościoła szła zakonnica, ale byłem jeszcze zbyt daleko, żeby zapytać ją o księdza i sprawy, którymi byłem zainteresowany. Poszedłem za nią, przynajmniej zobaczę, którędy wchodzi się do zakrystii. Wszedłem do środka. Spotkałem zakonnicę i spytałem, czy jest ksiądz proboszcz. Okazało się, że miał być dopiero popołudniu przed godziną 18. Zapytałem jeszcze, jak trafić na ul. Воскресенская. Po krótkim wpatrywaniu się w plan Kazania, potwierdziło się miejsce, które wskazano mi w recepcji hotelu. Przy kościele udało mi się wsiąść do taksówki i pojechałem. Faktycznie, dojście piechotą do Воскресенская zajęłoby mi bardzo dużo czasu. Taksówkarzowi opowiedziałem, dlaczego na ul. Воскресенская. Widać zainteresował się powodami, dla których chciałem tutaj być, ponieważ na miejscu, we dwójkę wysiedliśmy z samochodu. Ulica o nawierzchni gruntowej. Wkoło niewielkie drewniane domki z zaniedbanymi drewnianymi dość szczelnymi płotami. Na środku ulicy wylegiwał się niewielki piesek. Próbowaliśmy dowiedzieć się, gdzie kiedyś mogło znajdować się tutaj atelier fotograficzne. Pytaliśmy najpierw jedną osobę, potem następną. Nikt o czymś takim w tym miejscu nie słyszał. Pomyślałem również, że w końcu XIX wieku zakład fotograficzny nie mógł się mieścić gdzieś na uboczu miasta. A może nawet to osiedle w tamtym okresie nie było częścią Kazania? Zacząłem wątpić, czy jestem we właściwym miejscu. Nie było czego tutaj dłużej szukać. Wsiedliśmy do samochodu i chcieliśmy wracać. Nagle z jednego z domów wyskoczył młody człowiek, który powiedział, że ul. Воскресенская niegdyś była główną ulicą Kazania, a obecnie nazywa się ul. Кремлёвская. Pomyślałem, że chyba jestem w domu. Taka lokalizacja mi pasowała, ponieważ pradziad nie był biednym człowiekiem i nie chodziłby fotografować się na przedmieścia. Posiadane przeze mnie zdjęcia, wykonane w Kazaniu w końcu XIX w., na odwrotnej stronie mają podany adres atelier fotograficznego „Казань, Воскресенская, д. Вьель.” Widać tam także, że zakład był nagrodzony medalem. Wszystko wskazywało na to, że centrum Kazania jest odpowiednim miejscem moich poszukiwań. Podziękowałem taksówkarzowi, uregulowałem należność (400 rubli) i poszedłem szukać domu o nazwie Вьель. Okazało się, że ul. Кремлёвская dawniej Воскресенская w dalszym ciągu jest ulicą reprezentacyjną, z której utworzono deptak dla mieszkańców Kazania i turystów. Przy ulicy stały piękne odnowione stare kamienice. Na deptaku różni muzykanci, artyści. Można było nawet przebrać się w regionalny strój tatarski i zrobić zdjęcie w przebraniu. W odróżnieniu od deptaka w Orenburgu, ten tutaj naprawdę tętnił życiem. Bardzo podobało mi się to miejsce. Kawiarenki, restauracje, sklepiki z pamiątkami. Zupełnie jak w dużych miastach Europy. Przeszedłem wzdłuż ulicy, rozglądając się na prawo i lewo, ale nigdzie nie było informacji o kamienicy, której szukam. W końcu zobaczyłem, że w jednym z domów jest biblioteka. Musiałem w jakiś sposób dowiedzieć się, gdzie jest dom, który niegdyś nazywał się Вьель. Zaszedłem do środka. Pomyślałem, że może są tam jakieś stare publikacje na temat ulicy Воскресенская. Bibliotekarka zapytała mnie, w czym może pomóc. Opowiedziałem o swoich poszukiwaniach. Zaczęła przeglądać stare woluminy. Do pomocy w poszukiwaniach zebrał się chyba cały zespół bibliotekarek pracujących w tym momencie. Trwało to pół godziny, może jeszcze dłużej. W końcu otrzymałem informację, że owszem, był taki dom na tej ulicy, ale nie umiały ustalić, która to kamienica. Nie byłem szczęśliwy po uzyskaniu takiej informacji. Przecież moim jednym z głównych celów przyjazdu do Kazania było odnalezienie tej kamienicy. Nie spodziewałem się, że w tym miejscu nadal będzie zakład fotograficzny. Szukałem czegoś, co istniało przeszło 120 lat temu, a w międzyczasie była rewolucja, zmieniał się ustrój, własność przechodziła w inne ręce. Postanowiłem jeszcze raz przejść się tą ulicą i sfotografować wszystkie domy. W ten sposób miałbym uwiecznione kamienice, a w jednej z nich mogło się mieścić atelier, ale bez wskazania w której. Fotografowałem kamienicę za kamienicą. Dojrzałem punkt informacji turystycznej. Ale, czy była mi do czegoś potrzebna? Przewodnik po Kazaniu miałem, mapę miasta miałem. Byłem na tej ulicy, na której chciałem być. Ale jakaś siła ciągnęła mówiła: wejdź, wejdź, wejdź... Wszedłem. Zapytano mnie, w czym można mi pomóc? Stwierdziłem, że w zasadzie w niczym. Zacząłem opowiadać skąd jestem, po co przyjechałem do Rosji i do Kazania, o moim obecnym kłopocie w odnalezieniu kamienicy. Personel informacji turystycznej bardzo zainteresował się moimi celami podróży. Bardzo miłe, sympatyczne, młode panie odpowiedziały, że niestety nie słyszały o kamienicy Вьель. Spuściłem głowę, podziękowałem i byłem gotowy do wyjścia, jak jedna z pań poprosiła mnie, abym jeszcze chwilę zaczekał, ponieważ przypomniało się jej, że ma znajomego, który jest historykiem i szczególnie interesuje się historią Kazania. Czekając, opowiedziałem historię Babci Julci. Dziewczyny szeroko otworzyły oczy i z dużym zainteresowaniem słuchały moich opowiadań. Po kilkunastu minutach, podeszła do mnie rozpromieniona młoda osoba z entuzjastycznie wypowiadanymi słowami „знаю, знаю, знаю”. Wbiegła z informacją, że już wie, która to jest kamienica Вьель. Ja niemal ją uściskałem, byłem szczęśliwy z takiego obrotu sprawy. Ów historyk e-mailem przysłał stare XIX-to wieczne zdjęcie ul. Воскресенская, a na nim piękna, duża kamienica. Historyk stwierdził, że to właśnie ta kamienica, w której mieścił się zakład fotograficzny Фельзер.

 

ROSJA 7
 Kazań. To był właśnie ten budynek, kamienica Вьель, w której mieścił się pod koniec XIX wieku zakład fotograficzny.

Jakże się cieszyłem! W kieszeniach spodni jak zwykle nosiłem drobne gadżeciki. Obdarowałem nimi cały personel. Spojrzałem jeszcze raz na tę kamienicę na zdjęciu i uprzytomniłem sobie, że już ją fotografowałem. Wróciłem jeszcze raz w to miejsce i zrobiłem zdjęcia z każdej strony. Piękna kamienica z efektownymi wieżyczkami, z dużymi witrynami sklepowymi. Takim sposobem osiągnąłem jeden z założonych celów podróży do Kazania. Miałem jeszcze dużo czasu. Wczesne popołudnie. Do godziny 18 pozostało dobrych kilka godzin. Postanowiłem zwiedzić kreml. Nie był daleko. Poczułem jednak oznaki głodu. Zaszedłem do baru. Niewielki lokal przypominający bary szybkiej obsługi w Warszawie czy Krakowie. Zaintrygował mnie, ponieważ w witrynie baru wyczytałem, że między innymi serwowane są dania tatarskie. Podano mi kartę dań. Pomyślałem - jestem w stolicy Tatarstanu i nie zjeść regionalnego dania byłoby nieprzyzwoitością. Nie bardzo umiałem rozróżnić z nazw w karcie, które dania są tatarskimi. Podczas zamawiania, poprosiłem o pomoc kelnerkę. Wskazała mi palcem dwie potrawy. Wybrałem pierwszą z nich. Przyniosła glinianą czarkę z czymś w rodzaju gulaszu. Bardzo mi to smakowało. Było dobrze przyprawione, ostre w smaku. Zapytałem, z jakiego mięsa to danie zostało przyrządzone? Początkowo nie bardzo rozumiałem, jakiego mięsa użyto. Spokojnie, częściowo na migi, wreszcie zrozumieliśmy się. Okazało się, że była to kozina. Zamówiłem jeszcze kufelek miejscowego piwa. Piwo było zimne, w smaku nienajgorsze. Może nie najadłem się do syta, ale wystarczyło na tę chwilę. Po drodze zajrzałem do starej cerkwi. Jak zwykle była bardzo bogato ozdobiona. Z dużą ilością złoceń, dużą ilością obrazów ze świętymi osobami i scenkami religijnymi. We wnętrzach cerkwi panuje zupełnie inny klimat niż w kościołach rzymsko-katolickich. We wszystkich tego typu świątyniach, nie było można robić zdjęć. Nie wytrzymałem. Znalazłem miejsce, gdzie nikt mnie nie widzi, bez lampy błyskowej pstryknąłem. Udało się. Wreszcie doszedłem do kremla. Kreml kazański był główną historyczną cytadelą Tatarstanu. Kreml został wzniesiony przez cara Iwana Groźnego w XVI wieku. Najbardziej zauważalnym obiektem kazańskiego kremla jest krzywa „Wieża Söyembikä”, która prawdopodobnie została wybudowana podczas panowania Piotra Wielkiego. Wszedłem do środka. Przy bramie zaprzęg z bryczką. W bryczce raz stała, to znowu siedziała para nowożeńców w tatarskich strojach. Robiono im zdjęcia. Potem fotografowano ich na tle murów obronnych i kutej z żelaza bramy. Zapytałem, czy mogę zrobić zdjęcie? Z uśmiechem odpowiedzieli, że owszem. Bardzo oryginalny był ich ubiór. W kremlu zaskoczony byłem tym, że głównym obiektem sakralnym nie była cerkiew, lecz biały z niebieskim dachem meczet Kul Szarif. Duży obiekt. Nigdy nie byłem w meczecie. Postanowiłem wejść do środka. Byłem świadom, że należy przed wejściem zdjąć buty. Rozglądałem się, rozglądałem i chciałem zobaczyć, w którym miejscu zostawia się obuwie. Nie znalazłem takiego miejsca. Przeszedłem sień i wszedłem do dużego holu. Wokoło na ścianach były rozmieszczone witryny, a pod nimi gabloty z różnymi historycznymi pismami i starymi zdjęciami. Przy wejściu do holu znajdowały się kramiki z pamiątkami i drobnymi przedmiotami sakralnymi, przy których kręciło się sporo osób. Ostrożnie wchodzę dalej. Raptem, za sobą słyszę dość ciche wołanie „proszę pana, proszę pana...”. Obróciłem się. Okazało się, że zwracano się do mnie. Bardzo grzecznie i subtelnie poproszono mnie, abym zawrócił. Podszedłem do osoby, która prosiła, abym wrócił. Zwrócono mi uwagę, że nie mogę w tym stroju, czyli w krótkich spodenkach, wchodzić dalej. Podano mi coś w rodzaju fartucha i musiałem się nim opasać. Musiałem także wykupić plastikowe bambosze, takie, jakie zakłada się na buty w szpitalach. Tak uzbrojony mogłem iść dalej. Widząc, że mam aparat fotograficzny, poproszono mnie także, abym nie fotografował. Oglądając ekspozycje, w pewnym momencie usłyszałem bardzo głośny śpiew muezina. Śpiew nazywa się azan i jest nawoływaniem do modlitwy. Zacząłem rozglądać się skąd wydobywają się dźwięki. Nie znalazłem. Byłem mocno zaskoczony taką sytuacją, a jednocześnie przejęty, że coś takiego słyszę w takim miejscu i z tak mocnym natężeniem. Robiło to wrażenie. Dowiedziałem się, że w meczecie mogę wejść na wewnętrzny taras, balkon. Spotkałem tam turystki, które zaproponowały, że zrobią mi zdjęcie. Nałożyły mi tatarski toczek na głowę i zaczęły pstrykać, mimo że uprzedzano przy wejściu, że nie można. Wymieniliśmy ze sobą kilka zdań i rozeszliśmy się w swoje strony. Obszedłem dookoła cały kreml. Musiałem także zajść do toalety. Była, ale jaka! Z pierwszej wizyty na terytorium niegdyś ZSRR zapamiętałem wygląd toalet. Brudne, śmierdzące, zupełnie takie, jaką zastałem na jednym z przystanków autobusowych jadąc do Kazania. Tymczasem, byłem niesamowicie zaskoczony. Czysto, pachnąco, doskonale wyposażona i do tego bezpłatna. Zbliżała się godzina 18. Trzeba było iść do kościoła rzymsko-katolickiego na spotkanie z księdzem proboszczem. W kościele byłem kilka minut przed czasem. Zakonnica powiedziała, że teraz ksiądz nie może mnie przyjąć, ponieważ będzie odprawiał mszę. No to ładnie, pomyślałem. Nic, pozostałem na mszy. Ksiądz o śniadej cerze, o skośnych oczach, Tatar (zapewne) odprawiał mszę. Na mszy było kilka kobiet i ja. Jedna z modlących się była „zapiewajło”. Intonowała pieśni i wyróżniała się śpiewem od innych obecnych kobiet. Po godzinnej mszy poszedłem do zakrystii spotkać się z księdzem. Bardzo sympatyczny „okrągły” pan w wieku ok. 40 lat. Chciałem się zapytać o księgi metrykalne z drugiej połowy XIX wieku. Ksiądz odpowiedział mi na wstępie, że kościół został zbudowany w 1925 r., a poza tym, że wszelkie zapisy, jakie są prowadzone w kościele muszą być na bieżąco zdawane do biura miejscowej administracji. Ponadto, nie umiał mi wskazać miejsca, gdzie mogą się znajdować stare księgi kościelne z okresu, który mnie interesuje. Wobec tego niczego się nie dowiedziałem. Szkoda. Do hotelu nie chciało mi się jeszcze wracać, mimo, że od rana byłem na nogach i trochę czułem zmęczenie. Spacerując trafiłem na ekspozycję starych wagonów tramwajowych na jednej z głównych alei miasta oraz centrum kultury i sportu. Wagoniki tramwajowe ciekawe. Trochę przypomniały mi czasy dziecięce (przełom lat 40-tych i 50-tych XX wieku), kiedy podobne jeździły po Olsztynie. Nadszedł wieczór. Dzień miałem wyczerpujący. Cały dzień na nogach, wiele wrażeń, osiągnięty jeden z celów podróży do Kazania. Czas na odpoczynek. W hotelu kolację przygotowałem z tego, co pozostało ze śniadania. Czekał mnie następny dzień podróży. Chciałem się dostać do miejscowości Siumsi oddalonej o ok. 250 km na wschód od Kazania. Tam urodziła się Babcia Tosia (Antonina – siostra Dziadka). Przed wyjazdem do Rosji, przyglądając się mapie w Google wiedziałem, że miejscowość leży przy głównej drodze z Kazania do Permu, też miasta liczącego ponad milion mieszkańców. Byłem przekonany, że nie będzie problemów z dotarciem do Siumsi. Po kolacji zaszedłem do recepcji żeby zapytać, jak można dotrzeć do Siumsi? Po dłuższych poszukiwaniach w Internecie okazało się, że nie jest to wcale takie proste, jak początkowo sądziłem. Nie ma połączenia autobusowego w kierunku Permu przez Siumsi. Jedyna droga, jaką mi zaproponowano, to najpierw dostanie się pociągiem do Iżewska, a potem autobusem do Siumsi. W Siumsi chciałem być jak najwcześniej, żeby nie marnować czasu. Niestety, okazało się, że z Kazania muszę wyjechać pociągiem o 6 rano, w Iżewsku będę koło 10, a dopiero o 17 będzie autobus do Siumsi. Nie było wyjścia. Poprosiłem o zrobienie rezerwacji internetowej na pociąg na 6 rano, a jak dalej będę podróżował zastanowię się w Iżewsku.
W łóżku byłem koło godz. 22.

 

22 sierpnia (piątek)

Budzik zerwał mnie o 4:30. Wcześnie, ale nie było innego wyjścia skoro chciałem zdążyć na pociąg o 6 rano. W hotelowym pomieszczeniu kuchennym zjadłem śniadanie. Spakowałem się i poprosiłem w recepcji o zamówienie taksówki. Pociąg, jak zwykle w Rosji, przyjechał punktualnie. Tym razem nie brałem pościeli. Przecież po czterech godzinach miałem już być w Iżewsku. Od konduktorki wziąłem podstakannik (podstawkę wraz z szklanką). Podróżowałem z młodymi ludźmi. Wracali z Moskwy. W Moskwie pracowali i wracali do bliskich w Iżewsku. Okazało się, że, jeden stracił rodzinę poprzez stałe rozłąki związane z pracą daleko od domu. Twierdzili, że w Rosji jest bardzo trudno o pracę. Trzeba jej szukać po całej Rosji, ale najłatwiej o nią jest w Moskwie. Pracowali, jako robotnicy budowlani. Bardzo sympatycznie rozmawiało się. Po jednego z nich w Iżewsku na dworzec miał przyjechać brat i zawieźć go do domu poza miastem. Zaproponował mi, że poprosi brata, aby podwiózł mnie na dworzec autobusowy. Drugi mieszkał w samym Iżewsku i miała na niego czekać rodzina. Przy rozmowach i tworzącym się przyjaznym klimacie wśród współpodróżnych momentalnie upływają godziny. Tak było także i tym razem. Pociąg dojeżdżał do Iżewska. Osobie, po którą miał przyjechać brat, rozładował się telefon komórkowy. Niby w każdym wagonie jest kilka gniazdek elektrycznych, do których można podłączyć ładowarkę, ale było już zbyt mało czasu, aby doładować telefon. Poprosił, abym poszedł za nim i poczekał na niego przed dworcem, a on sam rozejrzy się, gdzie jest brat. Trwało to trochę. Miałem dużo czasu. Autobus dopiero po południu. W końcu przyszedł i stwierdził, że brata nie ma. Podziękowałem mu za szczere chęci i zacząłem myśleć, co dalej: czy jechać na dworzec autobusowy, który jest po drugiej stronie miasta, czy najpierw próbowa dostać się na drogę wylotową z Iżewska w kierunku Siumsi i łapać okazję? Do odjazdu autobusu było siedem godzin. Postanowiłem jechać na rogatki miasta. Zacząłem rozglądać się za taksówkami. Zbyt wiele ich nie było, a jeżeli podjeżdżały, to były wcześniej przez kogoś zamówione. Do kilku podszedłem, ale za każdym razem miałem odpowiedź – zajęta. W końcu trafiłem na odpowiednią. Poprosiłem o kurs na drogę w kierunku na Siumsi. Kierowca zapytał, gdzie konkretnie wybieram się. Odpowiedziałem, że właśnie do Siumsi. On na to, że może mnie tam zawieźć. Dobrze, pomyślałem, ale ile to będzie kosztować? Przecież Siumsi jest oddalone o 120 km. Zaproponował kwotę 1200 rubli, ok. 100 zł. Pomyślałem, dobrze jest. Będę wcześniej i pewnie dojadę do celu. Zgodziłem się. Pojechaliśmy. Kierowca chyba zbyt często tą trasą nie jeździł. Dwa razy musiał pytać o drogę, a raz nawet wracaliśmy kilkanaście kilometrów. Wartość kursu została ustalona i to już mnie nie interesowało ile kilometrów przejedziemy, czy 120, czy 200. Kierowca był nieco mrukowaty. Zupełnie nie pasował do moich zdobytych wyobrażeń o Rosjanach, jako osób chętnie rozmawiających i mówiących o wszystkim poza polityką. Nie pytał mnie o nic, ja kilkakrotnie próbowałem go zagadywać, ale często odpowiedzi nie otrzymywałem, a jeżeli tak do zdawkowe i często niezrozumiałe dla mnie. W końcu koło godziny 13 dotarliśmy do Siumsi.
Zacząłem rozglądać się za miejscem, gdzie można by zakwaterować się i zostawić plecak. Najpierw chciałem zapytać, czy jest w Siumsi jakaś gostinica (hotelik), a potem dowiadywać się o jakieś prywatne kwatery. Na końcu pozostał mi namiot i znalezienie przyjaznej duszy, która pozwoliłaby mi rozstawić go na swojej posesji. Taksówką podjechałem do centrum miejscowości. Od pierwszej spotkanej osoby dowiedziałem się, że nie ma tutaj żadnego hotelu. Pozostało mi pytać o kwatery prywatne. Rozglądając się w centrum doszedłem do wniosku, że rzeczywiście jest to niewielka miejscowość. Centralny duży plac.

ROSJA 8
 Wieś Siumsi. Widok placu centralnego, na którym popołudniu odbywał się festyn.

Z jednej strony było wzniesienie, na którego szczycie znajdowała się cerkiew, a po przeciwległej stronie sklepy, sklepiki. Szczególnie te sklepy na zewnętrz nie wyglądały zachęcająco. Wszechobecny na dachach eternit, duże reklamy na ścianach. Czysto, ale jednocześnie niechlujnie wkoło budynków, nierówno położony asfalt, w niektórych miejscach było jego brak, itp. Takie właśnie odniosłem pierwsze wrażenia o Siumsi. Spytałem jedną z napotkanych osób, czy może zna kogoś, u kogo mógłbym zatrzymać się na noc. Jedna osoba, potem następna i następna nie mogły mi nic wskazać. Dostrzegłem na jednym z budynków czerwoną tabliczkę z napisem informującym o siedzibie jakiegoś miejscowego urzędu. Pomyślałem, że może tutaj ktoś mi wskaże miejsce noclegowe. Przed budynkiem stało kilka rozmawiających kobiet. Podszedłem, zapytałem o możliwość przenocowania w Siumsi. Jedna z nich, o lekko skośnych oczach, zapytała skąd przyjechałem i jaki jest powód mojej obecności w Siumsi. W skrócie powiedziałem, że przyjechałem z Polski z Warmii i Mazur, że tutaj w Siumsi urodziła się w 1885 r. Antonina, siostra mojego dziadka, że w tym czasie musieli mieszkać moi pradziadowie. Słuchające panie szeroko otworzyły oczy. Pani ze skośnymi oczami zaczęła wykrzykiwać „turysta przyjechał do naszej miejscowości, turysta przyjechał...!”. Okazało się później, że była naczelnikiem wydziału w miejscowym urzędzie odpowiedzialnym za kulturę i sport. Zapytałem oczywiście o możliwość przenocowania w Siumsi. Z radością na twarzy odpowiedziała, że nie ma żadnych problemów z zatrzymaniem się tutaj. Powiedziała, że jest siedziba starego domu kultury i tam będę nocował. Prosiłem o wskazanie drogi, którędy mam się udać. Ona – nigdzie pan nie pójdzie, zaraz przyjedzie samochód i odwiezie pana. W międzyczasie zapytała, czy będę chciał przyjść na festyn, który rozpocznie się na tym placu o godzinie 18. Odparłem, że bardzo chętnie, ponieważ sam niegdyś byłem organizatorem podobnych wydarzeń i chętnie zobaczę, jak to się odbywa tutaj. Podjechała łada niwa. Wsiadłem i uliczką o gruntowej nawierzchni zostałem podwieziony niezbyt daleko od centralnego placu. Faktycznie budynek nie sprawiał wrażenia na bieżąco użytkowanego. Wewnątrz trochę brudno. Korytarze puste z popisanymi i brudnymi ścianami, drzwi do pomieszczeń bez klamek i pootwierane. Pokoje puste, bez jakichkolwiek mebli, jakieś resztki po jedzeniu, opakowania, puste plastikowe butelki, fragmenty dokumentów na podłodze, niedomykające się okna. Wszystko to nie sprawiało miłego wrażenia. Poproszono mnie, abym zatrzymał się w pokoju, który wyglądał jakby niegdyś mieścił się w nim gabinet dyrektora. Skórzana kanapa i fotel, zakurzone biurko i stolik przy kanapie. Pomyślałem dobrze. Mam śpiwór, mam poduszkę, rozłożę się na kanapie i noc przeżyję. Po 10, 15 minutach zjawiła się pani w kuchennym fartuchu i poprosiła mnie, abym wziął swoje rzeczy i poprowadziła na piętro. Okazało się, że na piętrze szykowano dla mnie pokój. W jednym z pokoi, do którego prowadziły drzwi z klamką i z zamkiem przygotowano łóżko ze świeżą pościelą. Pokazano, gdzie jest ubikacja i umywalka oraz natrysk. Pani w fartuchu była dozorczynią pilnującą budynku i nadzorującą cały otaczający teren. Mieszkała po sąsiedzku. Dała mi klucz do pokoju i prosiła, że jak będę opuszczał pomieszczenie, abym oddał jej klucz. Miałem spanie. Dobrze byłoby coś zjeść. Jadąc samochodem do tego obiektu zauważyłem mały sklepik. Poszedłem na zakupy. Oczywiście był kłopot z dostaniem czegoś na gorąco. Miałem z sobą swój gaz, kuchenkę i garnuszek z patelenką. Była pierwsza okazja wykorzystać ciągniony ze sobą ekwipunek. W sklepie było pieczywo, wędliny, nabiał i inne rzeczy. Była również miła sprzedawczyni. Przed nią leżał kalkulator. Ale zauważyłem, że tylko leżał, bo swoje obliczenia dokonywała na prawdziwych liczydłach z drewnianymi kulkami przesuwanymi na stalowych prętach. Byłem zaskoczony, że w tych czasach, jeszcze ktoś używa takich sprzętów do liczenia. Kupiłem kawałek kiełbasy, kilka bułek, kwas chlebowy, który jest narodowym napojem w Rosji i który można kupić wszędzie, jogurt, kawałek masła. Jednak ogarnęło mnie lenistwo i nie chciało mi się kucharzyć. Kiełbasę wziąłem w rękę, pieczywo pokroiłem, posmarowałem masłem (użyłem po raz pierwszy swój nóż) i popijając jogurtem spałaszowałem prawie wszystko. Najedzony poszedłem dokładniej przyjrzeć się dużej wsi. Chciałem się zorientować, gdzie w Siumsi mogli mieszkać moi pradziadowie. Pradziad Michał był wysokiej rangi administratorem leśnym. Pełniąc taką funkcję był człowiekiem zamożnym. Toteż ich miejsce zamieszkania musiało również różnić się od przeciętnych. Po godzinnym spacerze nie udało mi się wypatrzeć starego domu, który odpowiadałby moim wyobrażeniom. Dużo było jednorodzinnych drewnianych domów. Kilka nieco większych, ale czy w takim mogli mieszkać pradziadowie? Zauważyłem, że obejścia przy domach były raczej zaniedbane z niewykoszonym zielskiem. Przez cały czas podróży cieszył moje oczy widok drewnianych domów. Mają one coś niepowtarzalnego w sobie, dużo ciepła, dużo ciekawych drobnych elementów architektonicznych. Uliczki w Siumsi mają nawierzchnię gruntową. Po przejechaniu samochodu, a nawet rowerzysty unosiły się tumany kurzu. Trochę przypominało mi to niedawną wieś podlaską, a nawet przedmieścia Białegostoku z lat 60-tych XX wieku. Zbliżała się godzina 18. Przecież obiecałem, że zjawię się na festynie, na głównym placu. Idąc, po drodze zobaczyłem autobus szkolny (miejscowy gimbus). Trochę jakby z innej epoki. Było kilka minut po osiemnastej i znalazłem się na placu. U podnóża wzniesienia, na podeście usytuowanym na schodach prowadzących do cerkwi, występowała młodzież przebrana w mundury wojskowe z drewnianymi atrapami karabinów. Potem jakaś artystka śpiewała pieśni wojskowo-patriotyczne, to znowu recytowano wiersze. Całość miała charakter typowo patriotyczny. Nie do końca zrozumiałem, z jakiej okazji została zorganizowana ta uroczystość. Jak to przy festynie, zebrała się spora grupa gapiów. Po drugiej stronie placu rozstawiło się kilka straganów z pamiątkami rękodzielniczymi, a nawet z gorącymi pierogami. Kupiłem na spróbowanie kilka pierogów. Nie były złe. Obok rozstawiono nadmuchiwaną, gumową zjeżdżalnię dla dzieci. Ruch samochodowy był wstrzymany. Radiowóz stał w poprzek ulicy dojazdowej do placu. Podszedłem do policjanta. Chciałem zapytać o drogę wylotową z Siumsi w kierunku Kilmiez, jaką miałem jechać następnego dnia. Bardzo sympatyczny funkcjonariusz. Miło rozmawiało się. Po pewnym czasie podeszła do mnie naczelniczka Wydziału Kultury i Sportu, ta która pomogła w zakwaterowaniu. Mocno była rozkojarzona prowadzeniem uroczystości, toteż nie bardzo było jak z nią rozmawiać. Wspomniała jedynie, że kilka osób ma chęć rozmawiać ze mną. Nie widziałem przeszkód. Podeszły do mnie dwie panie. zaczęły dopytywać się, co było powodem mojej obecności w Siumsi? Kim była Antonina Zubelewicz? W końcu podszedł do mnie starszy pan i również zaczął wypytywać o te same sprawy. Część oficjalna uroczystości kończyła się i zanosiło się, że teraz będzie chwila przerwy, a potem miano puścić muzykę do tańca. Tą częścią programu byłem mniej zainteresowany. Nie znałem miejscowych zwyczajów, nie wiedziałem, jakie towarzystwo korzysta z takiej rozrywki. Nie chciałem kusić losu jakimiś nieprzewidywalnymi sytuacjami. Postanowiłem wycofać się i pójść do miejsca zakwaterowania. To, co zobaczyłem, okazało się podobne do polskich wiejskich festynów, ale sprzed kilkudziesięciu lat. Jednak organizatorom i uczestnikom emocje udzielały się podobnie jak polskich wsiach przy takich okazjach. Wracając jednak do „starszego pana”, zaproponował, że odprowadzi mnie. Po drodze trochę jeszcze rozmawialiśmy. Kiedy powiedziałem mu, że jutro planuję wyjazd z Siumsi do Kilmiez, zaproponował, żebym przed wyjazdem zaszedł do niego do domu, wówczas przeprowadzi ze mną wywiad, który chciałby opublikować w miejscowej gazecie. Chętnie przystałem na propozycję. Spać położyłem się dosyć wcześnie. Za sobą miałem długi dzień. Wczesna pobudka, jazda pociągiem, potem taksówką.

 

23 sierpnia (sobota)


Pobudkę zrobiłem sobie koło godziny 8. Noc minęła spokojnie. Z resztek pozostałych z wczorajszych zakupów, zrobiłem sobie śniadanie. Przed godziną 9 byłem u „Starszego Pana”. Wczoraj przedstawiał się, ale nie dosłyszałem imienia. Mieszkał w niewielkim domku jednorodzinnym z córką i wnuczką. Zapytał, czy zjadłbym śniadanie. Odparłem, że jadłem, ale teraz jakby on mojej odpowiedzi nie usłyszał. Zakomenderował córce, aby przygotowała śniadanie. W trójkę znaleźliśmy się przy stole w kuchni, przy świeżo usmażonych blinach, racuchach, kawie z mlekiem. Smakowało mi. Z chęcią zjadłem, mimo że jadłem wcześniej. Po śniadaniu zostałem zaproszony do kącika w pokoju, który zapewne był jego miejscem pracy i spędzania czasu przy komputerze.

ROSJA 9
"Starszy Pan", Iwan. Rozmawiamy, zadaje mi pytania, ja opowiadam o sobie i swoich przodkach. Iwan przygotowuje materiał do artykułu w miejscowym czasopiśmie.

W końcu zapytałem, czy możemy mówić sobie po imieniu? Widziałem, że spodobała mu się moja propozycja. Miał na imię Iwan. Okazało się, że jest dziennikarzem w miejscowym wydawnictwie, że interesuje go historia obwodu kirowskiego, w skład którego wchodził rejon Siumsi, że przez długie lata był deputowanym w miejscowych władzach, a teraz jest na emeryturze. Bardzo go zainteresowały moje opowiadania o moich przodkach, ich dzieje. Szczególnie pytał o babcię Tosię (Antoninę), kim była, jakie miała wykształcenie, gdzie pracowała i mieszkała, gdzie umarła. Nie dziwiłem się, przecież ona urodziła się w Siumsi. Kilka godzin spędziłem u Iwana. Wymieniliśmy się adresami e-mailowymi. Trzeba było jednak rozstawać się. Czekała mnie dalsza droga. Niezbyt daleka, bo ok. 60 km na zachód od Siumsi, do Kilmiez. Iwanowi zwierzyłem się z dalszych moich planów podróżniczych i z tego, że teraz wybieram się autostopem do Kilmiez. Iwan w porozumieniu z córką, zaproponował, że córka podwiezie mnie samochodem na drogę wylotową. Ucieszyłem się. Po 10 minutach przed domem stała łada, a w niej siedziała i czekała wnuczka Iwana. Córka zaprosiła mnie do samochodu i pojechaliśmy. Skończyły się zabudowania Siumsi, a córka prowadziła samochód dalej. Wspomniałem, że już wyjechaliśmy z Siumsi, ale nie było odzewu. Pomyślałem w skrytości, czy postanowiono zawieźć mnie do Kilmiez? Jechaliśmy dalej. Minęliśmy jeden samochód, potem drugi i na odcinku, gdzie wkoło był tylko las zatrzymaliśmy się. Córka wysiadła z samochodu i zaczęła zatrzymywać jeden z tych samochodów, który mijaliśmy. Ponownie pomyślałem, że może coś się stało i potrzebna pomoc? Po rozmowie z kierowcą zatrzymanego samochodu, córka poprosiła mnie, abym przesiadł się do tamtego samochodu, którym dojadę do celu. Jechali nim młodzi ludzie, mało rozmowni. Zawieźli mnie do centrum Kilmiez. I tak wyglądała moja podróż autostopem. Kilmiez jest wsią nieco większą od Siumsi. Wysiadłem z samochodu i zacząłem rozglądać się. W centrum park, trochę parterowych domów ze sklepami. Kilmiez jest miejscowością, w której urodziła się Zofia, inna siostra mojego dziadka. W związku z tym wydedukowałem, że przez jakiś czas musieli również tutaj mieszkać moi pradziadowie, dlatego także moja podróż po Rosji przebiegała przez Kilmiez. W pierwszej kolejności postanowiłem poszukać miejsca noclegowego. Zapytałem grupkę ludzi stojących pod sklepem, czy jest tutaj gastinica (hotel). Mocno zdziwiony usłyszałem, że jest. Przez głowę przeleciała mi myśl – jak fajnie. Wskazano mi drogę, kierunek, w którym mam się udać. Znalazłem, wszedłem do środka. Całość przypominała mi hotel robotniczy z lat siedemdziesiątych w Polsce. Recepcja w pomieszczeniu wydzielonym z holu. Ścianki recepcji zrobione ze sklejki i szkła z niewielkim okienkiem do porozumiewania się z klientami. Stanąłem przed zamkniętym okienkiem. Zacząłem zaglądać do środka, a tam ogólny nieład, ale nikogo nie było. Chwilę zaczekałem. Po kilku minutach zjawiła się kobieta w kuchennym fartuchu z zapytaniem, czy czegoś potrzebuję? Tak – odpowiedziałem, czy jest wolne miejsce na jedną noc? Nie, nie ma – usłyszałem odpowiedź oschłym, raczej nieprzyjaznym tonem. A czy wie pani, gdzie w Kilmiez można przenocować? Poinformowano mnie, że jest jeszcze jedna gastinica z drugiej strony wsi. Jeszcze bardziej mnie to zdumiało – dwie gastinice w tak małej miejscowości? Nie było wyjścia, plecak na siebie i pomaszerowałem. Przy okazji przyglądałem się miejscowemu drewnianemu budownictwu i próbowałem dopasować jakiś dom do tego, w którym ewentualnie mogli mieszkać moi pradziadowie. Miałem jednak na to małe nadzieje. Być może mieszkali w domu wynajętym, może służbowym, a nie własnym. Za krótko mieszkali w Kilmiez, żeby mogli wybudować sobie dom od podstaw. Po drodze mijałem dużo domów jednorodzinnych, raczej małych, ale czasem zdarzały się większe. Druga gastinica była na skraju wsi, na niewielkim wzgórzu. Wdrapałem się ścieżką pod górę, ale nie bardzo wiedziałem którędy wchodzi się do budynku. Próbowałem obejść dookoła dom, ale uniemożliwiały to postawione płoty. Budynek wyglądał porządniej od poprzedniego. Murowany i chyba znacznie nowszy. Wszedłem do środka. Naprzeciw mnie wyszła wysoka, w średnim wieku kobieta. Na pytanie, czy są wolne miejsca, stwierdziła, że nie ma. Ponownie pomyślałem, jak dobrze, że mam ze sobą namiot. Do centrum wracałem drugą stroną ulicy i zacząłem dopytywać się u napotkanych przechodniów o możliwość przenocowania w prywatnej kwaterze. Kłopot był w tym, że ludzi na ulicy było jak na lekarstwo. Godziny południowe, sobota... Po drodze podziwiałem drewniane domy z tej strony ulicy. Inaczej wyglądały niż te, które można spotkać w Polsce czy w Europie Wschodniej. Wreszcie po drodze kogoś spotykam i próbuję dowiedzieć się, czy jest jakaś możliwość przenocowania u kogoś prywatnie. Niestety, ponownie usłyszałem, że nie wie. Pytam następną i następną i cały czas odpowiedzi podobne. Idzie młoda dziewczyna, może od niej czegoś się dowiem. Odpowiedź podobna, ale po chwili radzi mi, żebym zaszedł do chramu. Mówi – chram jest z lewej strony, na pewno pan zobaczy. Odeszła, widać gdzieś śpieszyła się. Zacząłem się zastanawiać, co to jest chram? Nigdy przedtem nie spotkałem się z tą nazwą. Zastanawiam się, czy będzie to jakiś napis „Chram”, czy to nazwa jakiegoś sklepu? Nie miałem pojęcia. Dziewczyny już nie było. Nie zdążyłem dopytać się, co to jest chram. Poszedłem. Rozglądałem się z lewej strony na domy, zaglądałem w zaułki. Niczego z nazwą „chram” nie dostrzegłem. Przez ulicę przechodziła starsza pani i szła w moim kierunku. Zapytałem – gdzie jest chram, czy idę w dobrym kierunku? Tak, dobrze. Widzi pan, o tutaj, widzi pan? – odpowiedziała pokazując w kierunku cerkwi. Nigdy nie domyśliłbym się, że chram to jest cerkiew. Obszedłem ją dookoła. Wszystkie wrota były pozamykane. Trzeba było dowiedzieć się, gdzie mieszka pop batiuszka, gospodarz obiektu. Okazało się, że kilka domów dalej. Poszedłem pod wskazany adres. Był to drewniany dom, zbudowany z grubych bali. Zapukałem do drzwi. Po chwili otworzyła kobieta w wieku ok. 50 lat o przyjaznej twarzy z uroczym uśmiechem. Okazało się później, że była to żona batiuszki. Nie pytając o nic, zaprosiła mnie do środka. W przedpokoju zdjąłem plecak. Poproszono mnie do stołu w kuchni. Czy jadł pan obiad? – usłyszałem. Tak – odpowiedziałem, mimo że tak naprawdę nie jadłem, ale nie byłem głodny. Nie czekając na moją odpowiedź, zastawiono stół daniami. W miseczce podano kaszę gryczaną, surówkę warzywną z pomidorów i ogórków pokrojonych w kostkę zalane śmietaną, racuszki. Do tego podano placki chlebowe pieczone w piecu chlebowym znajdującym się w kuchni, kawę, ciasto drożdżowe i ciasto o bardzo ciekawym, nieodgadnionym przeze mnie smaku. Pomyślałem, czyżby czekali na mnie? Tak szybko wszystko to znalazło się na stole. W trakcie jedzenia zaczęły padać pytania: skąd przyjechałem, dlaczego przyjechałem do Kilmiez, gdzie już byłem w Rosji, jakie są moje dalsze plany, kim byli moi pradziadowie, czym zajmuję się w Polsce? Ja zapytałem, czy jest jakaś możliwość przenocowania w Kilmiez? Do stołu przysiadła się również córka gospodarzy. Widziałem, że słuchali mnie z bardzo dużym zainteresowaniem. Pokazywałem zdjęcia w aparacie fotograficznym z Lamkowa, z Olsztyna. Zacząłem się rozglądać po kuchni. Piękne pomieszczenie. Głównym jej elementem była kuchnia węglowa (zapewne palono w niej przede wszystkim drewnem) z zapieckiem

ROSJA 10
Kilmiez. Kuchnia u popa batiuszki. Piękny piec z zapieckiem.

Cudo! Takie kuchnie widywałem w dzieciństwie wyłącznie na obrazkach w książkach z rosyjskimi bajkami. Z wierzchu pokryta była gliną, a nie kafelkami, i wybielona wapnem. Byłem pod wielkim wrażeniem wnętrza, w którym znalazłem się. W międzyczasie córka wyszła do pokoju. Po ok. 10 minutach wróciła z informacją, że jest osoba, która bardzo chętnie przyjmie mnie na noc. Ucieszyłem się. Okazało się, że i tym razem ominęło mnie korzystanie ze swojego sprzętu turystycznego. Wstałem od stołu, podziękowałem za gościnę, obdarowałem gospodarzy pamiątkami i poszedłem do przedpokoju. Zarzuciłem na siebie plecak, a tu usłyszałem – a gdzie się pan wybiera? Do miejsca, gdzie wskazaliście państwo – odparłem. Proszę zaczekać, zaraz przyjedzie po pana samochód i odwiezie. Nie było innego wyjścia, zaczekałem. Pogrzebałem jeszcze w plecaku. Znalazłem t-shirt z symbolami Warmii i Mazur. Obdarowałem nią córkę gospodarzy. Widziałem zadowolenie na twarzy młodej dziewczyny. Podjechała stara łada i zawiozła mnie do samotnie mieszkającej kobiety w wieku również ok. 50 lat. Powitanie. Zaproponowano mi posiłek. Podziękowałem, ile razy z rzędu można jeść? – pomyślałem. Zapytano mnie również, czy po podróży chciałbym się odświeżyć? Odpowiedziałem, że chętnie, ale trochę później. Lena, bo tak miała na imię ta kobieta, zaczęła przekonywać mnie, że może jednak wykąpałbym się, bo jest u niej w domu, w przybudówce rosyjska bania. Zapytała, czy wiem, co to jest rosyjska bania? Słyszałem i czytałem o takich miejscach, ale tylko tyle. Usiedliśmy przy stole w kuchni i zacząłem odpowiadać na znane pytania, zadawane już wielokrotnie przy okazji różnych spotkań. Za każdym razem opowiadałem o celu mojej podróży, jak mi się podoba w Rosji, jak jest w Polsce, trochę o sobie i rodzinie, gdzie mieszkam. W trakcie takich rozmów bardzo szybko upływał czas. Mój rosyjski nie był płynny. Nie znałem wiele słów. Chcąc cokolwiek opowiedzieć, obracałem się wokół kilkudziesięciu słów, które znałem. Starałem się je tak sprytnie dobierać, aby było wiadomo, co chcę przekazać. Nie było to łatwe i wymagało dużo wysiłku z mojej strony. W rozmowie pomagały mi trochę gesty i mimika. Czasem korzystałem z tłumacza w telefonie. Dużą nagrodą dla mnie za ten wysiłek było zadawane pytanie: skąd tak dobrze znam język rosyjski. Szalenie mi to pochlebiało, ale też dziwiło, że tak jest postrzegany mój rosyjski. Może była to grzeczność ze strony współrozmówców? Lena ulokowała mnie w salonie, który umeblowany był starymi, stylowymi meblami. Do spania przeznaczyła mi wersalkę. Zbliżała się godzina 18. Lena nie pytając mnie, czy coś zjem, zaczęła się kręcić w kuchni przy garach. Być może ona zgłodniała. Kuchnia wyglądała jak w Polsce przed 20 laty, ale wyposażenie w sprzęt kuchenny było współczesne. Na stole pojawiły się pielmieni, sałatka warzywna. Lubię takie jedzenie. Czekałem, aż usiądzie i ona. Przed zajęciem miejsca za stołem zaczęła się modlić. Wstałem, aby uhonorować jej zwyczaj. Sam nie modliłem się. Nie mam tego w zwyczaju. Po jedzeniu, popijając herbatę, powiedziała, że spodziewa się uczennicy. Okazało się, że przychodzą do niej maluchy i uczy je języka angielskiego. Powiedziałem, żeby nie krępowała się moją obecnością. Lena odebrała telefon. Okazało się, że koło godziny 22 ma przyjść jej koleżanka, która chciałaby przeprowadzić ze mną wywiad. To byłby kolejny udzielony wywiad dla miejscowych mediów. Dobrze. Lekcja skończyła się przed godziną 20. W czasie, kiedy prowadziła lekcję, zająłem się swoim bagażem. Wyjąłem piżamę, przybory do mycia, przygotowałem sobie ubranie na następny dzień. Lena zaprowadziła mnie do ogrodu. Byłem zszokowany, jak było tam czysto i jaki był porządek. Ogród był niewielki – warzywniaczek. Grządki wypielone, ścieżki wygrabione, trochę kwiatów. W namiocie foliowym rosły pomidory. Dowiedziałem się, że dwa miesiące wcześniej umarła jej mama. Lena pracuje gdzieś w przemyśle wydobywczym, ale daleko od Kilmiez. W domu bywa co dwa tygodnie. Nie spostrzegłem się kiedy bania była już przygotowana do kąpieli. Lena zapytała mnie, czy wiem jak z niej korzystać. Pierwszy raz miałem taką okazję. Przyznałem się do tego Lenie. W związku z tym pokazała mi, co i jak. Było to pomieszczenie o powierzchni ok. 9-10 m2. Stał w nim stalowy piec, w którym paliło się drewno. Integralną częścią pieca był pojemnik z wodą, prawie gotującą się oraz komora z rozgrzanymi kamieniami, otoczakami. Lena pokazała mi dwa wiadra z wodą stojące obok pieca. W jednym była czysta zimna woda, a w drugim napar ziołowy. Był również mały cebrzyk do nabierania wody. W trakcie przebywania w bani miałem oklepywać się wiązką gałązek brzozowych oraz polewać się czystą zimną wodą. Napar ziołowy służył do polewania rozgrzanych kamieni w piecu. W pomieszczeniu bani było bardzo gorąco i parno. Samo wejście i czas, w którym Lena tłumaczyła, co do czego służy, wystarczył, że byłem całkowicie mokry, spocony. Wreszcie zostałem sam i musiałem dostosować się do jej wskazówek. Nie jestem pewien, czy wszystko wykonywałem zgodnie ze sztuką kąpieli w ruskiej bani. Byłem rozgrzany. Pot lał się ze mnie z niespotykanym natężeniem. Wydawało mi się, że już doprowadziłem się do czystości. Chciałem się ubrać. Nie mogłem jednak zahamować pocenia się. Wiadro z zimną wodą w całości wylałem na siebie i efektów nie było. Starałem się wycierać ręcznikiem, ale nic to nie dawało. Nie było wyjścia, nałożyłem na mokrego siebie uranie i wyszedłem. Efekt pocenia się trwał jeszcze przez kilkanaście minut. Początkowo głupio mi było, że jestem w mokrym ubraniu, ale w końcu przestałem się przejmować. Lena dopytywała się, czy zastosowałem się do jej wskazówek, czy wszystko w porządku. Powiem szczerze, że bardzo podobała mi się taka kąpiel: bez leżenia w wannie, bez prysznica, ciało samo się czyściło. Było jeszcze trochę czasu do wizyty koleżanki Leny. Rozmawialiśmy o dalszych moich planach podróży po Rosji. Wspomniałem, że jutro powinienem jechać do Kirova, a potem do Słobodzka. Na wieść o Slobodzku powiedziała, że mieszka tam jej przyjaciółka. Wzięła słuchawkę i zadzwoniła do niej. Prosiła, abym dokładnie powiedział, kiedy będę w Słobodzku. W końcu zwróciła się do mnie i stwierdziła – w Słobodzku masz zapewnione miejsce, w którym możesz zatrzymać się. Ogromnie ucieszyłem się. Zacząłem również dopytywać się, jak można dojechać do Kirowa. Usłyszałem, że koło godz. 11 był autobus, który bezpośrednio tam jedzie, a podróż trwa przeszło 5 godzin. Zaproponowała mi jednak inne rozwiązanie, abym pojechał taksówką. Tak, ale ile to kosztuje? Tylko 50 rubli (ok. 4 zł) drożej od biletu autobusowego. Zdziwiłem się. Nie było się nad czym zastanawiać. Lena wykonała szybki telefon do taksówkarza i na godz. 8 rano byłem umówiony. Zbliżała się godzina 22. Punktualnie do drzwi zapukała umówiona osoba, dziennikarka miejscowego pisma. Usiedliśmy przy stole w kuchni. Na stole postawiła dyktafon (oczywiście zapytała, czy może), na jednej z szafek ustawiła kamerkę i zaczęliśmy rozmawiać. Pytania były podobne, z jakimi spotykałem się do tej pory w trakcie swojej podróży: skąd przyjechałem, gdzie już byłem, gdzie zamierzam jeszcze pojechać, cel mojej podróży, kim byli moi przodkowie i ich życiorysy. Zauważyłem, że gdziekolwiek opowiadałem o tym, wszyscy słuchali moich opowieści z dużym zainteresowaniem i byli zaskoczeni, że taki obrałem cel podróży. Rozmawialiśmy ponad dwie godziny. Zrobiło się późno i trzeba było udać się na odpoczynek.

 

24 sierpnia (niedziela)


Pobudkę zarządzono o 7 rano. O godz. 8 miała przyjechać taksówka. Do Kirowa było ok. 260 km. Na śniadanie podano jajecznicę usmażoną na kiełbasie i herbatę. Lena starała się wcisnąć mi jakieś kanapki i napoje na podróż. Jak zwykle podziękowałem. Była nieco zdegustowana, ale... Znowu ciężko się było rozstawać. W każdym miejscu, gdzie się zatrzymywałem byłem bardzo serdecznie przyjmowany. Ludzie byli nadzwyczaj serdeczni i gościnni. I tym razem nie było inaczej. Chętnie zostałbym trochę dłużej, ale z moich wyliczeń czasowych, ze względu na realizację planu podróży, terminaż stawał się coraz bardziej napięty. Plany na najbliższe dni to pobyt w Kirowie i Słobodzku. W Kirowie chcę odwiedzić parafię
rzymsko-katolicką, być obecny w tamtejszym archiwum. Potem pojechać do Słobodzka i zorientować się jak wygląda to miasto, gdzie przez dłuższy czas mieszkali pradziadowie. Taksówka przyjechała punktualnie. Był to granatowy volkswagen van siedmioosobowy. Tuż przed odjazdem Lena rozmawiała z kierowcą. Później okazało się, że podpowiedziała mu, gdzie ma mnie wysadzić w Kirowie. Wskazała mu hotel w centrum miasta, ale o tym powiedział mi dopiero taksówkarz. W taksówce byłem sam. Trochę się zdziwiłem, że opłaca mu się wieźć mnie samego do Kirowa za cenę nieco wyższą niż cena biletu autobusowego. Niedziela, na szosie nieduży ruch. Dosłownie kilka samochodów Zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie. Po drodze kierowca zabierał pasażerów z przystanków autobusowych. W końcu jechaliśmy w komplecie. Takim sposobem wyjaśniła się opłacalność kursu do Kirowa. Trochę rozmawiałem ze współpasażerami, ale nie byli zbyt chętni do rozmów. Droga była piękna. Potężne obszary leśne. Co kilkadziesiąt kilometrów przy drodze niewielkie osady, gdzie domy zbudowane były wyłącznie z drewna. Odniosłem wrażenie, że muszą tam mieszkać biedni ludzie. Płoty przy domach raczej walące się, niewykoszone otaczające domy zielsko. Pomieszczenia gospodarcze walące się lub niewiele do tego brakowało. Nie tylko przy tej drodze, ale wcześniej również zauważyłem, że przy drogach i głębiej na nieużytkach rosło bardzo dużo barszczu Sosnowskiego. Chyba jest to plaga tamtych terenów. Dobrze wyrośnięte krzewy i gęsto rosnące obok siebie. Strach z samochodu wysiąść na siusiu. Na pewnym odcinku drogi, która była dobrej jakości, o równej nawierzchni i szeroka, skończył
się asfalt. Przez pół kilometra, a może jeszcze więcej jechaliśmy odcinkiem o nawierzchni gruntowej. Fatalny fragment drogi. Olbrzymie nierówności, głębokie koleiny i wyboje. Kierowca sprytnie omijał duże zagłębienia. Potem zapytałem, skąd ta przerwa w dobrej nawierzchni? Powiedział mi, że kilka lat temu prowadzony był remont drogi. W pewnym momencie zabrano ekipy drogowe i pozostawiono tak jak widać. Dlaczego? – zapytałem. Nie wiedział, jedynie zasugerował, że może zabrakło pieniędzy, a może brygady zostały pilnie przerzucone w inne miejsce i potem zapomniano o niedokończonym odcinku. Po drodze kierowca wyrażał swoje niezadowolenie, dotyczące polityki wewnętrznej w Rosji. Mówił, że klasa średnia nie ma szans rozwoju, nie zgadza się z tym, że jest tak olbrzymia amplituda między zarobkami w społeczeństwie rosyjskim. Starałem się nie wdawać w dyskusję, bo nie wiedziałem jak mogło być przyjęte moje stanowisko na ten temat. Sam jednocześnie zdziwiłem się, że Rosjanin narzeka na panującą rzeczywistość. Z czymś takim jeszcze nie spotkałem się. We wczesnych godzinach popołudniowych byłem w Kirowie. Za przejazd taksówką zapłaciłem 600 rubli (50 zł). Kirow jest miastem liczącym blisko pół miliona ludności, leżącym nad rzeką Wiatka i ok. 1000 km na północny wschód od Moskwy. Podjechaliśmy pod hotel wskazany przez Lenę. Z samochodu zabrałem plecak i wszedłem do hotelu. W recepcji zapytałem o wolne miejsca, o ceny. Okazało się, nie wiem czy był to przypadek, czy umówione przez Lenę, że był tylko jeden wolny pokój jednoosobowy za bardzo niewielkie pieniądze. Za pokój zapłaciłem 900 rubli (ok. 75,- zł). Rzeczy zaniosłem do pokoju. Zacząłem zastanawiać się, co dalej z tak rozpoczętym dniem. Następnego dnia chciałem jechać na kilka dni do Słobodzka, a potem wrócić do Kirowa także na następne kilka dni. Postanowiłem popołudnie przeznaczyć na rekonesans. Zszedłem do recepcji. Zacząłem dopytywać się, gdzie jest kościół parafii rzymsko-katolickiej w Kirowie, przy jakiej ulicy jest Archiwum Państwowe, czy są w Kirowie ulice Nikołajewskaja i Moskowskaja. Liczyłem na to, że w parafii rzymsko- katolickiej uzyskam przynajmniej informację, gdzie szukać ksiąg parafialnych. Koniecznie chciałem pójść do Archiwum i starać się odnaleźć jakiekolwiek informacje o swoich przodkach. A ulice Nikołajewskaja i Moskowskaja były ulicami, na których znajdowały się na przełomie XIX i XX wieku studia fotograficzne. W tych studiach zrobiono znaczną część zdjęć rodzinnych, a które znajdują się w albumach posiadanych przeze mnie. Młoda dziewczyna, recepcjonistka odnalazła miejsce usytuowania parafii rzymsko-katolickiej. Z ulicami było nieco gorzej, ponieważ zmieniły nazwy. Ale i z tym problemem w końcu uporała się. W podzięce, jak zwykle pozostawiłem kilka gadżetów. Wszystkie wskazane miejsca znajdowały się w centrum lub bezpośredniej bliskości. Recepcjonistka na planie miasta zaznaczyła mi miejsca, o które pytałem. Poszedłem coś zjeść w hotelowym barze. Niestety nie umiano mi wskazać potrawy, która byłaby specjalnością zakładu. Chciałem zjeść coś miejscowego. Wziąłem bliny. Potem popiłem kawą (nienajlepszą) i poszedłem do miasta. Hotel mieścił się blisko teatru, w którym urządzono wystawę poświęconą prehistorycznym gadom. Nie udało mi się dostać do środka. Teatr był zamknięty. Na pierwszy rzut oka, miasto wydało mi się nieuporządkowane urbanistycznie. W centrum domy niskie, parterowe, obok kilkunastopiętrowe, duże zaasfaltowane przestrzenie. Wszędzie było czysto, ale asfalt spękany, nierówny. Bardzo wysokie krawężniki oddzielające chodnik i o dziwo, nigdzie na jezdniach nie pomalowano pasów. W pierwszej kolejności udałem się do miejsca, gdzie miał być kościół rzymsko-katolicki. Niestety, w zaznaczonym na mapie miejscu, go nie było. Zacząłem dopytywać się o jego usytuowanie. Było z tym trochę problemów. Niewiele osób umiało mi go wskazać. Po drodze zaczepiłem pewnego jegomościa. Okazało się, że był mocno wstawiony, czego wcześniej nie zauważyłem. Bełkotliwym głosem pokazał mi kierunek bliżej nieokreślony, ale również bardzo chciał rozmawiać ze mną. Powiedział między innymi, że jego żona jest katoliczką. W Rosji była to pierwsza osoba spotkana przeze mnie, będąca pod wpływem... Jakże wyobrażenia Polaków o Rosjanach różnią się od tego, co spotykam tutaj na miejscu w Rosji. A może ja podróżuję po innej Rosji? Rozstaliśmy się w serdecznych uściskach. W końcu dwie bardzo sympatyczne i chcące mi pomóc panie, poszły razem ze mną. Po drodze mijaliśmy piękne stare kamienice. Piękne jest stare z poprzednich stuleci, rosyjskie drewniane budownictwo zamieszkiwane przez ludzi średniozamożnych. W końcu obie panie wskazały mi kościół w swojej bryle, niewiele różniącej się od kościołów w Polsce. Na murach kościoła była tablica „Обьект культурного наследия (пaмятник истории и культуры) народов Российской Федерации” – obiekt dziedzictwa kulturowego (pomnik historii kultury) narodów Rosyjskiej Federacji. Na tablicy była
również informacja, że kościół był budowany w latach 1899-1903. Pomyślałem, że wielu informacji o swoich przodkach z ksiąg metrykalnych z tego kościoła nie zdobędę, ale mogą być szanse na okres od 1903 do 1906 czyli do roku, w którym pradziadowie wyprowadzili się ze Słobodzka. Drzwi do kościoła były pozamykane. Odniosłem wrażenie, że kościół chyba nie spełnia swojej roli, jako bożnica. Na tablicach informacyjnych były podane dni i godziny, w których odbywały się lub będą odbywać się koncerty muzyczne. Wychodząc z terenu kościoła zauważyłem na ogrodzeniu jeszcze jedną tablicę z numerem telefonu do siedziby parafii. Od razu zatelefonowałem, aby umówić się na spotkanie z księdzem. W słuchawce usłyszałem
jedynie, że „nie mogę odebrać, proszę zadzwonić później”. Poszedłem dalej. W planach miałem odnalezienie Archiwum. Przechodnie nie bardzo orientowali się, gdzie mieści się. Wróciłem do centrum i w końcu zrezygnowałem z poszukiwań. Zbliżał się wieczór. Trochę pokręciłem się jeszcze po mieście. Moje obserwacje potwierdziły wcześniejsze spostrzeżenie, że jest to miasto spore pod względem ilości mieszkańców, ale pod względem architektury i układu urbanistycznego, prowincjonalne. Wróciłem do hotelu. Jak wspominałem wcześniej, codziennie wieczorami starałem się prowadzić krótkie notatki z minionego dnia. Opisałem, więc swoje spostrzeżenia. Zajrzałem również na swoją pocztę internetową. Podróżując po Rosji miałem dwa telefony komórkowe – jeden z polskim numerem, jaki używam w Polsce, a drugi z rosyjską kartą. Do łączy internetowych służył mi numer rosyjski, bo miejscowy i cena dostępna. Niestety tego popołudnia wyczerpał mi się limit rozmów telefonicznych i limit korzystania z Internetu. W recepcji zapytałem, gdzie można dokupić limit rozmów. Wytłumaczono mi gdzie, ale już nie chciało mi się iść do miasta, szczególnie, że nie było wiadomo, do której godziny otwarty jest wskazany punkt. W recepcji zatrzymałem się trochę dłużej. Zapytałem recepcjonistkę, w jaki sposób można dostać się do Słobodzka. Okazało się, że jeżdżą tam autobusy podmiejskie, co 40 minut. Były też pytania ze strony młodej, sympatycznej dziewczyny, gdzie mieszkam, co robię... Opowiadałem o Warmii i Mazurach i jak żyje się w Polsce. Potem zaszedłem do baru, zjadłem kolację, kupiłem szklankę miejscowego piwa, które z dużą chęcią wypiłem już w swoim pokoju. Następnego dnia miałem jechać do Słobodzka. Jest to miejsce, w którym przez ponad 25 lat mieszkał z rodziną i pracował pradziad Michał. Tam urodził się dziadek Aleksander, większość jego sióstr i brat. Tam też chodzili do szkół, tam mijało im dzieciństwo.

 

25 sierpnia (poniedziałek)


Wstałem dość wcześnie, ale bez przesady. Śniadanie zjadłem w hotelowym barze. Następnie musiałem wybrać się do miasta dokupić limit rozmów telefonicznych i dostęp do Internetu. Telefon był mi niezbędny do ewentualnego kontaktu z Aleksandrem. W Słobodzku musiałem także zatelefonować do Katii i dokładnie dopytać się, gdzie mieszka, jak do niej trafić. Co prawda Lena podała mi adres, ale... nigdy nie wiadomo, o co jeszcze będę musiał się dopytać. Na uzupełnienie limitu wydałem 200 rubli, ale nie wiedziałem na jak długo on mi wystarczy. Przecież w Kirowie i Słobodzku byłem na roamingu. W Rosji jest tak, że karty telefoniczne, numery telefoniczne są przypisane do rejonów, a poza nimi obowiązuje roaming. Rosja kraj olbrzymi i trudno się spodziewać, żeby w całym kraju był ten sam operator i te same stawki połączeń. Koło godziny 10 wsiadłem do autobusu linii 102 w kierunku Słobodzka. Po godzinie byłem na miejscu. Całe szczęście Katia mieszkała niedaleko wskazanego wcześniej przystanku autobusowego. Szukając jej bloku, trochę jednak błądziłem. Budynek stał w drugim rzędzie od ulicy, a i wejścia do budynku były z różnych stron. Telefon przydał się. Jedno pytanie, drugie pytanie i udało się, znalazłem się przed drzwiami mieszkania Katii. Drzwi otworzyła młoda osoba (ok. 35 lat), dobrze zbudowana blondynka, o szerokich barach. Za jej nogami wyglądały dzieci, jedno z jednej strony, drugie z drugiej strony. Była to dwójka jej dzieci – synek w wieku 2 lat i córcia 5 lat. Pokazała mi pokój, w którym mogłem zostawić swoje rzeczy i rozgościć się w trakcie pobytu w Słobodzku. Tylko zdążyłem zrzucić z siebie plecak usłyszałem: proszę do stołu. Nie byłem jeszcze głodny, nie było przecież jeszcze południa. Śniadanie zjadłem w Kirowie. Czy lubię barszcz? – usłyszałem. Bardzo lubię, ale za wcześnie trochę na danie obiadowe. Jednak nie miałem odwagi odmówić. Pomyślałem, że Katia chce mnie ugościć „czym chata bogata”. Czy będę miał coś przeciw, jak usiądziemy w kuchni? – zapytała. Nie, absolutnie – odparłem – w Polsce również spożywanie posiłków z gośćmi w kuchni jest często praktykowane. Często stwarza to miły, rodzinny klimat. Barszcz był pyszny. Coś w rodzaju barszczu ukraińskiego. Proponowano mi jeszcze inne potrawy, ale musiałem odmówić, nie dałem rady pomieścić więcej. Widziałem, że Katia chciała mi dogodzić jak potrafiła najlepiej. Jak wszędzie rozmawialiśmy o celu mojej podróży, o tym jak jest w Polsce. Mieszkanie Katii było trzypokojowe na pierwszym piętrze. Dostałem do swojej dyspozycji salon. Pokój ok. 25 m2. Widać było, że był w trakcie remontu. Ściany pokryte gładzią szpachlową, nie pomalowane. Na suficie, wisiała tylko żarówka w oprawce. Stała wersalka, ale miałem spać na rozłożonej amerykance. Innych mebli nie było. Zauważyłem ciekawy patent do odpowietrzania grzejnika. Zamontowano zwykły zawór-wylewkę. Pod ścianami na podłodze kilka przedmiotów, kilka pudeł, dywan, a na nim trochę porozrzucanych dziecięcych zabawek. Niedługo potem do drzwi zapukał młody człowiek (ok. 25 lat). Dowiedziałem się, że w Słobodzku był znaną osobą poprzez swoją działalność kulturalno-oświatową. Z jego opowieści wynikało również, że dużo pracuje społecznie. Zaproponował, że będzie moim przewodnikiem po Słobodzku. Myślę, że było to wcześniej umówione między Katią a nim. Przedstawił się. Miał na imię Kostia. Katia zapytała, czy chcę zobaczyć miasto? Oczywiście – odparłem. Katia zaprosiła nas do swojego bordowego samochodu (mazda 626). Samochód miał swoje lata i zapewne swoją burzliwą historię. Razem z nami wsiadły dzieci. Wysiedliśmy w centrum miasta, a Katia z dziećmi odjechała. Widziałem, że umawiała się z Kostią, kiedy ma przyjechać po nas. Słobodzk nie jest dużym miastem – ok. 34 tys. mieszkańców. Pochodziliśmy trochę po centrum. Wspomniałem, co chciałbym zobaczyć i osiągnąć w trakcie pobytu w Słobodzku. Mówiłem, że przede wszystkim chciałem zobaczyć budynki, zaułki pamiętające okres przełomu XIX i XX wieku. Może udałoby się znaleźć jakieś informacje dotyczące Marii Rybak z domu Zubelewicz (najstarsza siostra mojego dziadka), o której mam bardzo niewiele informacji. Może będą jakieś inne ślady obecności moich przodków? Kostia zasugerował, abym zaszedł do miejscowej biblioteki. Widać, pomysł narodził się po stwierdzeniu, że chciałem znaleźć ślady życia pradziadów. Poszliśmy tam, ale biblioteka była nieczynna. Zaczęliśmy chodzić uliczkami miasta. Obejrzałem ruiny monastyrów. Okazało się, że w Słobodzku były dwa monastyry: żeński i męski. Niegdyś tereny należące do monastyrów zajmowały znaczną część miasta. Widać było, że jeden z nich był w trakcie odbudowywania. Odbudowywano obiekt, który przez władze rosyjskie został udostępniony klerowi, a drugi..., prawdopodobnie popadnie w jeszcze większą ruinę. Niestety, w Rosji, szczególnie na prowincji, nie dba się o obiekty zabytkowe. Pokazano mi również budynek, w którym obecnie ma swoją siedzibę gimnazjum, ale jego historia sięga XVIII wieku. Przez cały okres aż do dnia dzisiejszego, w tym samym obiekcie było i jest gimnazjum. Zaciekawiło mnie to, przecież do tego gimnazjum musiały chodzić dzieci pradziada. Przed przyjazdem Katii weszliśmy jeszcze do muzeum miasta Słobodzk. Zainteresowały mnie fotografie wiszące na ścianach wykonane pod koniec XIX wieku i na początku XX. Skoro mój pradziad był osobą znaczącą ze względu na zajmowane stanowisko w służbie carskiej, było bardzo prawdopodobne, że mógł przebywać w towarzystwie osób sfotografowanych i sam być na jednej z nich. Nie było zbyt wiele czasu na dokładne przyglądanie się fotografiom, więc fotografowałem wszystkie. Pomyślałem, że po powrocie, w domu przyjrzę się im dokładnie. Były również zdjęcia pokazujące miasteczko z tamtym okresie. W muzeum byliśmy przeszło godzinę. Nie była to wielka placówka, ale z zainteresowaniem przyglądałem się szczególnie fotografiom. W końcu przyjechała Katia. Zaprosiła nas do samochodu i pojechaliśmy na przedmieścia Słobodzka. Trafiliśmy do „Музей – усадьба академика А. Н. Бакулева”. Bakuliew był wybitnym rosyjskim lekarzem i dzieciństwo spędził w budynku, w którym mieściło się owo muzeum. Przed wejściem czekała na nas dyrektorka placówki. Mimo że w poniedziałki muzeum jest nieczynne, potraktowano mnie, jako gościa specjalnego i otworzono drzwi. Moim przewodnikiem po salach muzealnych była Pani Dyrektor. Ku mojemu zdziwieniu, muzeum było typowym muzeum etnograficznym. Zebrano w nim przedmioty codziennego użytku z poprzednich wieków, narzędzia, sprzęt. Były także wypchane zwierzęta gospodarskie. Samemu Bakuliewowi poświęcono niewiele miejsca. Muszę przyznać, że faktycznie, byłem traktowany, jako gość specjalny. Miałem możliwość dotykania, brania w ręce, próbowania, w jaki sposób działały zgromadzone muzealia. Miałem w związku z tym dużą frajdę. W Polsce, czy w innych miejscach świata, nie miałbym takich możliwości. Ale gdzie lekarz Bakuliew? Po obejściu niemal całego budynku, przeszliśmy do holu na parterze i tam była ekspozycja poświęcona słynnemu lekarzowi. Tam też część ekspozycji przedstawiała stary sprzęt medyczny i naczynia apteczne. Okazało się również, że nie był to koniec ekspozycji. Na podwórku zagospodarowano pomieszczenia gospodarcze i starą kuźnię. Zgromadzono tam narzędzia rolnicze wraz z ciągnikiem rolniczym z początku XX wieku. W kuźni narzędzia, którymi posługiwali się kowale. Pozwolono mi usiąść na ciągnik rolniczy. Duża maszyna. Na zakończenie zostałem obdarowany broszurkami o muzeum. Ja również miałem kilka drobiazgów z Warmii i Mazur, którymi obdarowałem moją przewodniczkę. Na koniec wpadliśmy sobie w ramiona. Czas spędzony w muzeum był dla mnie dużą frajdą. Wiele zebranych przedmiotów, takich jak samowary, moździerze, żelazka z duszą, nosidła na wodę, pamiętałem jeszcze z dzieciństwa.
Miło spędziłem kilka godzin, za co byłem wdzięczny Katii i Kostii. Miałem wrażenie, że Katia osobiście znała Panią Dyrektor. Ale pomyślałem również, że serdeczność Rosjan wobec osób obcych, obcokrajowców, jest bezinteresowna i rzeczywista. Być może w Polsce również obcokrajowiec spotkałby się z taką gościnnością, ale naszym życiem bardziej zaczęły rządzić procedury, przepisy i strach przed ich nieprzestrzeganiem. Nie wiem, jakie zasady obowiązywały w muzeum w Słobodzku? Być może też są twarde reguły, które zostały złamane w stosunku do mojej osoby? Katia musiała jechać po córkę do przedszkola, a chciano mi pokazać jeszcze miejsce, gdzie prowadzono w Słobodzku wykopaliska i znaleziono ślady starego średniowiecznego grodu. Na miejscu niczego specjalnego nie widziałem. Była jedynie tablica informująca o prowadzonych pracach wykopaliskowych i krótki opis tego co znaleziono. Zrobiło się późne popołudnie. Katia podjechała w umówione miejsce i pojechaliśmy do domu


ROSJA 11
Słobodzk. W mieszkaniu Katii. Jej dzieci i piękny kot.

W międzyczasie córką opiekowała się sąsiadka, a synek cały czas towarzyszył Katii. W kuchni zasiedliśmy do szybko przygotowanej kolacji i długo rozmawialiśmy. Okazało się, że Katia jeszcze kilka lat wcześniej wyczynowo uprawiała biatlon. Potem było małżeństwo, dzieci, rozwiodła się i została sama z dwójką dzieci i niedokończonym remontem mieszkania. Na życie zarabiała jako masażystka. Skończyła w tym kierunku odpowiednie szkolenia i kursy. Siła fizyczna pozostała jej po uprawianiu sportu. Mówiła, że ma umowę z przychodnią lekarską oraz że również pacjenci prywatnie zgłaszają się do niej na zabiegi. Faktycznie, tego wieczora przyszła kobieta. Przyjęła ją w kuchni. Pod ścianą był długi stół, na którym kładła swoich pacjentów. Skąd o tym wiem? Otóż zapytała mnie czy chcę, aby zrobiła mi masaż pleców. Trochę nalegała. Krępowałem się nieco, ale w końcu zgodziłem się. Zabieg wykonała w miejscu wcześniej wskazanym. Trwał około pół godziny. Nie wiem czy mi w czymś pomógł, ale na pewno nie zaszkodził. Wieczorem byłem już zmęczony. Dużo było wrażeń, dużo było zwiedzania.

 

26 sierpnia (wtorek)


Obudziłem się stosunkowo wcześnie. Nie mogłem stwierdzić, że odpocząłem. Amerykanka, na której spałem, nie była wygodna. Kilka razy w nocy rozjechała się i wylądowałem na podłodze. Poszczególne części amerykanki były bardzo nierówne. Musiałem szukać odpowiedniej pozycji, aby nic mnie nie gniotło w plecy czy w bok. Katia zrobiła śniadanie. Usmażyła naleśniki, które braliśmy w rękę, zwijaliśmy w rulonik i maczaliśmy w śmietanie. Do popijania była herbata. Synek Katii (dwulatek) był bardzo żywym chłopcem. Katia mówiła, że ma kłopoty zdrowotne. Nie bardzo zrozumiałem, na czym one polegały, ale prawdopodobnie ma kłopoty z oddychaniem i jakieś uczulenie. Sposób jego zachowania się, ruchliwość zupełnie nie wskazywały na to. W trakcie jedzenia śniadania, maluch poszedł do zajmowanego przeze mnie pokoju i dorwał się do moich rzeczy. Bardzo intrygował go mój telefon komórkowy i futerał z okularami. Z okularami miałem trochę kłopotu po jego buszowaniu. Wyleciało szkiełko, miałem powyginane uszy a telefon przestrojony. O godz. 10 byłem umówiony z Kostią. Przyszedł punktualnie. Zaproponował mi odwiedzenie jeszcze jednego muzeum. Ekspozycje muzealne poświęcone były kolejarzom zasłużonym dla Słobodzka. Niezbyt mnie to interesowało, ale Kostia bardzo starał się, żeby urozmaicić mi czas i trudno było odmówić. Zrobiłem kilka zdjęć osób zamieszczonych na fotografiach wykonanych na przełomie XIX i XX wieku. Cały czas miałem na uwadze fakt, że być może pradziad miał kontakt z tymi ludźmi. Po wyjściu z muzeum chodziliśmy ulicami miasteczka. Nic nadzwyczajnego nie zwróciło mojej uwagi. Może poza kilkoma obiektami, które mogły być w jakimś stopniu związane przed półtora wieku z obecnością mojej rodziny w Słobodzku. Starałem dowiedzieć się, w którym miejscu ewentualnie mogli mieszkać, ale nikt nie umiał na to pytanie odpowiedzieć. Ja natomiast nie znałem adresu pod jakim zamieszkiwali. W samym centrum stoi maleńka drewniana cerkiew wybudowana w 1610 r. Była zamknięta – szkoda. Potem poszliśmy nad rzekę Wiatka. Dolina rzeki leżała kilkanaście, a może dwadzieścia kilka metrów poniżej poziomu usytuowania miasteczka. Z góry był ładny widok na wijącą się rzekę z piaszczystymi brzegami i mieliznami. Pomyślałem, że zapewne Dziadek oraz jego rodzeństwo w dzieciństwie musieli chodzić tam i bawić się, kąpać. Brzegi rzeki prawdopodobnie wyglądały podobnie jak dzisiaj. Tego dnia było nawet chłodno. Ubrałem się cieplej, ale niewystarczająco. Zmarzłem. Kostia, jako osoba udzielająca się społecznie, mająca kontakty z miejscowymi mediami i osobami odpowiedzialnymi za działalność kulturalną, umówił nas na spotkanie z dziennikarzami miejscowej telewizji. Powiedział, że spotkanie ma się odbyć o godz. 13oo. Było jeszcze trochę czasu. Zmarznięty, chciałem już iść do gmachu siedziby telewizji. Okazało się jednak, że redaktorzy chcą nakręcić kilka ujęć w parku. Dobrze, wytrzymam jeszcze tych kilkanaście minut w chłodzie – pomyślałem. Punktualnie w umówionym miejscu zjawili się: operator z kamerą i redaktorka z mikrofonem. Postanowiono przeprowadzić wywiad na ławeczce w parku. Uprzedziłem młodą, sympatyczną dziewczynę trzymającą w ręku mikrofon, że mój rosyjski nie jest najlepszy. Z pełnym wdzięku uśmiechem odparła, że poradzimy sobie. Jednak denerwowałem się, jak to będzie. Będą zadawane pytania, czy ja wszystko zrozumiem, o co mnie będą pytać? Kilka ujęć na ławce, zmiany pozycji, kilka ustawień kamery i zaczęło się. Nie było źle. Doskonale rozumiałem, o co mnie pytano i myślę, że chyba dość zrozumiale odpowiadałem. Jak zwykle pytania dotyczyły celu mojej podróży, kim byli moi przodkowie, gdzie bywałem w Rosji, jakie mam plany, jakie są moje wrażenia z pobytu w Rosji. Pytano mnie również, gdzie mieszkam, jak mi się żyje. Wszystko to nie trwało zbyt długo. Na ławeczce z redaktorką siedzieliśmy trochę ponad pół godziny. Widziałem, że była zadowolona z nakręconego materiału. Przyjechała Katia swoją mazdą 626. Jak zwykle przyjechała z synkiem. Był za mały, żeby mogła oddać go do przedszkola, a zapewne i swoich znajomych nie chciała za bardzo obarczać opieką. Pomyślałem, że trudno jej się żyje. Zajechaliśmy jeszcze po córeczkę do przedszkola. Popołudnie przesiedzieliśmy w mieszkaniu Katii. Na zewnątrz było chłodno i zaczął padać deszcz. Zrobiłem małą przepierkę. Katia przygotowywała obiad, a raczej obiadokolację. Zaproponowałem, że może coś pomogę. Spotkałem się ze wzrokiem, który gdyby miał takie możliwości, zastrzeliłby. Zająłem się więc zabawianiem malucha. Obiad był gotowy. Podano mielone kotlety z gatunku ryby występującej tylko w tym rejonie, kaszę jęczmienną polaną roztopionym masłem i mizerię z ogórków. Potem herbata. Wieczorem przyszła pacjentka na masaż. Potem jeszcze trochę posiedzieliśmy przy herbacie. Rozmawialiśmy o jej pracy, o moich wrażeniach ze Słobodzka. Wspomniałem, ze nie znalazłem zbyt wielu śladów po swoich przodkach. Przede wszystkim chciałem zlokalizować miejsce ich mieszkania, znaleźć ślad po Marii Zubelewicz-Rybak. Niestety, nie udało się. Kostia nie chciał mi powiedzieć lub nie wiedział, gdzie jest stary cmentarz. Może już nie istniał, a on wstydził się tego faktu. Chciałem uzyskać informację, kiedy umarła i gdzie została pochowana Maria. Wiedziałem, że umarła bardzo młodo, przy narodzinach pierwszego dziecka. Zresztą maleństwo również nie przeżyło. Chciałem podziękować Katii za pomoc w Słobodzku. Pomyślałem, że zostawię jej trochę pieniędzy. Ponownie spotkałem się z „zabijającym” wzrokiem. Miałem również wyrzuty sumienia, że nie kupiłem w mieście czegokolwiek dzieciakom. Nie przyszło mi to do głowy. Pomyślałem – wyślę paczkę z Olsztyna z jakimiś drobiazgami dla dzieciaków. Adres do niej znałem. Wieczorem zatelefonowałem do Kirowa, do księdza, aby spróbować umówić się na spotkanie. Nie miał zbyt wiele czasu na rozmowę. Powiedział jedynie, że na plebanii nie ma żadnych dokumentów. Wspomniałem jeszcze, że mam zamiar w Kirowie zajść do archiwum. Okazało się, że jeden z jego parafian jest pracownikiem archiwum. Podał mi do niego numer telefonu. Po raz pierwszy w trakcie podróży po Rosji poczułem, że jestem już nieco zmęczony. Przecież od dwóch tygodni, dzień w dzień coś się działo. Podróże, noclegi w różnych miejscach, rozmowy ze spotkanymi ludźmi. Szczególnie rozmowy były dla mnie dość trudne. Mały zasób słownictwa sprawiał, że musiałem się mocno gimnastykować, aby przekazać to, co chciałem powiedzieć, opowiedzieć. Zdarzało się również, że czegoś nie rozumiałem, co do mnie mówiono. Zawsze jednak mogłem poprosić o powtórzenie, albo żeby powiedziano trochę inaczej. Do tej pory plan podróży, jaki założyłem przed wyjazdem, wykonywałem w pełni. Byłem w tych miejscach, w których chciałem być.

 

27 sierpnia (środa)


Rano po śniadaniu, Katia z dziećmi odprowadziła mnie do przystanku autobusowego. W Kirowie wysiadłem w miejscu, które już znałem. Zaszedłem do hotelu, w którym wcześniej nocowałem. Okazało się, że tanich miejsc tym razem nie było. Były miejsca za 2400 rubli i droższe. Było to dla mnie nie do przyjęcia. Postanowiłem zadzwonić do księdza, ale on nie odbierał. Zatelefonowałem do parafianina kościoła rzymsko-katolickiego wskazanego przez księdza. Umówiłem się na spotkanie. Poprzednim razem, gdy byłem w Kirowie, podano mi adres archiwum. Pojechałem tam autobusem. Okazało się jednak, że pracuje on w innym oddziale, po drugiej stronie miasta. Plecak na plecy i ponownie do autobusu. W końcu trafiłem do niego. Ów pan rozumiał trochę po polsku. Zdziwiłem się. Opowiedział, że kilkakrotnie był w Polsce z pielgrzymkami. Ja natomiast zacząłem opowiadać o celu podróży i obecności w Kirowie. Pokazałem swoje notatki dotyczące pradziadów. Pokazałem również skany zdjęć wykonanych w Kirowie z wizerunkami mojego dziadka i jego sióstr. Na zdjęciach był podany adres ówczesnego studio fotograficznego: „уголь Московская и Вознесенская ул. д. Лавров”. Zapytałem, czy orientuje się, gdzie to jest. Na mapie dokładnie mi wskazał to miejsce. Jednak w sprawie ewentualnych archiwaliów, stwierdził, że nie bardzo mi może pomóc, ponieważ pracuje w dziale historii współczesnej. Powiedział, że powinienem pojechać z powrotem i udać się
prosto do dyrektora archiwum. Pomyślałem – ale sobie pokrążę po Kirowie z plecakiem! Ale co robić? Jednym z podstawowych celów, jaki miałem zrealizować w Kirowie, była obecność w archiwum. Przy okazji zapytałem o możliwość noclegu. Powiedział, że bywają wolne miejsca w parafii, na plebanii. Zadzwonił do parafii. Przekazał mi informację, że w parafii ktoś będzie dopiero po godzinie 18. Jeszcze raz zadzwoniłem do księdza. I tym razem bez skutku. Pojechałem na dworzec kolejowy zostawić w przechowalni plecak. Okazało się, że przechowalnia ma przerwy w przyjmowaniu i wydawaniu bagażu. Niestety, musiałem czekać. Podobnie było z dworcową toaletą. Godzinna przerwa w środku dnia. Jeżeli ktoś nie ma mocnych zaworów, zmoczy sobie spodnie, albo... Zaszedłem do kas biletowych. Chciałem kupić bilet do Moskwy na piątek. Kolejka była spora. Po pół godzinie dotarłem do okienka. Kasjerka zapytała, gdzie i kiedy chcę jechać? Te pytania zrozumiałem, ale potem zaczęła mnie pytać tak szybko i dla mnie niezrozumiale o inne rzeczy, że nie wiedziałem, o co chodzi. Z pomocą przyszła mi młoda kobieta stojąca za mną. Zaczęła tłumaczyć to, o co pytała kasjerka. O dziwo, to co mówiła ta sympatyczna młoda osoba rozumiałem doskonale i ona mnie rozumiała. W końcu dowiedziałem się, że chodzi o to jaką klasą chcę podróżować i czy na korytarzu, czy w przedziale. Jak zwykle kupując bilet musiałem okazać swój paszport, ponieważ bilety są imienne. Kiedy stałem w kolejce, zatelefonował do mnie ksiądz. Bardzo się ucieszyłem. Miałem przeczucie, że może mi w wielu sprawach pomóc, a w szczególności poinformować mnie, gdzie można szukać ksiąg metrykalnych, gdzie się udać w sprawie noclegu. Zresztą miałem przy sobie namiot i pocieszałem się, że w razie czego rozstawię go gdzieś pod miastem, za czyimś pozwoleniem na jego podwórku. Ksiądz w pierwszych słowach powiedział mi, że nie będzie miał czasu dla mnie, ponieważ wyjeżdża do Moskwy. Wróci dopiero w piątek. Nie była to dla mnie najlepsza wiadomość. A ja w piątek również wyjeżdżałem do Moskwy, ale wieczorem. Zapytałem także, czy ksiądz wie, gdzie można w Kirowie tanio przenocować. Chwila zastanowienia i ciszy w słuchawce. Wreszcie usłyszałem: „Ja wyjeżdżam za kilka godzin. Do piątku będzie wolne moje mieszkanie w Kirowie. Zamieszka pan u mnie.” Ogromnie się zdziwiłem. Propozycja była zaskakująca i niebywale frapująca. Przystałem na nią. Ksiądz: „A gdzie pan jest teraz?” Stwierdziłem, że na dworcu kolejowym. „To będę za 15 minut.” Podałem informacje jak wyglądam, jak jestem ubrany i że mam plecak. Bez trudu mnie rozpoznał. Ksiądz był młodym człowiekiem, ubranym po cywilnemu. O jego profesji świadczyła jedynie koloratka. Wsiedliśmy w duży samochód van toyota i zawiózł mnie na osiedle mieszkaniowe na przedmieściach Kirowa. Osiedle starych bloków z lat 50-tych może 60-tych z dużą ilością zieleni. Podwórka między blokami raczej zaniedbane z wielkimi kałużami (było zimno i dość mokro). Gdzieniegdzie chodniki, ale trawników raczej nie było. Dużo ścieżek wydeptanych przez mieszkańców, bo zapewne trakty chodnikowe nie były ułożone w dogodnych miejscach dla przechodniów. Mieszkanko niewielkie na pierwszym piętrze w czteropiętrowym bloku. Dwa niewielkie pokoje, kuchnia, łazienka. Ksiądz pokazał mi, co gdzie mogę znaleźć i żebym się nie krępował używając naczyń i tego co jest w lodówce. Wskazał pokój, który mogę zająć. Podał mi świeżą pościel. Poprosił mnie, abym jeszcze z nim wyszedł na zewnątrz. Pokazał mi, gdzie są sklepy, bar, przystanek autobusowy, z którego mogę dostać się do centrum. Wręczył mi klucze od mieszkania. Powiedział, że będzie w piątek rano i że skontaktuje się ze mną. Pożegnał się i odjechał. Na chwilę wróciłem do mieszkania, rozpakowałem się, umyłem i poszedłem coś zjeść do wskazanego baru. Przyzwyczaiłem się do wystrojów barów jakie odwiedzałem. Wszystkie wyglądały jak w Polsce z czasów gomułkowskich czy gierkowskich. Ten był podobny. Ważne, że było co zjeść i nie krzywiłem się. Wsiadłem do trolejbusu linii 4 i pojechałem do centrum. Nie marnując czasu, zacząłem szukać kamienicy na rogu ulic, w której mieścił się zakład fotograficzny na przełomie XIX i XX wieku. Bez większego trudu znalazłem. Było to kolejne miejsce, które chciałem odnaleźć podczas swojej podróży po Rosji. Przecież w tej kamienicy bywali moi przodkowie, stąpali po schodach, wchodzili do środka. Może osoby postronne uznałyby ten fakt za banał, ale ja tym żyłem, chciałem trochę choćby w taki sposób być ze swoimi przodkami. Była to stara okazała kamienica w centrum Kirowa.

 

ROSJA 12
Kirov, dawniej Wiatka. W tym budynku fotografowała się rodzina mojego pradziada.

Podobnie jak w Kazaniu i tutaj było widać, że pradziad nie chodził fotografować siebie i rodziny do podrzędnych fotografów. Bardzo byłem szczęśliwy, że odnalazłem to miejsce. Obchodziłem je kilkakrotnie. Wróciłem do mieszkania. Przedtem kupiłem trochę produktów na kolację i śniadanie. Okazało się, że dzień był bardzo udany: niespodziewana propozycja zakwaterowania i odnalezienie atelier fotograficznego.

 

28 sierpnia (czwartek)


Rozpoczął się piętnasty dzień pobytu w Rosji. Otworzyłem oczy i wydawało mi się, że mogę jeszcze poleniuchować w łóżku. Na zewnątrz było bardzo szaro i miałem wrażenie, że jest jeszcze wczesna godzina. Nie, było już po siódmej, ale niebo zasłaniały ciemne ołowiane chmury, z których rzęsiście padało. Trochę mnie to zmartwiło. Przecież miałem w planach włóczenie się po mieście i co najważniejsze, zajechanie do archiwum. Deszcz lał do dziesiątej. Czekając aż nieco poprawi się pogoda, z okna obserwowałem ulicę. Woda płynęła całą szerokością. Tutaj, jak i w Moskwie nie zauważyłem, żeby była kanalizacja burzowa. Koło dziesiątej tym razem wyruszyłem do archiwum trolejbusem linii nr 1. Nie miałem problemów z poruszaniem się po Kirowie. Miałem podręczny plan miasta z zaznaczonymi liniami komunikacyjnymi. W trolejbusie wytłumaczono mi, kiedy mam wysiąść. Zresztą, już raz byłem koło archiwum i mniej więcej kojarzyłem to miejsce. Wszedłem do środka budynku archiwum. Na parterze bramki reagujące na metalowe przedmioty, obok stojący strażnik. Odezwał się przyjaźnie – w czym mogę pomóc? Byłem przygotowany na to, że mam udać się prosto do dyrektora, więc mówię, że chcę się spotkać z dyrektorem archiwum. Kiedy przechodziłem przez bramkę, zadzwoniła. Musiałem zdjąć jeszcze zegarek. Wcześniej wyjąłem kilka przedmiotów z kieszeni, ale zapomniałem o zegarku. Musiałem oczywiście jeszcze raz przechodzić przez bramkę. W końcu wartownik wytłumaczył mi jak trafić do sekretariatu, do dyrektora. Dotarłem. Za biurkiem w sekretariacie siedziała młoda dziewczyna. Grzecznie zapytała – co mnie sprowadza? Na wieść, że chciałbym spotkać się z dyrektorem, poprosiła, żebym chwilę zaczekał, ponieważ musi zapytać, czy zostanę przyjęty. Nie trwało to długo. Po chwili dowiedziałem się, że zostanę przyjęty, ale muszę jeszcze chwilę poczekać. Usiadłem na korytarzu i czekałem na sygnał. Korzystając z wolnej chwili sprawdziłem, czy zabrałem ze sobą dokumenty, które przygotowałem na tą okoliczność jeszcze w Lamkowie. Był to życiorys pradziada Michała w języku rosyjskim, skany zdjęć z okresu, kiedy mieszkał w Słobodzku. Po kilkunastu minutach otrzymałem sygnał, że oczekuje mnie pani dyrektor. Cały czas miałem wrażenie, że dyrektorem jest mężczyzna. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że zza biurka wyszła kobieta w wieku ok. czterdziestu kilku lat. Wyciągnęła w moim kierunku rękę na znak powitania, a ja swoim zwyczajem ucałowałem ją. Bardzo była zdziwiona takim gestem z mojej strony. Miłe wrażenie zrobiła na mnie ta osoba. Zasiedliśmy i oczywiście padło pytanie, jaka sprawa mnie sprowadza do archiwum. Wyciągnąłem swoje papierzyska. Zacząłem tłumaczyć swoją obecność w achiwum, obecność w Kirowie, w Słobodzku i w Rosji. Chyba panią dyrektor zainteresowałem swoim opowiadaniem. Przejrzała przedstawione jej dokumenty i powiedziała, że najprawdopodobniej znajdą się jakieś dokumenty dotyczące mojej rodziny. Słowa te mocno mnie podbudowały. Zapytała jak długo będę w Kirowie. Powiedziałem, że jeszcze jeden dzień. Powiedziała mi, że jest ustalona procedura szukania i ewentualnego przekazania odpisów znalezionych dokumentów. Jeden dzień to za mało, aby móc cokolwiek odnaleźć. Zaproponowała, że jest możliwość wysłania odpisów dokumentów do Polski. Musiałem jednak napisać stosowne podanie z prośbą o odnalezienie dokumentów dotyczących mojej rodziny. Do gabinetu dyrektorki został zaproszony jeden z pracowników archiwum. Pani dyrektor przekazała mu moje papiery z informacjami o przodkach. W sekretariacie, na dobrą sprawę sam pracownik archiwum napisał podanie o odszukanie archiwaliów, a ja tylko podpisałem się. Pani dyrektor uprzedziła mnie także, że o ile znajdą się jakieś dokumenty, powiadomią mnie e-mailem, że są i jaki jest koszt usługi odszukania i wysłania. Dopiero po otrzymaniu przez archiwum opłaty, wyślą mi odpisy. Wszystko zrozumiałem i przystałem na sposób załatwienia sprawy. W archiwum byłem około godziny. Po wyjściu postanowiłem wrócić do mieszkania i wziąć aparat fotograficzny, który wcześniej zapomniałem zabrać. Pogoda stale zmieniała się. Tym razem zaczął wiać dość zimny wiatr. Nie bardzo byłem zdecydowany jak się ubrać na chodzenie uliczkami i skwerami Kirowa. Nie było również pewne, czy przypadkiem nie zacznie padać deszcz. Nawet kilkakrotnie wracałem się zaraz po wyjściu zmieniając odzienie. W końcu postanowiłem nałożyć bluzę polar, a na wierzch kurtkę ortalionową. Takim sposobem byłem zabezpieczony przed zimnem i deszczem. Tym razem w Kirowie chciałem obejrzeć przede wszystkim obiekty sakralne i miejsca, które wydawały mi się najstarsze w mieście. Jak już kilkakrotnie wcześniej wspominałem, zależało mi na miejscach, które być może nie uległy zmianie od okresu, w którym żyli pradziadowie. Przy sobie miałem jedynie plan miasta, ale nie miałem przewodnika, toteż kierowałem się intuicją. Wsiadłem do trolejbusu i dojechałem do centrum do ul. Карoла Маркса. Jedna z dwóch głównych ulic miasta. Zacząłem rozglądać się, gdzie są cerkwie. Łatwo można było je dostrzec po złoto-błyszczących kopułach. Po drodze natknąłem się na ściankę, na której umieszczono kilkadziesiąt fotografii osób wyróżnionych za działalność społeczną, zawodową lub w jakiś inny sposób dla miasta Kirow. Zresztą podobne ściany widywałem wcześniej w innych miastach. Widać, że musi to być jeden ze zwyczajów w Rosji, który przedstawia współcześnie zasłużone osoby. Obszedłem dookoła (chyba) główny plac miasta, przy którym stał potężny budynek siedziby władz Kirowa. Nieodzownie, na placu stał pomnik Lenina oraz kilka luksusowych limuzyn. Przypadkiem trafiłem na pomnik Fiodora Iwanowicza Szalapina – słynnego, może
najsłynniejszego śpiewaka rosyjskiego żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Nie znalazłem nigdzie informacji, dlaczego pomnik tego artysty został postawiony w Kirowie. Przypomniało mi się, jak Oleś (wuj z Olecka urodzony w Moskwie w 1903 r.) czasem opowiadał o tym, jak Szalapin entuzjastycznie był witany w Moskwie, gdy zjawiał się na występach w operze. Spacerując zauważyłem, że zabudowa centrum miasta jest mocno zróżnicowana. Jest trochę starych XIX-wiecznych murowanych budynków, które są poprzedzielane drewnianym budownictwem. Pomyślałem sobie, że przecież przez Kirów nie przechodziły fronty I ani II Wojny Światowej. Może było trochę napięć związanych z Rewolucją Październikową. Tak więc, co miało zniszczyć stare budownictwo? Zabudowa również nie jest ułożona w jakąś całość urbanistyczną. Podejrzewam, że część starych domów sama „zapadła się pod ziemię”, częściowo były rozbierane, aby postawić nowe przez bogatych w tamtych czasach. Większość obiektów jest jednak zaniedbana, wymagająca odnowienia, pomalowania, a najprawdopodobniej po prostu zadbania przez gospodarza. Cały czas chodzą mi go głowie słowa Aleksandra: w Rosji nie ma dla kogo konserwować, odbudowywać, nie ma turystów, nikt z Rosjan nie chce zwiedzać Rosji. Może właśnie dlatego tak wyglądają miasta poza Sankt Petersburgiem i Moskwą. W Kirowie ludzie poubierani byli jak wszędzie w Europie. Wiele marek samochodów jeżdżących ulicami, nie różni się od tego, co widziałem w Polsce czy Europie Zachodniej. Chodząc po Kirowie, jak wspomniałem wcześniej, chciałem zobaczyć kilka cerkwi. Dla Polaka żyjącego w Polsce, gdzie w zdecydowanej większości kościoły są kościołami katolickimi wyznania rzymskokatolickiego, cerkwie są pewną rzadkością. Stąd moje zainteresowanie cerkwiami. Z dala postrzegłem złocące się kopuły na wieżach cerkwi. Podszedłem bliżej i okazywało się, że mieści się w niej siedziba klubu sportowego Dynamo Kirow. Nie mogłem wejść do środka, a zresztą po co? Udało mi się wejść do innej, która częściowo była po pożarze. W tym dniu nie miałem okazji zobaczyć wielu świętych miejsc. Poszedłem dalej i znalazłem miejsce, starą ulicę, z której wykonano niezbyt długi deptak. Były tam bary, kafejki i sklepiki z regionalnymi gadżetami, pamiątkami. Postanowiłem kupić trochę pamiątek rodzinie. W jednym ze sklepików usłyszałem, że na tej ulicy w lipcu odbywała się prezentacja polskich filmów. Trochę zdziwiłem się, ale zrobiło mi się przyjemnie słysząc o takim wydarzeniu. Deptakiem dotarłem do promenady nadrzecznej, nad rzeką Wiatka. Ścieżka spacerowa ciągnąca się kilka kilometrów wyłożona polbrukiem, z barierką zabezpieczającą spacerowiczów przez ześlizgnięciem się i upadkiem z wysokiej skarpy, ławeczki, tarasy widokowe. Całość pomyślana ze smakiem, bo ładne widoki i dość starannie wykonane. Jednak i tutaj zdarzyły się niedopatrzenia. Wzdłuż ciągu spacerowego stała stara, jakby porzucona kamienica. Jej widok zupełnie nie pasował do całej reszty. Mogliby przynajmniej poprawić estetykę elewacji. Po drodze spotkałem dwie spacerujące młode dziewczyny. Poprosiłem, aby zrobiły mi zdjęcie na tle doliny rzeki. Chętnie zgodziły się, ale nie chciały, abym ja je sfotografował, ani żeby mi towarzyszyły na zdjęciu. Spacerując, zwróciłem uwagę, że nie widzę ptactwa wodnego na rzece ani w pobliżu rzeki. Nie było kaczek, mew... Czyżby w rzece nie było ryb? Przecież nad rzekami w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu pływającego i latającego ptactwa jest pełno. Nie było jeszcze zbyt późno. Zaszedłem do Muzeum „Краеведческий Музей”. Pokaźną część ekspozycji stanowiły wykopaliska z przełomu III i IV wieku znalezione w okręgu kirowskim. Były też eksponaty etnograficzne oraz inne przedmioty głównie z okresu od XVII do XX wieku. Mnie jak zwykle zainteresowały zdjęcia wykonane na przełomie XIX i XX wieku. Namiętnie je fotografowałem, ponieważ nie było czasu na dokładne im przyglądanie się. Ponieważ robienie zdjęć było utrudnione (odbicia świateł na szkle w ramkach) zapytałem obsługę, czy muzeum posiada wersje elektroniczne wystawionych zdjęć. Niestety, odpowiedziano mi, że nie mają. Zrobiło się późne popołudnie. Byłem już zmęczony całodziennym chodzeniem po mieście. Pojechałem do mieszkania. Po drodze zrobiłem zakupy na obiadokolację. Mrożone pielmieni tatarskie, chyba podobne do tych, którymi raczono mnie dotychczas w różnych domach. Dodatkowo zaopatrzyłem się w pieczywo, w coś do chleba, trochę owoców i nieodzowny w Rosji kwas chlebowy. Dobrze gasi pragnienie. Od czasu wyjazdu z Orenburga sam podróżuję po Rosji Jednak cały czas mam z kimś kontakt. Wieczorami dzwonią do mnie osoby, które poznałem wcześniej i pytają jak sobie radzę. Dzisiaj na przykład dzwoniła Katia ze Słobodzka. Jest to bardzo miłe, że interesuje ich mój los. Między innymi pytała, jakie mam plany na następne dni. Wymieniłem, co jeszcze chciałbym zobaczyć, gdzie być i wspomniałem o Kałudze. Powiedziała, że w Kałudze ma znajomych, przyjaciół i chętnie zarekomenduje mnie. Niesamowita jest życzliwość Rosjan.

 

29 sierpnia (piątek)


Ostatni dzień pobytu w Kirowie. Obudziłem się dość wcześnie. Niebo zachmurzone, ale od czasu do czasu wyglądało słońce. Od rana czekałem na telefon od księdza. Umówiliśmy się, że da znać jak wróci z Moskwy. Zjadłem śniadanie, włączyłem telewizor. Pogoda, niestety, zaczęła się jeszcze bardziej psuć. Koło godziny 10 odebrałem telefon od księdza. Kilkanaście minut później przyjechał. Zaproponował, że pokaże mi cerkwie w Kirowie. Ucieszyłem się, ponieważ w poprzednim dniu próbowałem to zrobić, ale nie miałem szczęścia i niewiele widziałem. Spakowałem i zabrałem swoje rzeczy i wsiedliśmy do samochodu księdza. W pierwszej kolejności zaproponował, że pokaże mi dom opieki prowadzony przez parafię. Był to dom dla samotnych matek z dziećmi do 1,5 roku życia. Matki z dziećmi przebywają nieodpłatnie. Parafia pokrywa większość kosztów utrzymania tej placówki, przede wszystkim z datków wiernych. Od władz miasta, podobno, wsparcie finansowe jest bardzo symboliczne. Ksiądz opowiadał, że była cała batalia z władzami miejskimi o usankcjonowanie tej placówki i udostępnienie miejsca na jej prowadzenie. Weszliśmy do środka. Powitała nas kobieta, widać było, że zajęta swoimi pracami. Była to kierowniczka placówki. Jak wynikało z opowieści księdza, w ośrodku była ona jednocześnie kierownikiem, opiekunem przebywających tam osób, intendentem. W momencie, kiedy weszliśmy do środka, nie było zbyt wiele osób. Kręciło się kilka kobiet z maluchami. Dowiedziałem się, że w obecnej chwili pod opieką było 8 matek z maleństwami. Pokazano mi pomieszczenia, w jakich żyją i przebywają podopieczni. Było czysto. Wyposażenie skromne, ale odniosłem wrażenie, że praktycznie było wszystko, co było niezbędne podopiecznym. Zapytałem się, czy podopieczne po wyjściu z Ośrodka, mają dalej kontakt z tym miejscem i odwrotnie? Kierowniczka powiedziała, że różnie to bywa. Czasami jest tak, że ich pobyt przedłuża się o kilka miesięcy, ale najczęściej kontakt z nimi urywa się. Przez głowę przeszła mi myśl, że może podzielić się informacją o tym miejscu w Polsce np. w Starostwie Powiatowym w Olsztynie, może chcieliby również współpracować? W tym celu zabrałem z sobą kilka ulotek z adresem i telefonami. Pojechaliśmy z księdzem na plebanię, która mieściła się niedaleko dworca kolejowego. Otaczało ją wysokie ogrodzenie zrobione ze szczelnie zbitych ze sobą desek. Podwórze wylane płytą cementową, raczej zaniedbane. W środku kilka pomieszczeń. Jedno z kilkoma ławkami z przeznaczeniem, jako kapliczka dla wiernych. Pozostałe pomieszczenia były przeznaczone na lokal mieszkalny. Ogólnie ciemno i raczej przytłaczająco. Wypiliśmy kawę, trochę rozmawialiśmy o tym jak żyje się w Rosji, o mentalności Rosjan. Dowiedziałem się, że Rosjanie na nic nie narzekają. W sklepach jest prawie wszystko, mają co zjeść, w co ubrać się, mają swojego wodza, któremu ufają. W trakcie rozmowy doszliśmy wspólnie do wniosku, że fakty historyczne przekazywane przez media teraz oraz w przeszłości, na ogół nie są obiektywne. Dokładnie opowiedziałem o swoich celach podróży, ale widziałem, że księdza nie bardzo to interesowało. Pojechaliśmy zwiedzać cerkwie w Kirowie. Ksiądz trochę opowiadał mi o nich, pokazywał ciekawe miejsca, ale niewiele z tego zapamiętałem. Między innymi pokazał mi ławeczkę, na której często snuje swoje przemyślenia. Fakt, cichy, uroczy kącik przy jednej z cerkwi. Innym razem pokazał przy innej cerkwi stare pomniki nagrobne popów. Wchodziliśmy do większości świątyń. Nie zauważyłem w żadnej z nich starego oryginalnego wystroju. Budowle były stare, ale wnętrza wyposażone współcześnie. Zaprosiłem księdza na obiad. Poprosiłem jednocześnie, aby wskazał lokal, gdzie możemy spokojnie usiąść i dobrze zjeść. Nie znałem na tyle Kirowa, aby samemu zaproponować miejsce. Przejechaliśmy pół miasta i znaleźliśmy się w ni to barze, ni to restauracji opodal dworca kolejowego. Trochę mnie to zaskoczyło. Samoobsługa, stoliki świetlicowe bez przykrycia stołu. Pomyślałem, trudno, był to wybór księdza. Może chciał zamanifestować skromność? A może innych lepszych lokali nie było? W każdym razie ksiądz stwierdził, że tutaj bardzo smacznie dają jeść. Jak wszędzie, gdzie stołowałem się, chciałem zjeść coś rosyjskiego, regionalnego. Tak było i tym razem. Ksiądz nie umiał mi podpowiedzieć, co jest potrawą charakterystyczną dla tego regionu. Stwierdził, że wszystko, co tutaj można zjeść jest rosyjskie, tutejsze. Zamówiłem bliny z mięsiwem ostro przyrządzonym. Owszem, było smaczne. Rozstaliśmy się przed godziną osiemnastą. Poszedłem na dworzec zostawić w przechowalni plecak. W międzyczasie telefonowała Lena, u której nocowałem w Kilmiez. Powiedziała, że jest w Kirowie i chciałaby się spotkać ze mną. Do Kirowa przyjechała w jakiś swoich sprawach. Pociąg do Moskwy odjeżdżał o godz. 20:30. Było więc trochę czasu. Spotkaliśmy się w tym samym barze/restauracji, w której jadłem obiad z księdzem. Posiedzieliśmy godzinę przy rozmowach o jej pracy i tym jak poznała Katię ze Słobodzka, o tym jak jest w Polsce, a jak w Rosji. Lena tego dnia jechała jeszcze do Słobodzka do Katii i tam miała nocować. Odebrałem swój bagaż. Hala dworcowa była w trakcie remontu. Odnowione były już toalety. Wyglądały całkiem przyzwoicie. Zwróciłem uwagę, że w kabinach do załatwiania tzw. cięższych spraw nie było sedesów. Sprawy załatwiało się w pozycji kucznej (toaleta turecka). Niby remont, wszystko nowe, a tutaj takie niedopatrzenie. Być może było to celowo zrobione, może łatwiejsze do sprzątania, może trudniejsze do zniszczenia, ale zupełnie nie pasowało to moich wyobrażeń o standardzie tego typu pomieszczenia. W poczekalni ławki z siedziskami wykonanymi z metalowej siatki. Na końcu pomieszczenia za wysoką ladą stała w czapeczce zakrywającej włosy kobieta. Można było zjeść ciepły posiłek, wypić kawę, herbatę lub coś zimnego. Było czysto. Przed wejściem do poczekalni trzeba było okazać bilet kolejowy. Kiedy czekałem na przyjazd pociągu, w poczekalni pojawił się trochę podpity mężczyzna w średnim wieku. Zaczął rozmawiać nieco głośniej ze swoim kolegą siedzącym na jednej z ławek. Natychmiast pojawiło się dwóch mundurowych i osobnika wyprowadzono. Był to drugi przypadek, podczas mojego pobytu w Rosji, że w miejscu publicznym widziałem podchmielonego człowieka. Pociąg przyjechał punktualnie. Kirow żegnał mnie deszczem. Przed wejściem do wagonu stała procedura, sprawdzanie biletu wraz z dokumentem tożsamości. W wagonie nr 3 zacząłem rozglądać się, gdzie jest moje miejsce oznaczone numerem 9. Okazało się, że tym razem zajmowałem miejsce w przedziale na piętrze. Oczywiście leżała na leżance zapakowana hermetycznie czysta pościel z ręcznikiem, był materac, koc i poduszka. Plecak schowałem pod dolną leżanką. W przedziale oprócz mnie były jeszcze trzy młode osoby: dwóch mężczyzn i kobieta. Na imię im było Ludmiła, Alosza i Siergiej. Wszyscy jechali do Moskwy. Dwójka z nich miała się przesiąść w Moskwie i jechać dalej do rodziny. Trzeci jechał w poszukiwaniu pracy. Był operatorem ciężkiego sprzętu budowlanego. Wszyscy mówili, że na prowincji, bardzo trudno o pracę, a w Moskwie zawsze coś się znajdzie. Był wieczór i czas na kolację. Każdy z nich wyjął to, co miał ze sobą do jedzenia. Jedni mieli kanapki, ciasto wypiekane w domu, a Alosza wyjął racuszki z ciasta drożdżowego i inne frykasy przygotowane przez jego mamę. U mnie z zapasów zabranych z Polski nie- wiele pozostało. Wyciągnąłem zupki firmy „Winiary”. Nauczony doświadczeniem w poprzednich podróżach wiedziałem, że wszystko co się miało do jedzenia wypadało wyłożyć na stół i zaproponować wspólne spożywanie. Obrazą dla współtowarzyszy podróży byłaby odmowa spróbowania tego, co znalazło się na stoliku. Więc oni spróbowali polskie zupki, a ja jadłem to, co wystawione było przez pozostałych współpodróżnych. Miły zwyczaj, na pewno pomagający w nawiązaniu na czas podróży znajomości. Przecież podróże pociągiem w Rosji nie trwają krótko. Jedzie się kilkanaście godzin, a przy większych odległościach nawet do tygodnia. Jeszcze chwila rozmów i przyszedł czas na przygotowanie się do snu. Rozściełanie pościeli. Z doświadczenia już wiedziałem, że na wierzchu plecaka należy mieć przygotowaną piżamę i przybory do mycia. Przed godziną 22:00, przed toaletą ustawiła się kolejka. Mamy z małymi dziećmi, osoby starsze i część pozostałych podróżnych spokojnie czekała na wejście do toalety. W wagonie toaleta jest jedna, a pasażerów pięćdziesięcioro kilkoro. O 22:00 jest gaszone światło. Przed zgaszeniem światła przez wagon przeszła konduktorka (opiekunka wagonu) zabrała śmieci, przeleciała wilgotną szmatą po podłodze w przedziałach i korytarzu. W wagonach rosyjskiej kolei naprawdę jest czysto. Pasażerowie nie brudzą wokół siebie i obsługa wagonu dba o czystość. Nie ma przykrych zapachów. Wagony są klimatyzowane. Zgasło światło i zapanował półmrok. Pozostały pojedyncze punkty oświetlające korytarz. Czyściutki, przebrany w piżamkę z przyjemnością położyłem się. Przecież w trakcie dnia trochę się nadreptałem.

 

30 sierpnia (sobota)


Dobrze mi się spało. Odpocząłem. Fakt, czasem łapałem się w nocy na tym, że wystają mi nogi poza leżankę, ale takie są te leżanki. Spojrzałem przez okno wagonu, a tam mokro. Rano, pani obsługująca wagon przeszła ciągnąc wózek z napojami, słodyczami i gadżetami. Oczywiście wszystko do kupienia. Poszedłem do wagonowego samowara (świetny wynalazek), wziąłem „podstakannik”, nalałem wrzątek do szklanki i zaparzyłem jedną z ostatnich, jakie mi pozostały torebek z herbatą. Powoli dojeżdżaliśmy do Moskwy. Trudno określić ile kilometrów, kilkanaście, czy kilkadziesiąt, przed Moskwą, ale ostatni odcinek drogi pociąg jechał bardzo wolno. Na peronie w Moskwie byliśmy punktualnie, co do minuty – 9:43. Przed wyjściem z wagonu pożegnaliśmy się ze współpasażerami. Miałem jeszcze jakieś drobne gadżety z Polski. Podzieliłem się nimi. Za każdym razem w takich sytuacjach widziałem, zaskoczenie Rosjan moją inicjatywą i ich wdzięczność. Ludmiła, Alosza i Siergiej przyglądali się otrzymanym ode mnie pamiątkom. Widziałem zadowolenie na ich twarzach. Na spotkanie ze mną, na dworzec przyjechał Aleksander. Wcześniej telefonicznie informowałem go, którego dnia, jakim pociągiem, w jakim wagonie przyjadę do Moskwy. Zresztą, przez cały czas mojej podróży po Rosji utrzymywaliśmy ze sobą kontakt telefoniczny. Aleksander zapytał mnie – czy chcę jechać do Kasziry odpocząć, czy jedziemy zwiedzać Moskwę. Wybór nie był trudny. Po podróży nie byłem zmęczony, więc po co jechać do Kasziry ok. 100 km, a potem wracać do centrum Moskwy? Postanowiłem powłóczyć się po mieście. Aleksander stwierdził – jedziemy zwiedzać Kreml. OK. – odparłem. Dwa tygodnie temu trochę chodziliśmy po Moskwie, ale wówczas dziedziniec Kremla był zamknięty. Teraz była doskonała okazja żeby coś więcej zobaczyć. Pojechaliśmy samochodem i zaparkowaliśmy na przeciwnym brzegu rzeki Moskwa w stosunku do Kremla. W dalszym ciągu pogoda nie rozpieszczała. Było dość chłodno, nad nami wisiały ciężkie chmury, z których co jakiś czas padał deszcz. Ruszyliśmy pieszo. Przechodząc przez most na drugą stronę rzeki, Aleksander pokazał mi pomnik Aleksandra Wielkiego – cara Rosji na fregacie. Wcześniej widziałem pomnik na różnych zdjęciach w publikacjach lub w filmach. Piękny pomnik. Nie podchodziliśmy bliżej, ale z pewnej odległości na tle ciężkich chmur na niebie, było co podziwiać. Weszliśmy na Plac Czerwony. Aleksander pokazał, którędy jeżdżą i wjeżdżają do Kremla rządowe samochody. Zapytałem, czy Putin urzęduje na Kremlu? Okazuje się, że jest na nim bardzo rzadko, jedynie przy oficjalnych spotkaniach i wyjątkowych sytuacjach. Więc co się mieści w budynkach wewnątrz Kremla poza obiektami muzealnymi? Rozlokowane są różne instytucje, kilka ministerstw – usłyszałem. Aby dostać się do środka za mury Kremla, należało wykupić bilety wstępu. Wcześniej, nikt nie dopuszczał mnie do płacenia w kasach biletowych. Tym razem uparłem się i postawiłem na swoim. Udało się. Kupiłem bilety wstępu dla nas obu. Poszliśmy w kierunku „Троицкой башты” – główne wejście. Przed wejściem stał na baczność żołnierz i pełnił wartę. Koło niego kręcili się turyści, robili zdjęcia przy nim, a on nic. Stał jak słup soli, nawet okiem nie mrugnął. Zupełnie tak jak wartownicy pełniący warty przed pałacem Buckingham, czy przed zamkiem Tower w Londynie lub Pomnikiem Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Nie wiem skąd wziął się ten zwyczaj, ale jest kultywowany w wielu miejscach świata. Weszliśmy do środka i skupiliśmy się na oglądaniu przede wszystkim cerkwi z zewnątrz i wewnątrz. Byliśmy w pięciu z nich. Wszędzie tłumy. W zdecydowanej większości były to wycieczki Azjatów. Z przodu przewodnicy z różnymi chorągiewkami, a za nimi próbowały nadążyć kilkudziesięcioosobowe grupy. Po wyglądzie turystów, można było się zorientować, że pochodzili prawdopodobnie z Chin, półwyspu Indochińskiego, może Hindusi. Powiem szczerze, że raz tylko usłyszałem małą kilkuosobową grupkę mówiącą po włosku. Rosjan raczej nie było zbyt wielu. Oglądając cerkwie mieliśmy trochę szczęścia. Udawało nam się przemykać od jednej do drugiej między opadami deszczu. W każdej z nich biło w oczy bogactwo wystroju. Pełno złota, pięknych ikon, bogato malowane ściany i sufity. Największe wrażenie zrobiła na mnie cerkiew Aleksandrowski Sobór. A co tak przykuło moją uwagę? Sarkofagi bojarów, kniaziów i carów pochowanych w tej świątyni począwszy od XIV wieku. Sarkofagi, które zostały wyjęte spod ziemi i ustawione na widok publiczny. Były pięknie rzeźbione, malowane, ale, co najważniejsze – oryginalne. Bardzo żałowałem, że nie można było fotografować. Wszędzie natomiast leżały darmowe pobrać ulotki ze zdjęciami i opisami poszczególnych obiektów. Nie obyło się oczywiście bez zobaczenia słynnej armaty Царь-пушка, którą wykonano w XVI wieku i była największa w tamtych czasach. Waży 39,5 tony oraz mierzy ponad 5 m długości.

 

ROSJA 13
Moskwa. Zwiedzanie Kremla. Stoję przed armatą Царь-пушка.

 

Podobno ani razu nie wystrzeliła. Inną niecodzienną atrakcją na Kremlu jest dzwon Царь-колокол. Potężny dzwon ważący 11,5 tony. Odlany w XVIII wieku. Otóż ten potężny dzwon również ani razu nie dzwonił. Podczas wciągania go na wieżę, zerwały się liny i upadając wyszczerbił się. Takim sposobem okazał się bezużyteczny. Trochę czasu upłynęło zanim obeszliśmy świątynie. Chwilę pospacerowaliśmy po ogrodach Kremla. Postanowiliśmy wracać do domu. Było już po siedemnastej. Aleksander proponował, że może coś zjemy, ale lepiej było jechać do domu. Nie byłem jeszcze na tyle głodny. Po drodze zajechaliśmy do marketu Auchan. Aleksander zrobił zakupy. Niespodziewanie zboczyliśmy z trasy i padła komenda – wysiadamy. Aleksander zatrzymał się przy barze szybkiej obsługi. Widać, jemu kiszki zaczęły coraz głośniej grać marsza. Bar, jak to takie bary w Rosji, nic nadzwyczajnego. Przypominały nasze bary z lat siedemdziesiątych. Fakt, łyżki i noże nie były przymocowane do stołu łańcuchami. Zjedliśmy zapiekanki. Aleksander doskonale radził sobie w kuchni. Nie pytałem skąd u niego takie umiejętności. Może, po prostu lubi gotować? Może zmusiła go do tego potrzeba? Przecież mieszkał sam. Zaproponowałem swoją pomoc. Nie chciał o niej słyszeć. Wziąłem, więc prysznic, przebrałem się w coś lżejszego. Poszedłem do pokoju uporządkować rzeczy w plecaku. Koło godziny 20:00 kolacja była gotowa, a w zasadzie obiadokolacja. Na talerzach pojawił się pieczony kurczak z ryżem i surówką. Do kolacji wypiliśmy po kieliszku rosyjskiej wódki. Była doskonała okazja opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach, jakie miałem po dwóch tygodniach podróżowania. Widziałem, że Aleksandra bardzo interesowały moje wrażenia z wędrówki po Rosji. Bilet lotniczy na powrót do Polski miałem wykupiony na dzień 3 września. Zostało kilka dni pobytu w Rosji. Miałem jeszcze w planie pojechać śladami internowania, a następnie pobytu w obozie pracy mojego Taty w latach 1944 – 1945. Wspomniałem o tym Aleksandrowi. Aleksander oburzył się: „Jaki obóz pracy?”. Zacząłem mu tłumaczyć, jak to wyglądało, jak pracowali polscy żołnierze AK (partyzanci) wywiezieni z lasu spod Wilna. Widziałem, że nie do końca dawał wiarę mojemu opowiadaniu. Powiedziałem, że chciałbym zajechać do Kaługi, zobaczyć koszary, gdzie przebywał Tata. Aleksander stwierdził, że Kaługa jest zupełnie nowym miastem. Nie ma tam już starej zabudowy, że nie ma sensu tam jechać. Na mapach w Internecie zaczęliśmy szukać usytuowania Serednikowa. Znaleźliśmy. Faktycznie, wkoło tej wioski były duże przestrzenie leśne. Obóz jednak nie był w wiosce, lecz w lesie. Aleksander zwrócił uwagę na niewielką niezalesioną przestrzeń. Doszliśmy do wniosku, że to miejsce trzeba będzie sprawdzić. Jeszcze nie bardzo wiedziałem, jak dostanę się do Serednikowa. Tutaj z propozycją wyszedł Aleksander – zawiozę Ciebie. Sam jestem ciekawy tego miejsca. Odniosłem wrażenie, że cały czas nie bardzo ufał moim opowiadaniom o obozie pracy i sam chciał na własne oczy zobaczyć to miejsce. Aleksander zapytał mnie, co planuję robić następnego dnia? On niestety nie może mi towarzyszyć. Musi z samego rana jechać do Moskwy. Ma dyżur. Uzgodniliśmy, że pojadę do Moskwy, ale nieco później. Chciałem samodzielnie pokręcić się po mieście. W związku z tym zaproponował, że zostawi mi klucze. Przygotował mi plan Moskwy. Wytłumaczył jak i czym najłatwiej dostać się do centrum miasta. Był już późny wieczór. Zbliżała się północ. Poczułem zmęczenie. Mycie ząbków i do łóżka.

 

31 sierpnia (niedziela)


Obudziłem się, a Aleksandra już nie było. Wykąpałem się, zrobiłem sobie śniadanie. Popatrzyłem jeszcze raz w swoje notatki i na mapę, aby przypomnieć jak mam dojechać do centrum Moskwy. Nie było zbyt ciepło, ale ważne, nie padało. Wyszedłem z domu koło godziny 11:00. Udałem się na przystanek autobusu. Podróż miałem rozpocząć od jazdy autobusem linii podmiejskiej nr 381. Aleksander wczoraj powiedział, że autobusy tej linii kursują z częstotliwością co 40 minut i żebym pamiętał, że ostatni autobus wyjeżdża z Moskwy o dwudziestej. Na przystanku czekałem dosyć długo. Widocznie tuż przed moim przyjściem odjechał. Czekając, kupiłem w kiosku obok plan Moskwy. Kupiłem, ponieważ ten, który pozostawił mi Aleksander był duży, nieporęczny. W końcu autobus nadjechał. Wsiadłem, aby dojechać do końcowego przystanku, gdzie w pobliżu miała znajdować się stacja metra. Znalazłem stację Красногвардейская. Kupiłem bilet. Spojrzałem na plan metra i założyłem, że wysiądę na stacji Театральная. Na planie metra znajdującego się w holu przystanku policzyłem, ile przystanków mam do celu. Znalazłem odpowiedni peron. Po chwili nadjechała kolejka. Nie było zbyt wielu podróżujących. Wszyscy siedzieli jakby zamyśleni. Pomyślałem, że jest to zapewne ich stała trasa może do pracy, może do uczelni, może na zakupy. Młodzież miała słuchawki w uszach. Zapewne słuchała muzyki. Wewnątrz wagonu było bardzo głośno. Hałasowały toczące się koła, w szczególności w trakcie przyśpieszania i hamowania. Okazało się, że niepotrzebnie sprawdzałem, ile przystanków muszę przejechać. Zapomniałem o swoich podróżach metrem po Moskwie dwa tygodnie temu. Przecież w kolejkach metra była doskonale zorganizowana informacja dotycząca nazw poszczególnych przystanków. Przez głośniki radiowęzła wewnątrz kolejki podawano nazwy stacji, do której pociąg zbliża się i jaki będzie następny przystanek. Była także informacja świetlna. Wysiadłem, jak planowałem. Po wyjściu na powierzchnię okazało się, że stoję naprzeciwko Teatru Balszoj. Zerknąłem na plan Moskwy, aby zorientować się, gdzie jestem i ruszyłem. Chciałem obejrzeć trochę starej części miasta. Okazało się, że dobrze trafiłem obierając ten przystanek metra. Samo centrum, a poza tym była to ta część miasta, którą chciałem obejrzeć. Zabudowa osiemnasto- lub dziewiętnastowieczna, uliczki przytulne, pełne uroku. Chodziłem w przestrzeni między ulicami: Никольскaя, Мясницкая, Чистопрудный i Покровский Бульвар, a Подколокольный пер. Przestrzeń dosyć duża, ale ciekawy byłem tej dzielnicy szczególnie, a ponadto, co raz znajdowałem się w bardzo urokliwych zakątkach. Zwróciłem również uwagę, że przy bardzo wielu domach stały rusztowania świadczące o intensywnie prowadzonych pracach renowacyjnych starych kamienic. Zauważyłem również, że w tej części miasta (a może w innych również) znajdowało się wiele sklepów sprzedających między innymi odzież, obuwie, perfumy itp. znanych światowych firm. Był również salon samochodowy Jaguara. Uwagę moją zwróciła maleńka cerkiew „wciśnięta” między duże, chyba później zbudowane budynki tj. w XIX w. a może na początku XX w. Ze zidentyfikowaniem miejsca, w którym znajdowałem się, nie miałem problemów. Po pierwsze miałem plan Moskwy, a poza tym nawet, gdybym miał problem, zawsze mógłbym zapytać się jak trafić do Teatru Wielkiego. Doskonały punkt orientacyjny. Na chodzeniu i rozglądaniu się zeszło mi całe przedpołudnie. Chwilę przysiadłem na ławeczce na jednym z deptaków. Przyglądałem się przechodniom, jak są ubrani, jak zachowują się. Było sporo młodych ludzi. Jedni spacerowali, inni gdzieś śpieszyli się. Gdybym nie słyszał od czasu do czasu języka rosyjskiego, gdybym nie widział reklam w języku rosyjskim, mógłbym odnieść wrażenie, że jestem w jednym z dużych miast europejskich.
Trzeba było pomyśleć o drobnym posiłku. Zaszedłem do maleńkiego baru. Siedziało kilka osób. Zamówiłem bliny. Całkiem były smaczne. Przypomniały mi się bliny robione przez moją Mamę. Robiła je raz w roku w Wielki Post przed Wielkanocą. Były to bliny z mąki gryczanej polewane na talerzu roztopionym masłem a następnie zwijane w rulonik. Pycha! Nie spotkałem się z takimi w Rosji, ale te, które jadałem również były smaczne, chociaż nie z mąki gryczanej. Wędrując po Moskwie natknąłem się na olbrzymi pasaż handlowy ГУМ – Главный Магазин на Красной Площади. Byłem nim zaskoczony. Z zewnątrz nic nie wskazywało, że w środku zastanę coś takiego. Znajdował się niedaleko Placu Czerwonego. Wyglądało to tak jakby przezroczystym dachem pokryto kilka równoległych ulic, a wzdłuż uliczek, po jednej i po drugiej stronie znajdowały się sklepy. Wzdłuż pierwszego i drugiego piętra ciągnęły się tarasy umożliwiające dostęp do znajdujących się tam sklepów. Całość przypomniała mi coś, co znajduje się w Brukseli, ale ten moskiewski pasaż był o wiele, wiele większy. Byłem oczarowany wielkością, tętniącym tam życiem i różnorodnością kramików i towarów. W jednym z ciągów przejść zorganizowano ekspozycję starych samochodów produkowanych w Związku Radzieckim. Były różne – stary moskwicz, pabieda, wołga, zaporożec i takie, których nigdy przedtem nie widziałem. Koło jednego z nich nie mogłem przejść obojętnie. Był to moskwicz
407. Taki sam i w takim samym kolorze, jakim jeździli w latach 60-tych w Warszawie rodzice Grubania (Grubiano – serdeczny mój przyjaciel). Przystanąłem i poprosiłem przypadkową osobę, żeby zrobiła mi zdjęcie na jego tle. Postanowiłem natychmiast wysłać to zdjęcie MMS do Grubania. Była również ekspozycja starych przedwojennych rowerów. Przypomniało mi się, że nie miałem jeszcze drobnych gadżetów z podróży dla koleżanek i kolegów z pracy. Miałem taki zwyczaj, że z każdej dalekiej podróży odbywanej w trakcie urlopu przywoziłem dla nich pamiątki. Była świetna okazja zaopatrzyć się. Zacząłem szukać sklepów z pamiątkami. Nie ukrywam, po dość dokładnym spenetrowaniu całego pasażu, znalazłem tylko jeden, choć niemały sklep. Było już po godzinie 17:00. Po prawie siedmiu godzinach spacerowania po Moskwie trzeba było pomału myśleć o powrocie do Kasziry. Do metra trafiłem bez problemów. Kupiłem bilet, chwilę poczekałem i przyjechał skład. Miałem zapisaną nazwę stacji, na której mam wysiąść i z tym nie było problemów. Na dworcu autobusowym, niestety, ponownie musiałem dość długo czekać na przyjazd autobusu. Okazało się, że autobus będzie podstawiony o godz. 19:00.
Podjechał. Wszystkie miejsca zostały zajęte. Zbliżał się wieczór. Na zewnątrz robiła się szarówka. W połowie trasy do Kasziry zaczęła ogarniać mnie wątpliwość, czy poznam miejsce, gdzie powinienem wysiąść. Robiło się coraz ciemniej. Otoczenie zmieniało swój wygląd w porównaniu z tym, co widziałem rano. W Kaszirze było kilka przystanków. Zapytałem kobietę siedzącą na fotelu obok, czy wie gdzie jest miejsce, na którym powinienem wysiąść. Usłyszałem – tak, ale wysiadam wcześniej i nie będę mogła panu pomóc. Moje pytanie usłyszała inna osoba siedząca niedaleko i zaproponowała, że podejdzie do kierowcy i poprosi, aby wskazał mi przystanek, na którym powinienem wysiąść. Jeszcze chwilę porozmawiałem z sąsiadką. Zapytała skąd jestem. Jakie wrażenia odniosłem z podróży po Rosji. Okazało się, że w wieku 17 lat, czyli ok. 30 lat temu była w Polsce. Bardzo podobała się jej Polska. Była wówczas w Gdańsku, w Warszawie i w Krakowie. Zauważyłem, że bardzo chętnie rozmawiała ze mną. Zbliżał się koniec mojej podróży autobusem. W pewnym momencie usłyszałem – tutaj, tutaj jest pana przystanek, tutaj powinien pan wysiadać! Chórem niemal wszyscy pasażerowie w autobusie zadbali o to, abym nie przejechał miejsca, w którym powinienem wysiąść. Bardzo mnie to wzruszyło. Widocznie wcześniej usłyszeli o mojej niepewności i chcieli mi pomóc. Niesamowita jest życzliwość Rosjan. Do domu przyjechałem koło 20:30. Aleksandra nie było. Przygotowałem sobie kolację, trochę pooglądałem telewizję i spatki.

 

1 września (poniedziałek)


Wstałem koło ósmej. Zapowiadało się, że dzień będzie pogodny, słoneczny. Aleksandra jeszcze nie było. Uprzedzał mnie, że pracę w Moskwie kończy o godz. 9:00, a przecież musi jeszcze dojechać do Kasziry. Spodziewałem się go koło godz. 10:30. Nie czekając na niego, zrobiłem sobie śniadanie. Po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkał Aleksander, była szkoła podstawowa. Dzień 1 września był dniem rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Przez okno obserwowałem, jak rodzice prowadzą maluchy do szkoły. Przypomniały mi się obrazki, jakie były w pierwszych podręcznikach w szkole podstawowej. Mamy prowadzące dzieci za ręce. Chłopcy ubrani w mundurki, garnitury z białą koszulą, na nogach uczniów czarne półbuciki. Dziewczynki poubierane w granatowe lub czarne spódniczki z białymi bluzkami, uczesane w warkoczyki z dużymi kokardami na końcach warkoczy lub na czubku głowy. Taki sam widok był za oknem. Rodzice lub dzieci niosły pęki różnych kwiatów. Z dziedzińca szkolnego dochodziła muzyka. Od czasu do czasu podawano komunikaty. Powitanie nowego roku szkolnego w Polsce jest równie uroczyste. Dzieci poubierane są odświętnie, ale bardziej kolorowo. Widząc obrazki za oknem, odniosłem wrażenie, jakbym znalazł się w latach 50-tych w Polsce. Chciałem obejrzeć swoją korespondencję internetową w telefonie. Nic z tego. Żaden z moich telefonów komórkowych nie reagował na połączenie z Internetem. Miałem ze sobą dwa telefony: jeden z kartą polskiego operatora i drugi z kartą rosyjskiego operatora komórkowego. W jednym telefonie, jak i w drugim miałem wprowadzony kod serwera u Aleksandra. Pokazywał się jedynie napis – brak połączenia z serwerem. Trudno. Aleksander przyjechał dopiero koło południa. Zapytałem, co jest z Internetem. Okazało się, że zapomniał opłacić abonament. Aleksander po odświeżeniu się, zjedzeniu śniadania podał komendę – jedziemy. Oczywiście kierunek był wcześniej uzgodniony. Jedziemy szukać Serednikowa. Bardzo chciałem odnaleźć to miejsce przymusowej pracy Taty. Tata opisał w swoich wspomnieniach miejsce, w którym pracował przy wyrębie lasu. Wspominał, że pracowali od rana do wieczora, a ich dzienna norma na dwie osoby, to 8,5 metra sześciennego pociętego na kawałki długości 2 m i posztablowanego drzewa. Pisał, że przy siarczystym mrozie i niezliczonej ilości insektów mieszkali w ziemiankach. Nawet naszkicował plan obozu i jak wyglądała ziemianka. Zaznaczał miejsce, z której ziemiance mieszkał i w którym miejscu. Aleksander ustalił trasę i pojechaliśmy. Nie jechaliśmy głównymi trasami, ale i tak wydawały mi się szerokie i o dobrej nawierzchni. Tak jak już wcześniej zauważyłem, przy drogach rośnie dużo, a nawet bardzo dużo barszczu Sosnowskiego. Łuki na drogach w Rosji są fatalne sprofilowane. Niestety, są płaskie. Niekiedy miałem wrażenie, że samochód może wypaść z łuku. Czuło się to w samochodzie. Aleksander jest dobrym kierowcą, ale mimo wszystko w pewnych momentach miałem lekkiego stracha. Dojechaliśmy do rzeki Oka. Skądinąd znana dla Polaków z historii II Wojny Światowej. Musieliśmy znaleźć się na drugim brzegu. Przez Okę była przeprawa promowa. Prom kursował mniej więcej, co pół godziny. Trochę mnie zdziwił ten prom. Droga dobra, a tutaj prom, a nie most. Czyżby nie było możliwości zbudowania mostu? Za przeprawę nie płaciło się. Na jakich zasadach opłaca się utrzymywać przeprawy promowe przez rzekę? Nie wiem. Przejeżdżaliśmy przez kilka wiosek i miasteczek. Nie pamiętam nazw. W jednym z miast Aleksander wskazał mi pomnik. Na postumencie umieszczono ogórek długości ok. 5 m. Zostałem poinformowany, że tutaj jest zagłębie uprawy i przetwórstwa ogórków, które są źródłem dochodów dużej części mieszkańców i regionu. W czasie podróży znowu mogłem podziwiać drewniane rosyjskie budownictwo. Jak zwykle piękna ornamentacja okien. W końcu dojechaliśmy do Serednikowa. Wszystko zgadzało się. Wioska z dość pokaźną cerkwią. O cerkwi w Serednikowie wspominał wujek Zbyszek jeszcze żyjący rówieśnik mojego Taty. On również był w tym obozie pracy. Przed wyjazdem próbowałem zasięgnąć nieco języka o tym miejscu. W jakim miejscu jest usytuowane Serednikowo, jak ewentualnie tam trafić. Zbyt wiele informacji nie uzyskałem, ale cerkiew zapamiętałem. Zatrzymaliśmy się w wiosce. Było już popołudnie. Przed jednym z domów siedziało kilka starszych osób. Postanowiłem zapytać je, czy może słyszeli albo może wiedzą, gdzie był w okolicy w okresie wojny obóz pracy. Owszem, słyszeli o takim. Mówili, że były. Jedna z kobiet pokazywała jeden kierunek, druga wręcz przeciwny, a mężczyzna przytakiwał to jednej to drugiej. W końcu trudno było zorientować się, gdzie faktycznie był zlokalizowany. W końcu uzgodniliśmy z Aleksandrem, że jedziemy na polanę, którą dostrzegliśmy na mapie w Internecie. Tym razem jechaliśmy przez las niezbyt równą szutrówką. W pewnym momencie przed nami pojawiły się tory kolejowe. W miejscu przejazdu przez torowisko, poukładane były stare podkłady kolejowe. Mieliśmy obawę, czy samochód da radę przejechać, aby nie zawisnąć. Wysiedliśmy, przyjrzeliśmy się, jak przejechać. Udało się, byliśmy za przejazdem. Przy okazji przypomniało mi się, że Tata w swoich wspomnieniach pisał o bocznicy kolejowej, na której podstawiano wagony i załadowywano je drewnem. Może to ta sama bocznica? Dojechaliśmy na polanę o powierzchni kilkunastu, a może kilkudziesięciu hektarów. Może faktycznie, kiedyś było to miejsce wyrębu drzewa? Tata pisał, że do miejsca wyrębu z obozu szli lasem ok. 2 km. Ale przecież gdzieś powinny zostać ślady po ziemiankach. Skoro znaleźliśmy się na polanie, czyli mogło to być miejsce wyrębu. A gdzie był obóz? Na podstawie szkicu Taty, doły pod ziemianki były wykopane na 1,5 m głębokości. Na polanie stało kilka drewnianych domów mieszkalnych. W jednym z nich mieściła się świetlica, ale na drzwiach wisiała kłódka. Z drugiej strony tego budynku było wejście do sklepiku spożywczego. Zaczął kropić drobny deszczyk, mżaweczka. Aleksander zaczął przyglądać się drobnym elementom ozdób domów, a ja poszedłem do sklepu, był otwarty. Chciałem zapytać się o miejsce lokalizacji obozu. W środku nikogo nie widziałem. Sprzedawca zapewne na zapleczu – pomyślałem. Nie widząc nikogo głośniej powiedziałem „здраствуйте!”. Z zaplecza wyszła młoda kobieta i zapytała – co podać? Podziękowałem. Powiedziałem, co mnie sprowadza. Zapytałem, czy nie słyszała o obozie pracy, który był tutaj w okolicy w czasie II Wojny Światowej. Nie, nie słyszała. Zapytałem, kto ewentualnie może coś na ten temat wiedzieć? Bez zastanowienia, ku mojemu zdziwieniu, bez słowa zdjęła z siebie fartuch sklepowy, wzięła w rękę klucz, wyszliśmy, zamknęła drzwi. Powiedziała – proszę iść za mną. Zaszliśmy do jednego z domów na polanie. Drzwi były otwarte. Na podwórku ogólny nieład z wyrośniętym zielskiem. Sklepowa starała się kogoś przywołać, ale nie było nikogo. W końcu powiedziała mi, że przejdziemy się do kilku innych starszych osób mieszkających na polanie. Zaszliśmy do następnego domu. Wyszła starsza kobieta. Wytłumaczyliśmy, o co chodzi, ale nie wiedziała, gdzie był obóz. Sklepowa poprowadziła mnie do następnego domu i następnego. Wreszcie zastaliśmy starszą kobietę, która stwierdziła, że wie gdzie był obóz. Brawo!!! Ale ucieszyłem się. Byłem podniecony tą informacją. Czy może pani nas tam zaprowadzić? – spytałem – Tak, ale nie wcześniej niż o godzinie 18-tej. To za dwie godziny. Spojrzeliśmy po sobie z Aleksandrem. Od niego również zależało, czy zaczekamy. Zgodził się. Co chwilę siąpił drobny deszczyk. W oczekiwaniu, chodziliśmy po polanie. Zaczepiło nas młode
małżeństwo z dwójką dzieci. Młode – ludzie około 35-40 lat, a dzieci około 7-10 lat. Zapytali, do kogo przyjechaliśmy, skąd. Aleksander zaczął opowiadać o powodzie naszej obecności. W pewnym momencie mężczyzna powiedział, że wie gdzie był obóz. Mówił, że jako młody chłopak z rówieśnikami chodzili tam bawić się. A czy może pan nas tam zaprowadzić? – spytaliśmy. Mogę – odpowiedział – jeżeli panowie poczekają, za 10 minut będę z powrotem, tylko odwiozę rodzinę. Moje emocje ponownie podniosły się. Po kilkunastu minutach zjawił się Oleg, jego imię poznaliśmy później. Odziany był w ubranie typu moro, za pasem wisiała pokaźnej wielkości finka, na ręku kompas. Poprosił, żeby iść za nim i nie zbaczać. Dlaczego? Otóż wszędzie są bagna, które nieraz są trudne do dostrzeżenia. Szliśmy przez bardzo gęste zarośla. Od czasu do czasu Oleg spoglądał na kompas, rozglądał się i szliśmy dalej. Doszliśmy do torów kolejowych, tego samego toru, który z Aleksandrem
pokonywaliśmy samochodem, ale w innym miejscu. Potem był most przez małą rzeczkę. O rzeczce wspominał wujek Zbyszek, że taka była. W pewnym momencie Oleg przystanął, spojrzał na kompas i coś mu nie pasowało. Zawróciliśmy kawałek. Okazuje się, że zeszliśmy ze starej drogi, już dawno nieistniejącej, która niegdyś prowadziła do obozu. Prawdę powiedziawszy, przedzierając się przez gęstwinę krzewów, gałęzi, połamanych konarów i poprzewracanych drzew, nie zauważyłem, że szliśmy jakąkolwiek drogą. W końcu Oleg powiedział – zobaczcie, tutaj zaczyna się obóz. Pokazał jeden dół, potem drugi i następny. Miały wymiary ok. 20x4 m oraz ok. 70 cm głębokości. Były to pozostałości po ziemiankach, o których wspominał Tata. Stałem i nie wierzyłem swoim oczom: jestem w miejscu, w którym Tata był więziony w obozie pracy. Zapytałem Olega, gdzie jest pierwszy dół od strony torów kolejowych? Pokazał mi. Pamiętałem z planu, jaki Tata narysował, że on mieszkał w siódmej ziemiance. Zacząłem odliczać: jeden dół, drugi, trzeci ...siódmy. Znalazłem! Ale heca! Wszedłem do środka, zacząłem rozglądać się. Czy rzeczywiście jest to ta ziemianka, w której mieszkał mój Tata? Najprawdopodobniej tak.

ROSJA 14
Serednikowo. Miejce po ziemiance, w której mieszkał mój tata w obozie pracy.

Z Olegiem kręciliśmy się jeszcze trochę w tym miejscu, w którym był obóz. Doły były mniejsze i większe. Na podstawie szkicu Taty, mogły to być ziemianki służące, jako szpitalik, areszt, świetlica, kuchnia i inne. W jednym z dołów były resztki stalowego komina z pieca. W innym miejscu Oleg pokazał resztki metalowej puszki, młotek, fragment menażki. Oleg prowadził nas i pokazywał te rzeczy z dużym zaangażowaniem. Zapewne zdawał sobie sprawę, ile emocji we mnie wzbudza ta wycieczka. Wróciliśmy na polanę. Dziękując naszemu przewodnikowi, chciałem zapłacić za poświęcony czas, za przysługę. I tym razem nie chciano słyszeć o jakiejkolwiek zapłacie. Stwierdził, że zaprowadził nas w to miejsce z sympatii do mnie. Trochę zdziwiłem się. Widzieliśmy się po raz pierwszy i skąd ta sympatia? Jak zwykle w kieszeniach spodni miałem kilka drobnych gadżetów. Przynajmniej w taki sposób odwdzięczyłem się. Wszystko to było dla mnie olbrzymim przeżyciem. W lesie byliśmy ok. 2 godzin. W trakcie przedzierania się przez zarośla, Aleksander wyciągnął z ziemi dwie sadzonki dębów. Trochę zdziwiłem się, ale nie zapytałem się, po co mu te sadzonki? Jedynie zapytał mnie, czy w takim stanie jak je wyciągnął, przyjmą się w nowym miejscu? Wróciliśmy do samochodu. W drodze do Kasziry, pewną część drogi spędziliśmy w ciszy, nie rozmawialiśmy ze sobą. Dopiero później, po ochłonięciu, zaczęliśmy mówić o tym, co widzieliśmy. Wydawało mi się, że Aleksander również był zaskoczony tym wszystkim. Jak wcześniej wspomniałem, początkowo chyba nie bardzo wierzył w to, że były obozy pracy. Do Kasziry przyjechaliśmy koło godz. 21. Aleksander wyjął z lodówki i podgrzał faszerowane papryki zrobione przez siebie kilka dni wcześniej. Jeszcze trochę porozmawialiśmy i położyliśmy się spać.

 

2 września (wtorek)


W tym dniu nie miałem jakichś nadzwyczajnych planów. Dzień zapowiadał się spokojnie, raczej relaksowo. Wstałem dosyć wcześnie, bo o 7:30. Przewertowałem prowadzone w trakcie podróży notatki. Uzupełniłem je o dzień poprzedni. Aleksander wstał koło godziny 10:00. Dopiero teraz zorientowałem się, że sypiał na podłodze w drugim pokoju, jedynie na rozłożonej kołdrze. Przedtem nie zaglądałem, jak zorganizował sobie miejsce noclegowe, oddając do mojej dyspozycji cały salon z wersalką. Zrobiło mi się głupio – ja na jego łóżku, a on na podłodze. Przecież miałem swój materac nadmuchiwany, śpiwór. On oczywiście nie przyznawał się, że było mu twardo, a wręcz przeciwnie stwierdził, że spało mu się całkiem wygodnie. Przy śniadaniu z Aleksandrem podjęliśmy dyskusję na tematy międzynarodowe. Wcześniej tego nie robiliśmy. Rozmawialiśmy trochę o Ukrainie i o sytuacji gospodarczej Polski. Oczywiście mieliśmy odmienne opinie na te tematy. O Ukrainie nie chciałem zbyt wiele mówić, ponieważ domyślałem się i kilkakrotnie docierały do mnie strzępy informacji z rosyjskiej telewizji, w jakim świetle są podawane informacje na temat tego konfliktu, a jak te fakty podawane są w Polsce, w Europie, ma świecie. Wchodząc głębiej w dyskusję, moglibyśmy się nie zrozumieć. Natomiast oburzył mnie sposób, w jaki Aleksander widzi Polskę. Próbowałem przekonać go, że gospodarka Polski od początku lat dziewięćdziesiątych bardzo się zmieniła. Tłumaczyłem przyjmując, że w Związku Radzieckim i w Polsce w latach 80-tych był mniej więcej równy poziom życia w obu krajach. Obecnie podróżując po Rosji, zauważyłem dużą różnicę w ogólnym wyglądzie miast, miasteczek i wsi na korzyść Polski. Wspomniałem o planach eksploatacji gazu łupkowego w Polsce, która może jeszcze bardziej podnieść standard życia Polaków. Nic do Aleksandra nie docierało. Stwierdził jedynie, że ani wschód, ani zachód Europy nie pozwoli na wydobycie gazu. Ani wschód, ani zachód nie pozwoli na to, aby Polska liczyła się na arenach międzynarodowych, jako państwo mogące choćby w najmniejszym stopniu narzucać pewne warunki polityczne. W tym momencie oburzyłem się. Moja duma narodowa sprzeciwiła się tak postawionym tezom. W godzinach popołudniowych pojechaliśmy do córki Aleksandra – Margarity. Chciałem się z nią pożegnać. Chciałem zaprosić ich do restauracji na obiad. W Stupino zaszliśmy do restauracji,
którą wskazała Margarita. Pod względem estetyki, nie przypominała nawet średniej klasy restauracji w Polsce. Owszem była to restauracja, a nie bary, do których zachodziliśmy wcześniej. Obsługa wykonująca swoje powinności, robiła to bez elegancji i zbytniej troskliwości o klienta. Jak wszędzie chciałem zjeść coś, co było potrawą lokalną, rosyjską. Okazało się, że z takich potraw mają tylko pielmieni, zapewne odgrzewane z ogólnie sprzedawanych mrożonek oraz bliny z mięsem. Pielmieni jadałem już kilkakrotnie, bliny też próbowałem. Zamówiłem bliny. Okazały się normalnym naleśnikiem. Margarita opowiadała o swojej nowej pasji, jaką były wypieki ciast. Mówiła, że coraz więcej ma zamówień na torty. Mówiła, że udoskonala pieczenie małych babeczek. Na zdjęciach prezentowanych przez nią, wypieki wyglądały imponująco. Ciasta pięknie udekorowane. Zapytałem, czy ma zamiar otworzyć własną firmę, wytwórnię, własny kramik z wypiekami. Aleksander i Margarita niemal chórem mówili, że jest to prawie niemożliwe. Trzeba mieć potężne pieniądze na choćby mały lokalik w mieście, aby tam próbować sprzedawać swoje wyroby. Ponadto otrzymanie wszelkich zezwoleń na prowadzenie czegoś takiego, jest przejściem przez istny tor przeszkód okupiony bardzo kosztownymi łapówkami. Stwierdziłem, że szkoda pasji Margarity. Przecież z jej talentem i zaangażowaniem, w Polsce byłoby dużo łatwiej otworzyć swój biznes. Zjedliśmy, wypiliśmy kawę. Aleksander odwiózł córkę do domu. Do Kasziry wróciliśmy w późnych godzinach popołudniowych. Przypomniało mi się, że nie wiem, co Aleksander zamierza zrobić z sadzonkami dębów. Powiedział, że zasadzi je w mieście. Powiedziałem, że o tej porze roku taka sadzonka wymaga dużej pielęgnacji, podlewania. Powiedział, że najpierw zakopie ją pod domem, a potem, przed zimą przeniesie ją w upatrzone przez siebie miejsce. Wieczór minął bez specjalnych wydarzeń. Był to przedostatni dzień pobytu w Rosji.

 

ROSJA 15
Jedno ze zdjęć ze starego albumu rodzinnego. Opowiadania w domu rodzinnym o przodkach i takie zdjęcia zainspirowało moją podróż śladami pokolenia moich pradziadów i dziadków. Zdjęcie zostało wykonane w 1901 roku w Wiatce (Kirowie). Na zdjęciu stoją: Józef (mąż nie żyjącej najstarszej córki pradziadów), Zofia, Michał, Jadwiga. Siedzą: Aleksander (mój dziadek, Julia, Helena (prababka), Michał (pradziad) i Antonina.

 

3 września (środa)


Ostatni dzień w Rosji. Jak zwykle Aleksander przygotował śniadanie nie chcąc mojej pomocy. Potem zacząłem szykować się do wyjazdu. Zbieranie swoich rzeczy. Wspominanie niektórych wydarzeń z mojego pobytu w Rosji. Czas mijał szybko. Trochę emocji przedwyjazdowych. O której musimy wyjechać, aby na lotnisku być koło godziny siedemnastej? – zapytałem. Musimy wyjechać o czternastej – usłyszałem. Start samolotu do Rygi z lotniska Szeremietiewo miałem o godzinie 19:00. Na lotnisku dobrze byłoby być dwie godziny wcześniej. Na podróż Aleksander przewidział 3 godziny. Proponowałem, abyśmy jednak wyjechali przynajmniej pół godziny wcześniej, ale zapewnił mnie, że tyle czasu w zupełności nam wystarczy. Dobrze – pomyślałem.  Zjedliśmy obiad - pieczonego kurczaka przygotowanego przez gospodarza. Nadeszła godzina 14:00. Ostatni rzut oka na pokój i łazienkę, czy czegoś nie zostawiłem. Sprawdziłem, czy i gdzie mam bilet. Plecak na plecy i poszliśmy do samochodu. Było gorąco. Aleksander rzadko włączał klimatyzację w trakcie naszych wspólnych wyjazdów. Wolał uchylać okno w samochodzie, ale tym razem włączył. Do granic Moskwy dojechaliśmy dość sprawnie. W Moskwie zaczęły się godziny szczytu komunikacyjnego. Wjechaliśmy do miasta. Przejazd mocno spowolniał. Lotnisko Szeremietiewo usytuowane jest po drugiej stronie miasta. Jedziemy, jedziemy, czas upływa. Poruszamy się coraz wolniej. Zapytałem Aleksandra, gdzie jesteśmy? W centrum miasta – odparł – zaraz wjedziemy na obwodnicę i tempo jazdy wzrośnie. Ukradkiem zacząłem spoglądać na zegarek. Minęło następne pół godziny, a my utknęliśmy na obwodnicy, która ma po 6 pasów ruchu w każdą stronę. Zaczynam się nieco niepokoić, bo sznury samochodów prawie stoją w miejscu. Pytam Aleksandra – daleko jeszcze do lotniska? Niedaleko. Nieco uspokojony przyglądam się samochodom stojącym obok nas. Część, nowych współcześnie produkowanych, ale również duża ilość starych z lat 70-tych radzieckich marek. Zauważyłem jednego poloneza. Przyglądając się samochodom, uświadomiłem sobie, że przez cały czas mojego pobytu w Rosji widziałem jedynie 6 samochodów z pozarosyjską rejestracją. Były to rejestracje z Białorusi, Bułgarii i jedna z Niemiec. Czas nieubłaganie upływał. Daleko jeszcze – powtarzam pytanie. Nie, zaraz skręcamy w ulicę prowadzącą do lotniska – mówi Aleksander. Jest już godzina 17:10. Cały czas wleczemy się. Coraz częściej spoglądam na zegarek. Godzina 17:30, 17:45, 18:00, a my ciągle jedziemy żółwim tempem. Została godzina do odlotu samolotu. Za ile będziemy na lotnisku? Już naprawdę blisko – słyszę. Widać pierwsze terminale lotniskowe. Przy którym terminalu masz samolot – pyta Aleksander. Nie pamiętam, bilet miałem schowany w plecaku, a plecak w bagażniku samochodu. Wreszcie podjeżdżamy pod terminal D. Wysiadam, w biegu zabieram swoje rzeczy. W pośpiechu żegnam się z Aleksandrem. Jest godzina 18:15. Do odlotu pozostało 45 minut. Wyciągam bilet. Okazuje się, że wylot mam z terminala F. W hali pełno ludzi. Pytam się przygodną osobę, gdzie ten terminal F. Zobaczyłem strzałki z oznakowaniem. Biegiem przed siebie. Po kilku minutach dobiegam do miejsca odpraw. Nie było już nikogo. Za ladą pojawił się pracownik lotniska. Podaję bilet. Bagaż kładę na wagę. Słyszę: багаж не здесь. Pokazują mi miejsce o kilkadziesiąt metrów dalej. Pędzę. W punkcie odbioru bagażu nie ma nikogo. Wracam na punkt odpraw. Pot ciurkiem leje się ze mnie. Tłumaczę, że tam nie ma nikogo. Przekomarzamy się nieco. W końcu kobieta dokonująca odprawy telefonuje i zjawia się osoba w punkcie, gdzie powinienem pozostawić swój plecak. Jest już godzina 18:35. Wydają mi kartę pokładową na samolot. Zziajany idę tunelem do samolotu. Siadam na swoje miejsce. Wreszcie uspokajam się. Było nerwowo. Po drodze do Warszawy miałem przesiadkę w Rydze. W Warszawie samolot wylądował koło 23:00. Na lotnisku umówiony byłem z bratem ciotecznym, Grzegorzem. Miał mnie odebrać i zawieźć do siebie. Tam miałem nocować. Grzegorz czekał na mnie przy wyjściu z odprawy paszportowej. Do Łomianek, gdzie mieszka, zajechaliśmy koło północy. Kolacja i na gorąco kilka spostrzeżeń z podróży po Rosji. Z przyjemnością położyłem się spać.

 

4 września (czwartek)


Skończyła się podróż po Rosji. Muszę jeszcze wrócić do Lamkowa. Przy okazji obecności w Warszawie, postanowiłem odwiedzić ciotkę, siostrę mojego Taty. Chciałem na gorąco podzielić się swoimi wrażeniami z trzytygodniowej podróży. Autobus do Lamkowa miałem o godzinie 16:00. W Olsztynie odebrała mnie żona. Wieczorem byłem w domu. Wreszcie swoje łóżko.

 

 

Podsumowanie


Głównym powodem mojej podróży do Rosji, była chęć odwiedzenia miejsc, gdzie kiedyś żył pradziad z rodziną. O miejscach tych miałem informacje niegdyś uzyskane od ojca i jego sióstr. Potem w trakcie poszukiwań genealogicznych uzupełniałem swoją wiedzę o życiu rodziny z przełomu XIX i XX wieku. Miałem również nadzieję, że uda mi się zdobyć jakieś dodatkowe informacje na ten temat. Poza tym chciałem poczuć „klimat” tamtych miejsc: zobaczyć otoczenie, przyjrzeć się ludziom, ich życiu. Zdawałem sobie sprawę, że nie podróżuję na przełomie XIX i XX wieku, lecz w XXI. Następnym moim celem podróży było odnalezienie i dotarcie do miejsca, w którym mój Tata był zesłany podczas II Wojny Światowej do obozu pracy w podmoskiewskie lasy. Podróż doszła do skutku dzięki pomocy wielu osób. Wspierała mnie rodzina, przyjaciele, chociaż w ich opiniach wyczuwałem pewien niepokój o moje bezpieczeństwo. Bardzo duże wsparcie otrzymałem od wielu znajomych w miejscu pracy. Jednak największe wsparcie, już na miejscu w Rosji, otrzymałem od Aleksandra Iskowskiego. On był dobrym duchem czuwającym nad przebiegiem całej mojej podróży w Rosji. Był człowiekiem, który dał mi schronienie pod Moskwą, podpowiadał, jak radzić sobie w różnych sytuacjach, był przewodnikiem po Moskwie, pomagał dotrzeć do niektórych miejsc, które chciałem odwiedzić. Miałem wrażenie, że oddał siebie samego dla zaspokojenia moich potrzeb. Zaprotegował mnie u swoich rodziców mieszkających w Orenburgu, gdzie spotkałem się z niebywałą gościnnością i życzliwością. Cel swojej podróży po Rosji osiągnąłem. Byłem tam, gdzie sobie zaplanowałem przed wyjazdem. Byłem więc w Moskwie, Orenburgu, Kazaniu, Siumsi, Kilmiez, Kirowie, Słobodzku, Serednikowie. W Moskwie i Orenburgu Aleksander i jego rodzina zadbała o to, abym czuł się dobrze, bezpiecznie i komfortowo. Zadbali o to, abym zobaczył wszystko to, co najciekawsze i to, co mnie interesowało. Natomiast pozostała część podróży odbywała się na zupełnie innych zasadach. Określiłbym, że na „uporządkowanej przypadkowości”. Co to oznacza? Miałem określoną wcześniej kolejność odwiedzania poszczególnych miejsc, ale terminy, sposób podróżowania, miejsca noclegowe były wielką niewiadomą. I tutaj muszę przyznać, miałem wiele szczęścia. Nie, nie były to szczęśliwe zbiegi okoliczności, była to zwykła ludzka życzliwość i serdeczność, z jaką spotykałem się niemal wszędzie. W plecaku woziłem namiot ze wszystkimi niezbędnymi akcesoriami. Byłem więc w pewnym stopniu niezależny. Okazało się jednak, że ani razu nie musiałem z niego skorzystać. Po powrocie nawet pomyślałem: po co ja to brałem, następnym razem, jeżeli będę jechał w tym kierunku, na pewno nie wezmę. Przypadkowo spotykani ludzie służyli dobrą radą, służyli pomocą w zakwaterowaniu, pokazywali najciekawsze miejsca. Przekazywano mnie z rąk do rąk, chcąc w ten sposób pomóc. W bardzo wielu przypadkach nie pozwalano mi płacić za transport, za wejście do muzeum, nie dopuszczano mnie do robienia zakupów żywnościowych, nie przyjmowano ode mnie zapłaty za danie mi schronienia. Gdy upierałem się i starałem się jednak zapłacić, wyczuwałem, że gospodarze mogą obrazić się za to, że chcę płacić za ich gościnność. Dla mnie takie sytuacje były krępujące, ale na ich twarzach widziałem dużą radość, że mogą mi w ten sposób pomóc. Jestem Polakiem, czyli obywatelem Unii Europejskiej. W okresie mojego pobytu w Rosji trwał konflikt zbrojny między Rosją a Ukrainą. Unia Europejska popierała stronę ukraińską i sprzeciwiała się postępowaniu władz rosyjskich w stosunku do Ukrainy. Zostało nałożone embargo ekonomiczne na Rosję, a Rosja odwdzięczyła się podobnym. Była wojna medialna między Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej i Unii Europejskiej a Rosją. Ja w tym czasie podróżowałem po Rosji. Nie kryłem się z tym, że jestem Polakiem. Zresztą to, że jestem obcokrajowcem, zdradzała moja skromna znajomość języka rosyjskiego. Wszędzie pytano skąd przyjechałem, po co przyjechałem. Nigdzie, w żadnym z miejsc, gdzie przebywałem, nie doznałem nawet minimalnej niechęci w stosunku do mojej osoby. Upadł więc jeden z mitów głoszonych przez sceptyków, którzy twierdzili, abym nie jechał tam, bo to nie ten czas i nie ta pora, że jest tam niebezpiecznie itp. Przed wyjazdem, bardzo często spotykałem się z opiniami różnych osób, że w Rosji bardzo dużo pije się alkoholu. Miałem pewne obawy, że często będę w sytuacjach bez wyjścia i będę musiał pić alkohol w dużych ilościach. Z Aleksandrem na ten temat oraz o innych ewentualnych zagrożeniach w Rosji, o których krążyły opinie w Polsce, przed wyjazdem rozmawialiśmy kilkakrotnie. Aleksander natomiast uspakajał mnie i twierdził, że jeżeli nie będę chciał pić, nikt mnie do tego nie będzie zmuszał. W pewnym momencie nawet Aleksander oburzył się i stwierdził z przekąsem: „czy sądzisz, że po moskiewskich ulicach chodzą niedźwiedzie?”. Prawda, ani na ulicy, ani w domach, w których przebywałem, ani w pociągach czy autobusach nie widziałem alkoholu. Może z drobnym wyjątkiem. Trzykrotnie byłem częstowany wódką, ale były to ilości naprawdę symboliczne i w sytuacjach wyjątkowych. W ciągu trzech tygodni dwukrotnie widziałem ludzi pod wpływem alkoholu w miejscach publicznych. Więc zupełnie nie sprawdziły się opinie o Rosjanach, jakie słyszałem w Polsce. Po powrocie, w trakcie opowiadań o swoich wrażeniach z podróży, kilka razy usłyszałem, że chyba byłem w innej Rosji niż moi słuchacze i rozmówcy. Być może. Aleksander zresztą swego czasu powiedział: gdybym szukał alkoholu zapewne bym go znalazł. A czyż nie jest tak również w Polsce? Nie będę jeszcze raz opisywał podróży rosyjską koleją, w jaki sposób ludzie tam podróżują. To, co tam zastałem, niespotykane jest w Polsce. W Rosji pociągami podróżuje się długo. Pokonuje się olbrzymie odległości. Być może przebywanie ze sobą przez kilkanaście godzin, kilkadziesiąt godzin, a nawet dłużej sprawia, że ludzie w tym czasie „zaprzyjaźniają się”. Bardzo podobało mi się to. Może teraz kilka wrażeń ogólnych o miastach, miasteczkach i wsiach rosyjskich. Moskwa jest wielką aglomeracją. Nie można jej utożsamiać z wizerunkiem pozostałej części Rosji, którą widziałem. W Moskwie bardzo wiele się dzieje. Na ulicach dużo ludzi. Ulice kolorowe. Widać, że bardzo wiele inwestuje się w infrastrukturę miejską. Nie bardzo wiem, jak żyją Moskwianie, nie odwiedzałem ich domostw, nie było okazji rozmawiać z przypadkowo spotkanymi ludźmi. Moskwa jest czystym miastem. Wśród osób przemieszczających się ulicami w starej części Moskwy, rzadko można było spotkać obywatela Unii Europejskiej. Wśród turystów zwiedzających miasto dominowali przybysze z Azji. W muzeach można było zaopatrzyć się w bezpłatne różnojęzyczne foldery. Praktycznie Moskwę oceniłem, jako miasto nie różniące się od innych dużych aglomeracji europejskich. Salony znanych światowych firm z ubraniami, kosmetykami, samochodami. Supermarkety i bary szybkiej obsługi w centrum miasta takie same jak w innych krajach europejskich. Ludzie modnie ubrani. Na ulicach bardzo dużo samochodów światowych marek współcześnie produkowanych, ale również bardzo dużo starych samochodów pamiętających lata 70-te, 80-te. Zupełnie inaczej wyglądały pozostałe miasta, może poza Kazaniem. Byłem w miastach kilkuset tysięcznych jak Orenburg czy Kirow, przejazdem w Iżewsku i Riazaniu. Byłem w miastach kilkudziesięciotysięcznych Kaszira, Stupino i Słobodzk oraz w małych miejscowościach jak Kilmiez czy Siumsi. Tam jakby, w niektórych sferach życia, czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Wszędzie było czysto, ale dostrzegłem dużo niechlujstwa. Dlaczego tak twierdzę? Widziałem wiele pięknych obiektów, budynków zabytkowych, w których były odnowione elewacje, ale nie zadbano o otoczenie. Nieuporządkowane tereny przy nowych osiedlach mieszkaniowych, przy nowo wybudowanych blokach mieszkalnych. Szerokie główne ulice, ale bez wymalowanych pasów drogowych, co prowadziło do częstych stłuczek samochodowych i nie tylko. W Orenburgu, a przede wszystkim w Kirowie przykuły moją uwagę uliczne krawężniki oddzielające pasy jezdni od chodników. Nigdzie w Europie i w USA nie widziałem takich. Krawężniki wystające ponad jezdnię i chodnik na kilkadziesiąt centymetrów. Może ma to jakieś uzasadnienie, ale w mojej opinii wyglądało to paskudnie. Często w centrach miast nawierzchnia chodników była bardzo nierówna, a czasem bywały przerwy w utwardzonej nawierzchni. Chodniki ułożone bez obrzeży. Chyba najbardziej irytowała mnie niedbałość o stare budynki, perełki architektury. Widać było, że zbudowane były kilkaset lat wcześniej. Trudno było zauważyć chęć u władz regionalnych i lokalnych oraz właścicieli prywatnych zaopiekowania się zabytkami miejscowej kultury architektonicznej. Brak dbałości o tego typu zabytki naprawdę mnie irytował. Mogło to być związane z brakiem funduszy na ten cel lub niedostrzeganiem potrzeby zabezpieczania zabytków przed zniszczeniem. Widziałem od czasu do czasu, jak przed niektórymi domami na przedmieściach miast stały piękne samochody typu SUV, ale płot posesji dziurawy, komin rozsypujący się, za płotem zielsko rosnące po pas. Podobnie wyglądało to na osiedlach, blokowiskach. Otoczenia bloków zaniedbane, niekoszone zielsko, bo trudno było nazwać to trawą. Chodniki czasem bywały między blokami, ale bardzo często ich po prostu nie było. Drażniły mnie również zabudowane loggie w blokach kilku- i kilkunastopiętrowych. Każda zabudowa z innego materiału, inaczej wykonana. Wyglądało to bardzo nieestetycznie. Burzyło to, moim zdaniem, całą wizję estetyki osiedla, jaką być może początkowo założył archtekt. Ogólnie jestem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się na podróż do Rosji. Mogłem sam sprawdzić i porównać opinie o Rosjanach i Rosji, z jakimi spotykałem się przed wyjazdem. Wróciłem zachwycony życzliwością, gościnnością ludzi. To, że pewne rzeczy oceniłem sceptycznie, każdy ma prawo do swojego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Nie przysłania to jednak ogólnego obrazu Rosjan i Rosji. Nie słyszałem od Rosjan, żeby źle im się żyło. Są przyzwyczajeni do swojego otoczenia i czują się z tym dobrze.

Jestem bogatszy o trzytygodniowe doświadczenia z podróży po Rosji. Wszystkich tych, którzy zetkną się z moimi wrażeniami z pobytu w Rosji, chciałbym zachęcić do odwiedzenia tego kraju, do poznania życzliwości i gościnności Rosjan. Piękny kraj, choć wymaga wielu napraw. Aleksander kilka razy powtarzał: „Rosja jest wielka i wszystko, co w Rosji jest wielkie”. Prawda: wielkie przestrzenie, wielkie odległości między miastami, wielkie osiedla, wielkie szerokie ulice, wielki nieład oraz wielkie serca ludzi. Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie w moich dążeniach dotyczących podróży po Rosji i wszystkim tym, którzy służyli dobrymi radami w trakcie planowania podróży oraz wszystkim spotkanym Rosjanom za ich życzliwość i pomoc w realizacji założonych przeze mnie celów podróży.

podziemia

podziemia

miasta

miasta

zamki i pałace

zamki i palace

skanseny

skanseny

parowozownie

parowozownie

muzea

muzea

miejsca wyjątkowe

miejsca wyjatkowe

forty i twierdze

forty i twierdze

zabytki sakralne

zabytki sakralne

Woda

spływy kajakowe

splywy kajakowe

polecane rejsy

polecane rejsy

imprezy

imprezy wodniakow2

Żaglowce

Góry

rajdy, zloty

rajdy i zloty

imprezy górskie

imprezy gorskie

szkolenia

szkolenia porady

testy sprzętu

testy sprzetu

przewodnicy

baza przewodnikow

schroniska

schroniska gorskie

fotorelacje

fotorelacje

wyprawy

wyprawy

serwisy pogodowe

 SERWIS POGODOWY

komunikaty GOPR, TOPR

 
komunikaty GOPR TOPR

 

 

 

mapy Tatr online

 mapy tatr

Małopolska Gościnna

SKANSENY I MUZEA PLENEROWE W MAŁOPOLSCE 3   Zamki i obiekty obronne w Małopolsce 2  PODZIEMIA W MAŁOPOLSCE 2
 

 
Wybrane i polecane szlaki rowerowe
 
 

najpiekniejsze szlaki kajakowe w Polsce

sprzęt outdoorowy - testy - porady - nowości - zapowiedzi

 
testy sprzętu outdoorowego
 

Aleja Podróżników, Odkrywców i Zdobywców

 
aleja 2019
 

Polecamy

Obiekty UNESCO w Polsce

 
Polskie obiekty na Liście UNESCO
 
 
 
 
Szczyty Tatr Polskich alfabetycznie
 

szczyty pasm górskich w Polsce

 
niebezpieczne zwierzęta w Polsce
 
najbardziej niebezpieczne lotniska na świecie
 
najniebezpieczniejsze rośliny świata
 
najwyższe drzewa świata
 
najdłuższe mosty świata
 
najdziwniejsze budynki świata
 

Odwiedza nas 259 gości oraz 0 użytkowników.