Nazwa użytkownika   Hasło   Pamiętaj mnie     Przypomnieć login?   Zarejestruj się  

Submit to FacebookSubmit to Google PlusSubmit to Twitter
 
MIEJSCA WYJĄTKOWE     MIASTA     GÓRY     WODA     PODZIEMIA     ZAMKI I PAŁACE     ZABYTKI SAKRALNE     PAROWOZOWNIE      SKANSENY    MUZEA     FORTY I TWIERDZE     EUROPA     ŚWIAT   KONKURSY     WSPIERAMY     CIEKAWOSTKI     MEDIA     NEWSY     REKLAMA

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Magda - rocznik 78, urodzona w Rybniku. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Zawód ostatnio wykonywany ? project manager. Hobby ? fotografia. W Australii prawie 4 lata (od lutego 2005 do grudnia 2008). Poza Australią mieszkała i pracowała także w Malezji i Irlandii. Turystycznie odwiedziła także (poza krajami odwiedzonymi w tej podróży) UK, Danie, Francję, Niemcy, Szwajcarię, Belgię, Liechtenstein, Czechy, Węgry, Austrię, Turcję, Jordanie, Indie, Kambodżę, Tajlandię, Singapur, Hong Kong, Fidżi i Nową Zelandię.

Przemek rocznik 77. Urodzony w Szczecinie. Absolwent Akademii Morskiej. Zawód ostatnio wykonywany ? shipping manager. Hobby - nurkowanie. W Australii 8 lat (od listopada 2000 do grudnia 2008). Poza Australią mieszkał i pracował w USA i UK. Turystycznie odwiedził także ((poza krajami odwiedzonymi w tej podróży) Bułgarię, Czechy, Andorę, Hiszpanie, Francję, Holandię, Niemcy, Norwegię, Szwecję, Danie, Malezję, Singapur, Hong Kong, Kostarykę, Maroko i Nową Zelandię.

Poznaliśmy się na końcu świata, w Australii.

Co było pierwsze? Pomysł na przeprowadzkę, czy pomysł na podróż? Trudno powiedzieć, ale oba pomysły zawsze jakoś wzajemnie się przeplatały. Podróż zawsze była marzeniem, ale jakoś trudno było zabrać się za jego realizację. Pewne było jedno ? po kilku latach pobytu w Australii chcemy znów mieszkać w Europie.

Pierwsza koncepcja była taka, aby przy okazji przeprowadzki zrealizować to marzenie i zrobić sobie krótką 3-miesięczną podróż po Azji Południowo-Wschodniej. Ale potem stwierdziliśmy, że jak już wszystko rzucamy to trzeba pójść na całość (a przynajmniej na tyle na ile starczy pieniędzy). Więc w Azji miało nam zejść około 7 miesięcy. Dorzuciliśmy też pół roku w Ameryce Południowej. No i Nową Zelandię. Do tego zamarzyło nam się, aby po powrocie zamieszkać w Hiszpanii. Czy coś z tego wyjdzie zobaczymy. Pewnie nie (bezrobocie w Hiszpanii osiągnęło w ostatnim czasie 17%), ale marzenia mieć trzeba :)

Tak więc sprzedaliśmy wszystko co mieliśmy, rzuciliśmy pracę i ruszyliśmy w drogę.

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.



Upał

Najgorzej jest tak między 11.00 a 16.00. Nie da się wtedy robić nic poza leżeniem i czekaniem na wieczór. Choć wieczór i noc nie przynoszą jakiejś drastycznej ulgi. Temperatura spada wtedy co prawda o jakieś 15-20 stopni, ale nadal jest 30 stopni na plusie. Tak – 30 stopni w nocy. A w dzień? Varanasi – 47. Agra 48. Jaipur – 45. Puskar i Bundi – 50. Pięćdziesiąt stopni!
Czegoś takiego nie przeżyliśmy nigdy. Taką temperaturę trudno opisać. To po prostu piekło. Gorąco jest wszędzie i gorące jest wszystko. Mango kupione na straganie parzy w rękę. Szampon w łazience ma temperaturę niedawno zaparzonej herbaty. Gumowe klapki-japonki miękną pod stopami. W zimnej butelce wody zostawionej na kilkunaście minut na słońcu można parzyć kawę. Pod prysznicem, z obu kurków, leci gorąca woda. Powiew powietrza, który przy normalnych – takich do 35 stopni – upałach przyniósł by ulgę, tutaj odczuwa się jakby ktoś machał nam przy twarzy rozpaloną do czerwoności pochodnią. Jest przeraźliwie gorąco. Riksiarze śpią w cieniu, sklepikarze śpią na podłogach swoich sklepików, na ulicach ludzie z twarzami zawiniętymi dokładnie w chusty chroniące ich przed słońcem. Wszyscy wyraźnie mają dosyć upałów.
Nigdy też nie byliśmy w tej podróży tak zmęczeni jak teraz. Męczy spacerowanie, męczy czekanie na zamówione jedzenie, męczą przejazdy zapakowanymi do granic możliwości autobusami, w których dominuje woń spoconych ciał. Na początku także spanie było męczarnią. Rozgrzany pokój, w którym nawet w nocy utrzymywała się temperatura jak w ciągu dnia. Był wiatrak, ale w zasadzie mogłoby go nie być. Budziliśmy się milion razy zlani potem i kompletnie wykończeni upałem. Po czterech nocach takiej męczarni idziemy po rozum do głowy i od tego momentu bierzemy już tylko pokoje z klimatyzacją. Trudno, że trzeba zapłacić więcej. Ten pokój z klimą jest jedynym miejscem, w którym można odsapnąć. Bez niego też by się pewnie dało, ale my nie przyjechaliśmy tu żeby się umartwiać nad sobą i przechodzić męczarnie. Więc dnie spędzamy w chłodzie klimatyzowanego pokoju, a ranki i późne popołudnia wywlekamy się na zewnątrz, żeby zobaczyć Indie. Nie zobaczymy ich tyle i tak jak byśmy chcieli, ale w tych warunkach nic więcej chyba nie jest możliwe.
Długo nie damy tak rady. Więc jest decyzja, że Rajastan oglądamy w ekspresowym tempie – po dwie, góra trzy noce w każdym miejscu – i uciekamy na północ. Do Ladakh. W indyjskie Himalaje. Sprawdziliśmy w internecie – w Leh temperatura w ciągu dnia wynosi teraz jakieś 20 stopni. Nie możemy się doczekać.


Ile może unieść tragarz?

Na trasie wokół Annapurny można spotkać dwa rodzaje tragarzy. Pierwsza kategoria to tragarze wynajęci przez leniwych turystów do noszenia ich plecaków. Ich można zaliczyć do szczęściarzy – na plecach mają zazwyczaj nie więcej niż 30kg łądunku, który taszczą tylko kilka godzin dziennie.

Druga kategoria to tragarze noszący na plecach cargo, czyli zaopatrzenie dla wiosek leżących na trasie. W całkiem sporo miejsc towaru nie da się w żaden sposób przywieść, więc trzeba go przynieść. Tragarze wnoszą więc wszystko co może się przydać mieszkańcom wiosek i turystom – jajka, żywe kurczaki, ryż, ziemniaki, piwo, wodę, colę, słodycze, ale także mydło, kołdry, ubrania, metalowe elementy do konstukcji mostków, kable itp. itd. Ci niscy i drobni mężczyźni w mocno zużytych klapkach lub ewentualnie tenisówkach co rano wkładają na plecy swoje przeogromne ładunki, które ponoć nie rzadko ważą sporo więcej niż 50kg, i idą powoli krok za krokiem, tak długo jak starcza im siły. Zatrzymują się przy strumykach żeby się napić, odsapnąć przez kilka minut i ruszają dalej. Wieczorem, po wielu godzinach mozolnej wędrówki, zrzucają ładunek i w sekundzie zasypiają w jednym z gueshousów, by następnego dnia znów dalej ruszyć w drogę. I tak aż do celu.

Szacunek dla tych ludzi. Wielki szacunek.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


W górach już tak to jest, że jeśli przez dłuższy czas szło się w górę to prędzej czy później trzeba będzie zacząć iść w dół. Dla nas ten moment to dotracie na przełęcz. Teraz ma być już głównie na dół i to sporo na dół. Po 3h męczącego wspinanania się na 5416m npm czeka nas teraz jakieś 4h drogi na 3880m npm. Czyli 1600m w dół. To dużo. Bardzo dużo. Szczególnie, gdy zejście jest strome. Po 10 minutach takiego marszu wąską i stromą ścieżką człowiek kompletnie zapomina o tym jak jeszcze przed chwilą męczył się w górę. Zejście wydaje się nie mieć końca. Czuć to we wszystkich mięśniach w nogach no i w kolanach. Ale to jedyna droga.

alt

Co celu, czyli do wioski Muktinath (3800m) docieramy po jakiś 4h od zdobycia przełęczy. Nogi bolą bardzo, więc pocieszamy się pierwszą na trasie mięsną potrawą – stekiem z yaka. Potem kręcimy się trochę po miasteczku, które samo w sobie jest bardzo przyjamne. Rano, gdy niebo jest czyste, okazuje się tak, że jest pięknie położone.

alt

alt

alt

Wychodzimy trochę później niż zwykle, bo mamy nadzieję część dzisiejszej trasy przejechać jeepem. Najpierw jednak idziemy pieszo 6km do Kagbeni (2800m). Na trasie żadnych turystów. Mimo że trasa wiedzie drogą, mijają nas tylko dwa samochody. W Kagbeni nikt nie potrafi nam jasno odpowiedzieć skąd i kiedy odejżdża jeep do oddalonego o 7km Jomsom. Każda osoba ma inną wersję i w końcu po straceniu prawie godziny wracamy na główną drogę i tam udaje nam się złapać transport. Ładujemy się na tylnie siedzenie jeepa. Droga jest bardzo kręta i wyboista, tylne dzrzwi jeepa się nie domykają, więc jedziemy w obłoku kurzu. W Jomsom okazuje się, że autobus na dalszą trasę odjeżdża dopiero za 1.5h, więc z niego rezygnujemy i idziemy pieszo do kolejnej wioski – Marpha.

alt

alt

alt

alt

Marpha jest prześlicznym miejscem, a przy okazji prawdziwym jabłkowym zagłębiem. Tu wyrabia się przepyszny sok jabłkowy, którego kilka butelek od razu wypijamy, jabłkowe czipsy, jabłkowe brandy, ciasto z jabłkami. Jest też rewelacyjny ser z yaka. Jest pysznie.

W guesthousie spotykamy parę emerytowanych Australijczyków, którzy po Nepalu trekują od 64 dni. Od nich też po raz pierwszy słyszymy o planowanym na za kilka dni strajku generalnym.

Następmny dzień jest od rana pochmurny, więc widoki żadne, ale za to idzie się szybko i bez zmęczenia. Docieramy Kalopani (2535m) i zatrzymujemy się w Annapurna Coffee Shop. Słyszeliśmy o tym miejscu z dwóch źródeł, trzeba więc było sprawdzić o co tyle hałasu. No i okazało się, że jeśli jest na trasie treku wokół Annapurny jedno miejsce, w którym koniecznie trzeba się zatrzymać to jest to właśnie Annapurna Coffee Shop w Kalopani. Przede wszystkim ze względu na przepyszne jedzenie. Strogonof z baraniny, curry i grillowany kurczak nie były tanie, ale po tylu dniach wędrówki należała nam się odrobina przyjemności kulinarnych. A jakość jedzenia była nie to pobicia. Jedliśmy z uśmiechem na twarzy. Do tego dochodzą królewskie wręcz warunki mieszkaniowe. Wzięliśmy pokoje w wersji delux – wielkie łóżka z niesamowicie wygodnymi materacami i własna łazienka. Wykafelkowana! To się na trasie nie zdarza często. I to wszystko za 12zł. Biorąc pod uwagę, że do tej pory płaciliśmy za noclegi na treku 0zł lub ewentualnie 4zł, to 12 zł brzmi jak rozpusta. I tak właśnie czuliśmy się w Kagbeni :)

Następny dzień to 1 mają, czyli oficjalnie pierwszy dzień strajku. Chcieliśmy do Tatopani (20km od Kalopani) pojechać autobusem, ale te prawdopodobnie dziś z powodu strajku jeździć nie będą. Idziemy więc pieszo. Po kilku godzinach mija nas jednak autobus, ale jest pełny, więc nie pozostaje nam nic innego jak dalej iść.

W Tatopani straszny upał. Jesteśmy już na 1200m, więc o przyjemnych temperaturach można zapomnieć. Jest ze 30 stopni. W Tatopani jedną z atrakcji są gorące źródła, ale przy takiej temperaturze moczenie się w gorącej wodzie to bardziej jak kara, anie przyjemność.

Tatopani leży na 183-kilometrze trekingu. Dalej trzeba wspinać się pod górę na Poon Hill (3200m), albo można wracać autobusem do Pokhary. Dochodzimy do wiosku, że chodzenia już nam starczy, więc rano idziemy czekać na autobus. Czekamy i czekamy, a autobusu nie ma. W końcu ktoś nam mówi, że dziś strajk ruszył na dobre i że na pewno nie będzie żadnego transportu. Czyli wychodzi, że idziemy jednak na Poon Hill. Jest koło 9.00, a więc jest już ciepło, a przed nami mozolna wspinaczka. Przy wyjściu z wioski stoi duży kamień. Z jednej strony namalowana strzałka i słowo „way to Beni”. Z drugiej strony także strzałka i nieczytelny napis. Do Beni iść nie chcemy, więc wychodzimy z założenia, że droga na Poon Hill jest tam, gdzie pokazuje druga strzałka. Idziemy więc pod górę, ale po jakiś 30min stwierdzamy, że nie chce nam się iść w takim upale. Wracamy więc do Tatopani i robimy sobie wolny dzień. Jutro pójdziemy dalej.

Następnego dnia ruszamy o 6.00. Idziemy tą samą drogą, którą zaczęliśmy się wspinać wczoraj. Trasa to strome kamienne stopnie. Dziwi nas tylko, że nie ma na trasie żadnych innychy turystów. Ale idziemy dalej. Po ponad godzinie marszu w górę ścieżka wchodzi na pola kukurydzy i kończy się. Nie bardzo wiemy gdzie dalej. Widziemy niedaleko jakiegoś faceta, który informuje nas, że to nie droga na Poon Hill, że trzaba się cofnąć. Ale jak daleko, pytamy? Na sam dół, odpowiada. Okazuje się, że wchodzimy na nie tą górę co trzeba…. Szlag nas trafia na miejscu. Jesteśmy wściekli na siebie za głupie założenie, że idziemy dobrą drogą. Założyć się możemy, że jesteśmy jedynymi ludźmi w historii Nepalu, którzy pomylili górę i zorientowali się o tym dopiero po prawie 1.5h…. Całe szczęście, że ścieżka się skończyła, bo gdyby nie to, to pewnie szlibyśmy dalej i Bóg wie, gdzie byśmy doszli… Nie wiadomo czy śmiać się z siebie czy płakać. Na początku się wkurzamy, ale szybko zaczynamy się z sami z siebie nabijać.

Szybko schodzimy w dół i po dwóch godzinach od wyjścia z Tatopani znów jesteśmy we wiosce. Mamy już w nogach w sumie 2 godziny marszu, a dystans na Poon Hill nie zmniejszył się ani o sto metrów…Szybko znajdujemy właściwą drogę, która oczywiście jest zaraz za zakrętem i zaczynamy kolejne już dziś wejście do góry. Chcieliśmy dziś dojść do Ghorepani (2870m), ale w związku z zaistniałą durną sytuacją chyba nie damy rady. W dodatku bardzo wcześnie, bo po 11.00 zaczyna mocno padać i wygląda na to, że utkniemy we wiosce jakieś 7km od Ghorepani. Chyba jednak natura chce nam trochę pomóc, bo przestaje padać, niebo się rozchmurza i wygląda na to, że deszczu już więcej nie będzie. No i jakimś cudem starcza nam sił i docieramy do Ghorepani. W sumie 8h marszu, wliczając w to te nieszczęsne wejście na niewłaściwą górę….

W Ghorepani bierzemy pokój na ostatnim piętrze guesthousy z oknami na trzech z czterech ścian. Bo widoki są tu przepiękne, i chcemy to wykorzystać. Z jednego okna widać Annapurnę (10-ta najwyższa góra świata) i Annapurnę South, z drugiego Dhaulagiri (7-ma na świecie).

alt

Jeszcze lepsze widoki są z Poon Hill. Oczywiście tylko w Nepalu miejsce, które leży na wysokości 3200m npm może nazywać się wzgórzem :)

A widoki z Poon Hill są takie:

alt

alt

alt

alt

alt

A potem było koszmarne zejście w dół. Jedni mówią, że kamiennych stopni prowadzących z Ghorepani do Birethani jest 1800, inni, że 1300. Nasza mapa mówi, że ponad 3000. Bez względu na to, kto ma rację było tych schodów zdecydowanie za dużo. Bolały kolana, łydki, kostki, palce w stopach. Na miejsce dotarliśmy bardzo zmęczeni, ale i szczęśliwi, że dotarliśmy do końca trasy.

Trek był fantastyczny. To jedna z najlepszych rzeczy jaką zrobiliśmy w tej podróży.


Wokół Annapurny – w drodze na przełęcz

Piątego dnia treku dochodzimy do Manang (3540m npm). To ostatnia wioska z prawdziwego zdarzenia przed przełęczą. Dalej będę już tylko pojedyńcze guesthousy. Manang jest przeuroczym miejscem, cudownie położonym i bardzo klimatycznym. Trafiamy tu dosyć wcześnie, bo koło południa. Do tej pory codziennie wczesnym popołudniem zbierały się chmury i padał deszcz, ale wygląda na to, że Manang jest już na tyle wysoko, że deszcz tego miejsca nie dotyczy. Większość ludzi robi sobie w Manang jednodniowy postój aklimatyzacyjny. Też mieliśmy to w planie, ale na miejscu okazuje się, że czujemy się bardzo dobrze (może zahartowało nas długie przebywanie na dużych wysokościach w Ameryce Południowej?) i następnego dnia chyba jednak pójdziemy dalej.

Pokój z tarasem w Manang

alt

Popołudnie przeznaczamy na rekonesans po okolicy. Idziemy na pobliskie jeziorko stworzone z topiącego się lodowca, a potem trochę snujemy się po wiosce. Dwie małe dziewczynki z zapałem bawią się naszymi kijkami i chętnie pozują do zdjęć.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Rano ruszamy w kierunku oddalonego o 3.5h marszu Yak Kharka (4050m npm). Powoli zaczyna być czuć, że powietrze jest tu trochę rzadsze, bo szybciej się męczymy. Trasa przepiękna, więc robimy zdjęcia jak japońscy turyści. Jest wcześnie więc można by spokojnie iść dalej, ale mamy czas i zostajemy tu na noc.

alt

alt

alt

alt

W nocy było tak zimno, że zamarzła woda w umywalce. Także w miejscu pobierania czystej wody spływającej z gór wisi z gumowego węża sopel lodu. Ubieramy się więc ciepło i ruszamy w dalszą trasę. Z czasem robi się coraz cieplej i jeszcze piękniej. Po 3h męczących godzinach dochodzimy do Thorang Pedi (4450m npm). Większość ludzi stąd następnego dnia atakuje przełęcz. Jest bardzo wcześnie, koło 10.00, a my czujemy się dobrze. Więc decydujemy, że po godzinnym odpoczynku spróbujemy wejść do High Camp (4850m npm), ostatniego schroniska przed przełęczą. Jest ryzyko, że tak szybka zmiana wysokości nam to zaszkodzi, ale jeśli tak się stanie to wrócimy niżej. Dojście do High Camp zaoszczędzi nam przynajmniej godzinę marszu kolejnego dnia, który będzie długi i męczący.

alt

alt

alt

alt

Okazuje się, że ten krótki etap treku jest jak narazie najtrudniejszy. Odległość nie jest duża, ale jest stromo, a to bardzo męczy przy rozrzedzonym powietrzu. Kilkanaście wolnych kroków i przerwa. I tak w kółko. Na górze trochę boli głowa, ale nie jest to nic czego nie dałoby się wytrzymać. Dostajemy byle jaki pokój, w dodatku jak narazie najdroższy na trasie, ale że schronisko jest tylko jedno, a ludzi w nim sporo, nie ma za bardzo wyboru. Idziemy na punkt widokowy, z którego roztaczają się piękne krajobrazy. Po południu raczymy się herbatą z liści koki, której zostało nam trochę z Boliwii. Pijemy ją od kilku dni. W Ekwadorze, Peru i Boliwii pije się ją, aby zapobiec chorobie wysokościowej.

alt

alt

alt

Następnego ranka pobudka o 4.30. Planujemy wyjść koło 5.30. Wiele osób wyszło już o 4.00, ale nam nie chce się iść po ciemku. Jemy śniadanie i ruszamy, gdy zaczyna świtać. Do przełęczy jakieś 3h marszu pod górkę. Jest bardzo zimno, ale że idziemy dosyć wolno to jakoś trudno się rozgrzać. Mijamy kilka osób i na długi czas przed nami ani za nami nie ma nikogo. Jest idealnie błękitne niebo. Żadnego wiatru. Żadnych zwierząt. Absolutna cisza. Niesamowite. Marsz jest męczący. Co kilkanaście kroków trzeba przystanąć, żeby złapać oddech.

alt

alt

alt

W końcu widzimy kolorowe buddyjskie flagi, które oznaczają cel. Dotarliśmy na 5416m npm na przełęcz Thorung, kulminacyjnego punktu całęgo treku! Tak wysoko nas jeszcze nie było. Jest zimno, my zmęczeni, ale także radośni. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i po kilku minutach ruszamy dalej. Tym razem w dół, o czym napiszemy niedługo.

alt

IMG_6750



Wokół Annapurny – pierwsze dni
Miejsce, w którym rozpoczyna się trasa trekingu wokół Annapurny leży jakieś 4h jazdy autobusem od Pokhary. Autobus, zwany turystycznym, zabiera po drodze tylu lokalsów ilu da się upchać do środka i kasuje ich za to połowę tego co płacą turyści. Taki urok Nepalu (i nie tylko) i niewiele da się z tym zrobić.
Do Besisahar, czyli na miejsce, docieramy po niecałych 5h, w tym przerwa na podrasowanie resorów rozpadającego się autobusu. Szybka rejestracja w pierwszym punkcie kontrolnym i sru na koniec wsi na autobus do Bhulbhule. Do przejechania jakieś 16km. Można by iść, ale nie za bardzo ma to sens, bo to w końcu 16km po zakurzonej drodze z w sumie żadnymi widokami. Droga między Besisahar i Bhulbhule na długo pozostanie nam w pamięci. Czegoś tak dziurawego, nierównego i wyboistego chyba wcześniej nie widzieliśmy. Autobus podskakiwał non stop, a my razem z nim. Na jedyn z siedzeń usiadła kobieta z małą dziewczynką w chuście na plecach. Usiadła, ale nie zaprzątała sobie głowy faktem, że może mała, wciśnięta między plecy mamy i siedzenie, jest przy każdym podskoku autobusu, czyli stale, zgniatana.
W Bhulbhule wysiadka i w drogę. Do pierwszej wsi, Ngadi, dochodzimy w 50 minut. Jest koszmarnie gorąco, 30 stopni, albo i lepiej, i w tą niecałą godzinę wypijamy cały zapas wody. Zamiar mieliśmy taki, aby w Ngadi tylko chwilę odsapnąć i iść dalej do oddalonej o niecałe 2h wioski Bahundanda. Niestety nic z tego, bo niebo w ciągu kilku chwil robi się czarne od ciężkich, burzowych chmur, i chwilę potem zaczyna padać. Najpierw tylko kropi, ale z każdą chwilą deszcz jest coraz silniejszy. W pewnym momencie ulewa jest tak mocna, że ma się wrażenie, że woda spływa z nieba jednym wielkim strumieniem. Do tego zaczyna padać grad. Najpierw niewielki, ale w końcu z nieba zaczynają z siłą spadać na ziemię lodowe kulki o średnicy jakiś 2cm.
Zapada zmrok i mimo, że nie ma jeszcze 20.00, idziemy spać. Ulewa jest tak mocna, że deszcz padający na blaszany dach kompletnie zagłusza wszystko inne. Żeby usłyszeć się nawzajem trzeba krzyczeć.
Następnego dnia wyruszamy o 7.00, żeby uniknąć słońca. Ta taktyka sprawdza się tylko do 10.00. Potem jest przeraźliwie gorąco. Zero cienia, zero wiatru. I do tego oczywiście po górkę. Widoki narazie niespecjalne, ale za to ludzie w mijanych wioskach (szczególnie dzieciaki) chętnie pozują do zdjęć.

Tego dnia dochodzimy do Chamche (1385m npm). Pożywiamy się lokalną formą pizzy robionej na chlebie chapati, na pizzy kapusta, marchewka, tuńczyk. Straszne dziwactwo, ale po kilkugodzinnym wysiłku smakuje wyśmienicie.

Zmieniami strategię i następnego dnia wychodzimy o 6.00. Mimo wczesnej pory jest ciepło i parno, ale przynajmniej nie ma jeszcze słońca. Pierwsze 2h to mozolna wspinaczka pod górę po kamiennych stopniach. Potem trafiamy na długą karawanę mułów i dobre 30min zabiera nam, żeby je wszystkie wyprzedzić na wąskiej ścieżce. A potem kończy się droga, a zaczyna ogromne obsuwisko ziemi i kamieni, które trzeba przejść. Obsuwiko musi tu być już trochę czsu, bo wydeptano przez nie ścieżkę. Miejscami trzeba się wspiąć na stromy głaz, ale dajemy radę przejść. Nocujemy w Danaqyu (2200m npm). Wieczorem znów chmury i deszcz.

Następnego ranka cudowna pogoda. Idealnie czyste niebo, w końcu widać pierwsze szczyty. Zaczynamy czuć, że jesteśmy w górach. Wyszliśmy bez śniadania, bo o 6.00 jakoś nie chce się jeść. Planujemy zjeść w następnej wiosce, ale nie przypada nam ona do gustu, więc idziemy i idziemy, aż dopiero po4h znajdujemy jako takie miejsce na posiłek w Chame. Chame to ciekawe miejsce. 2710m npm, daleko od najbliżej drogi dojazdowej, ale są dwie kafejki internetowe, nie ma bankomatu, ale za to można w kilku sklepach z artykułami różnymi (od mydła poprzez skarpety i makaron, a na żarówkach i podrabianych North Face skończywszy) wyciąnąć kasę z karty kredytowej.

Dziś na szczęście nie jest już tak gorąco i idzie się o wiele lepiej. W pewnym momencie robi się dosyć zimno i na jakieś 30min przed dotarciem do dzisiejszego celu – Pisang (3250m npm) – zaczyna lać deszcz. Pada niedługo, ale po deszczu jest tak koszmarnie zimno, że cały wieczór spędzamy przy kominku w jadalni. Do łóżka jak zwykle z kurami, czyli o zmroku. Pokoje są oddzielone ściankami z desek, więc słychać każde pierdnięcie i kaszlnięcie u sąsiadów. Średnio to komfortowe, ale pokój mamy za darmo (za obietnicę stołowania się w owym przybytku), więc nie ma co narzekać.

Rano strasznie zimno. W ruch idą rękawiczki, czapka, wiatrówka. Widok z guesthousu piękny. Kawałek za wioską widać szczyt Annapurny Południowej. Dziś już w 100% czujemy, że jesteśmy w Himalajach.

W pewnym momencie dochodzimy do miejsce z którego roztacza się widok na przepiękną dolinę. Cudo. Trzeba przez nią przejść, żeby dojść do Manang, ostatniej prawdziwej wioski przed punktem kulimacyjnym treku, czyli przed przejściem przez przełęcz Thorung Pass. Ale o tym w następnym odcinku.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt



Nepal strajkuje, czyli przedłużony trekking
Opowieść o trekkingu zaczynamy od końca…
Wczoraj, po 14 dniach na trasie, doszliśmy do Birethani. W normalnych okolicznościach przespalibyśmy się tam, następnego dnia rano spacerkiem doszlibyśmy w pół godziny do sąsiedniej wioski Nayapul, tam wsiedlibyśmy w autobus, by po dwóch godzinach jazdy znaleźć się w Pokharze. Czyli tam, skąd dwa tygodnie temu wyruszyliśmy na miejsce rozpoczęcia trekingu. Tak byłoby w normalnych okolicznościach. Ale niestety okoliczności nie są normalne. Bo praktycznie cały Nepal sparaliżowany jest przez strajk generalny. A jednym z efektów tego strajku jest całkowity brak jakiegokolwiek transportu. Dlatego dziś rano, zamiast iść na autobus musieliśmy do Pokhary dojść na pieszo. Czyli do 210 standardowych kilometrów, które przeszliśmy wokół Annapurny, doszły kolejne 25 czy coś koło tego. Całe szczęście spotkaliśmy na wczesnych etapach trasy miłego lokalsa, dzięki któremu zaliczyliśmy chyba wszystkie możliwe skróty po drodze, a przez to zaoszczędziliśmy kilka ładnych kilosów. Szło się koszmarnie ciężko, bo jak się ma w nogach 210km, a w głownie przeświadczenie, że to już koniec trasy, to z powodu każdego dodatkowego kilometra szlag człowieka trafia.
Strajk trwa od 1 maja, ale dopiero dziś poczuliśmy jego działanie na sobie. Dodatkowy dzień marszu o którym powyżej to jedna sprawa. Druga to pozamykane wszystko w Pokharze. Do miasta dotarliśmy około 15.00. Ostatni nasz posiłek to było śniadanie. Więc nie powiem – mieliśmy ochotę coś przekąsić. Ale nic z tego. Turystyczna dzielnica Pokhary pozamykana na cztery spusty. Niby knajpki otwierają się na 2 godziny od 18.00, ale akurat właśnie dziś strajkujący urządzili sobie w samym centrum Lakeside (tak się nazywa dzielnica turystyczna Pokhary) manifestację. Manifestacja jak najbardziej pokojowa, ale co z tego skoro z jej powodu nie może zjeść obiadu? Knajpy otwarły się z opóźnieniem i wtedy wygłodniała masa turystyczna ruszyła na żer.
Ale o co właściwie chodzi z tym strajkiem? Otóż strajk ogłosiła nepalska partia maoistyczna – United Communist Party of Nepal. Strajk ma być ich sposobem na wywalczenie własnych racji. Pozamykane szkoły, sklepy, restauracje, fabryki itp to wynik szantażowania tych instytucji/miejsc przez maoistów. Ci, którzy nie przyłączą się do strajku “proszeni” są o bardzo wysokie “dotacje” na rzecz maoistów, albo po prostu demoluje się im lokal. To samo dotyczy ruchu na drogach – drogi są puste w obawie przed zemstą maoistów.
Ile potrwa strajk? Tego nikt nie wie. Maoiści mówią, że tak długo jak trzeba będzie. Ostatni taki strajk zdarzył się chyba 4 lata temu i trwał 19 dni… A tymczasem nasza nepalska wiza kończy się za tydzień. Mieliśmy w tym czasie pojechać do Kathmandu odebrać wizę do Indii, spędzić kilka dni w okolicach stolicy, potem skoczyć na 2-3 dni do Parku Narodowego Chitwan i dalej do Indii. Wygląda jednak na to, że nic z tego…
Więcej o strajku

http://www.thehimalayantimes.com/fullNews.php?headline=Maoists+strike+cripples+life+nationwide&NewsID=242383&a=3

Fotki z dzisiejszej manifestacji maoistów w turystycznej dzielnicy Pokhary
alt
alt
alt
alt
alt
alt
alt
alt


Pokhara i przygotowania przedtrekowe
27 Kwiecień 2010 Magda
Mówią, że okres od marca do maja to drugi najlepszy w roku czas na trekking w Nepalu. Mówią, że widoczność jest wtedy trochę gorsza niż w październiku i listopadzie, kiedy to pogoda jest najlepsza. Teraz pytanie – co znaczy “trochę gorsza”? W tym konkretnym przypadku znaczy to chyba tyle, że nadal widać góry, ale może trochę mniej wyraźnie, bo powietrze jest mniej przejrzyste. I takiej właśnie wersji trzymaliśmy się do momentu przyjazdu do Pokhary. To niedaleko stąd zaczyna się szlak wokół Annapurny – szlak, który wybraliśmy dla siebie. Według opisu z przewodnika i opisu ludzi, którzy tu byli, nad jeziorem w Pokharze góruje masyw Annapurny. Z pewnością tak jest, ale nam przez 3 dni pobytu tutaj ani razu gór nie udało się zobaczyć. Niebo każdego dnia zasnute było chmurami, które z każdą godziną gęstniały i robiły się coraz ciemniejsze. A do tego każdego wieczoru burze. Jedna z nich była tak intensywna, że pioruny walące praktycznie non stop, zlewały się w jeden nikończący się huk. Jednak według prognozy pogody miała się poprawić lada dzień. Więc przesunęliśmy wyjście na trasę do owej poprawy, w międzyczasie inwestując większość czasu w obijanie się. Może mądrzej było by robić codziennie kilka serii przysiadów w ramach przygotowań, ale nas zdecydowanie bardziej pociąga lenistwo. W końcu mamy do przejścia 210km. Wtedy się pomęczymy. Pokhara, w odróżnieniu od Kathmandu, zbudowała sobie dzielnicę turystyczną dosyć daleko od centrum. Składa się ona z hosteli, restauracji, sklepów i bankomatów. Ceny – szczególnie w restauracjach – wysokie. Do centrum – gdzie z pewnością można zjeść sporop taniej – daleko, więc restauratorzy wykorzystują ten fakt ciągnąc od turystów ile się da. Wśród sklepów dominują te sprzedające podrabianą odzież znanych firm. Sklepikarze zapewniają, że wszystko jest bardzo dobrej jakości, ale trudno im uwierzyć. Bo jaką jakoś może mieć plecak za 40zł? Przekonamy się na własniej skórze, bo w takie właśnie plecaki zaopatrzyliśmy się przed trekingiem. Z naszymi dużymi plecakami nie mieliśmy się zamiaru zmagać na szlaku, nasze małe plecaczki podręczne mają raptem 15l pojemności, a to trochę mało na ponad 2 tyg. Stanęło więc na 30-litrowych Mammut’ach ;) Spakowaliśmy chyba niewiele, ale musi wystarczyć. Trasa to w końcu nie salon piękności i inwestowanie w specjalistyczne ciuchy chyba nie jest niezbędne. Muszą wystarczyć służące nam od wielu miesięcy spodenki, koszulki, polary i przeciwdeszczówki. Jeden ręcznik na spółkę, podstawowe kosmetyki, po 5 snickersów, aparat. Nie bierzemy śpiworów – będą musiały starczyć koce w schroniskach. Nauczeni doświadczeniem z Torres del Paine w Chile, że standardowy pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak wcale przed deszczem nie chroni, zrobiliśmy sobie pokrowce z grubych worków na śmieci. Ze sprzętu bardziej profesjonalnego mamy tylko aluminowe kijki. Kiedyś wydawało nam się, że takie kijki to marketingowy wymysł i kupują je tylko ci, którzy na szalku koniecznie chcą mieć wszystkie możliwe gadżety. A potem – przy dwóch okazjach – okazało się, że kijki jednak mają sens, i to bardzo duży. Szczególnie przy stromych wejściach i zejściach. Kto nie wierzy niech kiedyś spróbuje :) Prawie zapomnieliśmy o najważniejszym. O papierach. Bo żeby pójść na treking wokół Annapurny trzeba najpierw dostać papier. A właściwie dwa. Pierwszy to pozwolenia na przebywanie na terenie Annapurna Conservation Area. $28 na osobę. Do tego dochodzi jeszcze Karta Rejestracyjna, która nie wiadomo czemu służy. Powiedziano nam, że jest ona niebędna na wypadek ewentualnego wypadku i koniecznej ewakuacji, ale to przecież bzdura, bo nikt nikogo ewakuować nie będzie póki nie ma ubezpieczenia. Jeszcze w zeszłym roku ta karta była za darmo, ale się ktoś wycwanił, bo teraz ta przyjemnośc kosztuje już $20. Ot tak z dnia na dzień cenę podniesiono z $0 do $20. Żeby papiery dostać trzeba oczywiście wypełnić kilka druczków i złożyć aż 4 zdjęcia. Dla wygody petentów przy punkcie wydawania papierów działa punkt robienia zdjęć. Znudzona 12-letnia dziewczyna delikwentowi zdjęcie jakąś idiot kamerą na tle ściany w domku, w którym owa dziewczynka po godzinach “urzędowania” prawdopodobnie mieszka. Jedyne $4 za 4 zdjęcia. Kiedy to czytacie my od tygodnia jesteśmy na szlaku. Wychodzi nam, że wrócimy najpóźniej 7 kwietnia, ale znając tempo Przemka to może kilka dni wcześniej :) Do tego czasu prosimy o cierpliwość.

alt
alt
alt
alt
alt
alt
alt
alt
alt

1. Chaos. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Bardzo ciasne uliczki w centrum zalane tłumem ludzi, a do tego samochody, motory, rowery, riksze. Z jednej strony wspaniale by było, gdyby te wąskie uliczki w centrum były zamknięte dla ruchu kołowego, ale że tutaj prawie każda uliczka jest wąska i ciasna to chyba jest to niepraktyczne.
Bardzo szybko okazuje się, że w chaosie jest system. Kierowcy jadą jakby na oślep, maniacko naciskając klakson prawie bez przerwy, mijają pieszych i inne pojazdy na swojej drodze w ostatniej chwili. A mimo to nikt na siebie nie wpada, żadnych stłuczek, żadnych potrąconych ludzi. Niesamowite.
2. Turysta = niograniczone środki finansowe. Pewnie nie jest tak w całym Kathmandu, ale na pewno można to powiedzieć w odniesieniu do centrum i Thamelu, dzielnicy turystycznej. Thamelu nie da się porównać do niczego co do tej pory widzieliśmy. To trochę jakby rozrośnięta wersja Kho San Road w Bangkoku, tylko jeszcze większa i bardziej uciążliwa. Każdy chce tu na nas zarobić. Zaczęło się już na lotnisku. Wzięliśmy taxi ze cztery razy mówiąc kierowcy, że nie pojedziemy z nim jeśli ma nam zaraz zacząć polecać jakiś specyficzny hostel. Kierowca tyle samo razy przyrzekał, że w żadnych wypadku tego robić nie będzie. Mieliśmy jechać gdzieś do centrym Thamelu. Jakieś 2 min po wyjeździe z lotniska kierowca mówi, że jeśli nie mamy pomysłu na hostel to on – oczywiście zupełnie przypdkiem – ma w samochodzie ulotkę z pewnego zaprzyjaźnionego miejsca i chętnie nas do niego zabierze…
Znaleźliśmy hostel. Pierwsze pytanie w recepcji to pytanie o nasze plany. Mówimy, że posiedzimy tu kilka dni, a potem trekking. Tak się oczywiście składa, że nasz hostel może nam wszystko zorganizować. Co za zbieg okoliczności. Nie, dziękujemy. Nie planujemy tragarzy ani przewodnika. Damy radę sami. No ale przecież trzeba pozwolenie załatwić, kupić bilet na autobus do Pokhara itp itd. Kierownik hostelu zaraz podejdzie i nam wszystko opowie. Nie, naprawdę nie trzeba.
Na ulicach co chwile ktoś chce nam sprzedać dywan, jakieś ubrania albo haszysz. Przejeżdżający riksiarze oferują usługi. Wszystko oczywiście po świetnej cenie. Special price for you madam, sir…
Sprzedawca mango rzuca ceną wywoławczą z kosmosu. Po chwili negocjacji zgadzamy się na kwotę sporo niższą, ale on – kiedy niby wkłada do reklamówki nasze mango – tak naprawdę wymienia je na egemplarze zepsute.
W restauracjach drobnym drukiem na samym dole menu informacja, że ceny nie zawierają 13% VAT i 10% service charge….
3. Piękna starówka. Tylko dosyć zapuszczona. Było by cudownie, gdyby choćby tylko na Placu Durbarg nie jeździły samochody. Miejsce jest prześliczne, ale trudno się na nim skupić przy tym wiecznym dźwięku klaksonów. Trzeba tu będzie przyjść kilka razy, żeby wszystko zobaczyć. Teoretycznie trzeba kupić bilet, żeby na starówkę wejść. Bilet za chodzenie po przestrzeni publicznej. Wyobrażacie sobie bilety wstępu na krakowski rynek?
4. Deficyt prądu. Nie ma go kilka godzin dziennie. Przerwy w dostawie prądu są dwojakiego rodzaju – planowane odbywają się według grafiku dla każdej dzielnicy czy grupy ulic; nieplanowane jak sama nazwa wskazuje odbywają się poza tym grafikiem. Oczywiście w większośc miejsc biznes kręci się także gdy prądu nie ma. Branża generatorów prądu i akumulatorów jest pewnie jedną z najprężniej działających w Nepalu.
5. Nadwyżka śmieci. Choć z pewnościa śmieci jest tu tyle samo, a może nawet mniej niż w Europie. Chodzi raczej o sposób obchodzenia się z nimi. Tutaj zalegają ona na ulicach i nad rzeką. Tak, wiemy, że takie specyficzne „zarządzanie nieczystościami” jest charakterystyczna dla krajów biednych.Ale mimo wszystko jest to jedna z niewielu rzeczy, która po tych wszystkich miesiącach w podróży nadal doprowadza nas do szału. Najzwyczajniej w świecie nie możemy zrozumieć jak można być tak kompletnie obojętnym na własne otoczenie.
Podoba nam się, ale to nie znaczy, że wszystkim trzeba się zachwycać :)
alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Kathmandu – mój bagaż już tu był

Do Nepalu jedziemy po raz pierwszy. Już dawno chcieliśmy tu przyjechać. Początkowo mieliśmy taki plan w pierwszym etapie naszej podróży. Ale tak się złożyło, że akurat trafilibyśmy na monsun, więc wizytę w tym kraju postanowiliśmy odłożyć na później. Kiedy więc zdecydowaliśmy, że nie chcemy kończyć podróży na Ameryce Południowej, Nepal był naturalnym wyborem. I tak jak wspomniałam – jeszcze nas tu nie było. Za to mój bagaż tak!

A było to tak…

We wrześniu 1999 wracałam do Polski z Dublina, gdzie przez kilka miesięcy pracowałam. Lot był przez Londyn do Warszawy, w dodatku w Londynie trzeba było przejechać z Gatwick na Heathrow. W zasadzie to nie problem, ale Heathrow to ponoć jedno z najgorsze na świecie lotnisk jeśli chodzi o gubienie bagażu. No i moja walizka też się zgubiła. Czekałam w Warszawie przy taśmie aż do ostatniej sztuki bagażu, ale nic przypominającego moją własność nie wyjechało. Załatwiłam formalności związane ze zgubą, po czym wróciłam do domu, gdzie spokojnie czekałam na walizkę. Miała być w ciągu dwóch dni. Minęły cztery, a bagażu nadal nie było. Codzienne telefony niewiele wyjaśniały. Kazano czekać, więc czekałam. Po jakiś sześciu dniach w końcu przełom – bagaż namierzony, ale jest problem. Otóż bagaż miał być nadany na lotnisko w Katowicach (z niego do mnie najbliżej), czyli do KTW – to międzynarodowy kod tego lotniska. Jednak z jakiś kompletnie niezrozumiałych przyczyn został nadany do KTM, czyli do Kathmandu….

Walizka – po długiej podróży z nepalskiej stolicy – dotarła do domu w końcu po chyba ośmiu dniach. A w niej między innymi wędzony irlandzki łosoś, którego wiozłam jako prezent dla rodziny. Na szczęście hermetycznie zapakowanej rybie nepalskie podróże nie zaszkodziły.

alt


Słów kilka o sprzęcie i zdjęciach

Dostajemy od czytelników całkiem sporo e-maili z pytaniami. Pytania są różne i staramy się na nie wszystkie odpowiadać. Jednak niektóre powtarzają się tak często, że pomyśleliśmy, że odpowiedź opublikujemy na blogu, bo tak będzie prościej ;)

Jakby się przyjrzeć pytaniom, które do nas przychodzą, to można by zauważyć, że gdzieś 1/3 dotyczy pieniędzy, a konkretnie skąd je wziąć, kolejna 1/3 to pytania o sprzęt fotograficzny, a reszta jest o wszystkim innym. Co do kasy to już chyba odpowiedzieliśmy. Co do pytań różnych – obiecujemy po zakończeniu podróży upublicznić odpowiedzi na nie (może się to komuś przyda). Za to dziś odpowiemy na pytanie pt. “Czym robicie zdjęcia?”

Większość zdjęć, które wrzucamy na blog są robione aparatem Canon 40d. Ponieważ straszne z nas lenie i nie chce nam się za dużo sprzętu dźwigać to do aparatu są tylko dwa obiektywy – Canon 24-105mm f4 L oraz Sigma 10-20mm f4-5.6. Do Indii weźmiemy chyba także malutki i bardzo lekki Canon 50mm f1.8.

Zdjęcia podwodne robione są malutkim Canonem Ixus 70 włożonym do plastikowej wodoszczelnej obudowy, w którą zaopatrzyliśmy się kilka lat temu. W Azji mieliśmy do tego także zewnętrzną, podwodną lampę błyskową.

I to by było na tyle jeśli chodzi o sprzęt. Można by na tym skończyć, ale nie powstrzymam się i napiszę jeszcze parę słówek :)

Wiele osób o tym wie, ale kto nie wie to niech pamięta, że aparat to tylko narzędzie. Lepsza jakość narzędzia na pewno pomaga w osiągnięciu lepszego rezultatu – tu nie ma dyskusji – ale to tylko połowa sukcesu. A w zasadzie jakieś 20%. Dobry aparat daje dużo możliwości, ale najpierw trzeba nauczyć się te możliwości wykorzystywać. Bo po co kupować Canon 5d jeśli się potem robi nim zdjęcia w trybie auto ? (widzieliśmy takich fotografów nie raz).

Można sobie kupić wypasiony i strasznie drogi aparat, dziesięć obiektywów i robić kiepskie foty. Można też mieć najprostszą lustrzankę i jeden obiektyw i robić dobre foty. W końcu za aparatem stoi człowiek i od niego bardzo dużo zależy.

Żaden ze mnie guru w temacie fotografii, ale wiem jak działa mój aparat, jak kontrolować przysłonę, czas naświetlania, ISO itp, poczytałam sporo o ekspozycji, o kompozycji, o tym jak sobie radzić ze światłem, naoglądałam się tysiące fotek świetnych fotografów, i może dzięki temu moje foty są w miarę poprawne i da się je oglądać. Choć oczywiście ja bym chciała, żeby wynik był dużo lepszy. No ale to wymaga dużej pracy i cierpliwości. Zresztą tak samo jak wszystko inne, w czym człowiek chce być dobry.

Czyli chciałam powiedzieć tylko, że trochę teorii i umiejętności korzystania ze sprzętu z pewnością pomaga w osiąganiu rezultatów. I dużo praktyki. No chyba, że ktoś ma po prostu talent i zawsze mu wychodzi. Ale takich ludzi jest niewielu.


Wcześniej niepublikowane – Mongolia

Mongolski Cyrk Narodowy, Ułan Bator, lipiec 2009

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Kto chce kubek, czyli aukcja

Jak Szanowni Czytelnicy z pewnością pamiętają, nasz blog brał udział w konkursie Blog Roku. Zaszliśmy wysoko (finałowa trójka w naszej kategorii), ale nic nie wygraliśmy. Tak przynajmniej myśleliśmy przez długie tygodnie.

Aż tu pewnego dnia okazuje się, że portal Onet.pl jednak o nas nie zapomniał. Przyszła tajemnicza przesyłka. Trudno powiedzieć jak długo organizatorzy konkursu myśleli nad nagrodami pocieszenia dla przegranych, ale chyba nie za długo. Poza dwoma dyplomami w klimacie zawodów szkolnych w podstawówce, notatnika z logo Onet, smyczy na klucze z logo Onet, dostaliśmy taki oto kubek emaliowany, o szalonej pojemności 300ml

alt

Powiemy tak – miło, że coś na pocieszenie było, ale damy sobie radę bez takiego kubka. Więc może ktoś by miał ochotę? Chętnie ową nagrodę oddamy w dobre ręce, a może przy okazji trochę zasilimy budżet trzeciego etapu podróży (start za 2 tygodnie). Do zestawu dodamy notes i smycz. Pamiętne dyplomy zostawimy sobie na pamiątkę;)

Cena wywoławcza 1 zł (+ koszty przesyłki)

na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zwycięzcą będzie osoba, która zaoferuje najwyższą kwotę. O tym kto to taki poinformujemy w czasie Świąt Wielkanocnych. Ta osoba będzie oczywiście wpisana na listę naszych sponsorów.

Zrozumiemy jeśli nie znajdzie się chętny na ten ponętny zestawik ;)


Chile i Wyspa Wielkanocna – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Walutą w Chile jest peso. W czasie naszego pobytu w Chile $1 = 502p.

Bankomatów jest generalnie dużo (wyjątkiem jest Wyspa Wielkanocna, gdzie wszystkie 3 bankomaty przyjmują wyłącznie karty Maestro/Master Card/Cirrus). Nie ma także problemów z wymianą obcej waluty.

Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły 43tys pesos, czyli $86 na dwie osoby. Ta kwota obejmuje wszystko (noclegi, transport, jedzenie, wstępy, wycieczki, wypożyczenie sprzętu na trekking, wypożyczenie motocykla itp itd) poza biletem lotniczym pomiędzy Santiago a Wyspą Wielkanocną (ten kosztował $600 w dwie strony za osobę).

Mimo, że Chile jest wyraźnie droższe od Argentyny, to wydawaliśmy prawie tyle samo. To dlatego, że w Chile bardzo mało podróżowaliśmy dalekobieżnymi autobusami, 95% posiłków przygotowywaliśmy sami i ponad połowę nocy spaliśmy pod namiotem. Dla porównania w Argentynie sami przygotowywaliśmy jakieś 70% posiłków (steków trudno było sobie odmówić :)), a pod namiotem spaliśmy tylko 10 nocy z 35, jakie spędziliśmy w tym kraju.

Przykładowe ceny (nie odnoszą się do Wyspy Wielkanocnej):
- łóżko w dormitorium – od 5tys
- pokój dwuosobowy – od 12tys
- tani zestaw obiadowy (zupa, drugie, deser) – 1500-2500p
- woda mineralna 1.5l – 300-400p
- Coca Cola, 1 litr – 600p
- 6 jajek – 350p
- 4 bułki – 150p
- duża empanada – 500-600p
- pancho (hot- dog) z piciem – 550p
- duże piwo – 750-800p
- butelka wina – od 1500p
- internet – 300-500p/h

Transport

Standard taki sam jak w Argentynie. Takie same klasy, czyli zwykłe siedzenia, semi-cama i cama (patrz Argentyna – informacje praktyczne).

Santiago

  • polecamy Footsteps Backpackers Hostel na ulicy Almirante Simpson 50 jakieś 3 minuty piechotą od stacji metra Baquedando. Blisko do centrum (3 stacje metra lub 20 min piechotą), fantastyczni ludzie na recepcji, świetne imprezy integracyjne, super atmosfera. Łóżko w 8-osobowym dormie kosztuje 5tys, dwójka to 9tys za osobę (nie wiem czemu, ale ceny na ich stronie internetowej są dużo wyższe). W cenie jest śniadanie
  • przejazd metrem kosztuje od 400-460p za przejazd (drożej w godzinach szczytu)
  • w Santiago jest kilka dworców autobusowych. Są one ulokowane między stacją metra Universidad de Santiago a stacją Estacion Central
  • do Valparaiso co 15 odjeżdżają autobusy firmy Tur Bus z dworca przy stacji metra Universidad de Santiago. Bilet kosztuje 3800p.

Puerto Natales i park Narodowy Torres del Paine

  • dużo hosteli, ale w szczycie sezonu trzeba się było bardzo dużo nachodzić, żeby znaleźć wolne miejsce, więc warto wcześniej rezerwować. Ceny od 5tys za łóżko w pokoju dwuosobowym
  • autobus powrotny do El Chalten jest o 8.30 i 18.30. Można płacić w walucie lokalnej (11tys) lub argentyńskiej (60p)
  • kilka wypożyczalni sprzętu w miasteczku. Śpiwór kosztuje 3tys za dobę, spodnie przeciwdeszczowe 1.5tys. Koszty są liczone od dnia wypożyczenia, tylko od dnia rozpoczęcia treku. Czyli jeśli wypożyczam dziś, a na trek idę jutro to zaczynają liczyć od jutra. Cena jest za każdą noc spędzoną w parku.
  • Kilka firm zapewniających transport do Parku Narodowego Torres del Paine. Autobusy wyjeżdżają między 7.30 a 8.00. Bilet otwarty w dwie strony kosztuje 13tys.
  • Wstęp do parku kosztuje 15tys. Przy zakupie biletu dostajemy mapę parku i jest ona w zupełności wystarczająca na trekking. Są na niej zaznaczone wszystkie kempingi, czasy przejść itp
  • tylko kilka kempingów w parku jest bezpłatna. Większość kasuje 4tys za noc za osobę (na mapce, którą dostaje się przy zakupie biletu jest zaznaczone, które kempingi są płatne, a które bezpłatne). Teoretycznie można spać tylko na wyznaczonych miejscach kempingowych, ale my raz spaliśmy na dziko i było ok
  • Na trasie treku jest dużo źródeł. Wodę z nich można spokojnie pić (także po deszczu kiedy jest trochę zamulona). Nie używaliśmy tabletek do odkażania wody
  • W płatnych kempingach można kupić napoje, ciepłe posiłki i batoniki, ciastka itp, ale ceny są bardzo wysoki, więc lepiej mieć wszystko ze sobą

Wyspa Chiloe

  • nocowaliśmy w Ancud w hostelu Austral zaraz obok dwora autobusowego, jakieś 15min piechotą od centrum. Łóżko w 4-osobowym dormie za 5tys. Dwójka 6 tys za osobę
  • wycieczka w czasie której można zobaczyć pingwiny kosztuje 10tys (można rezerwować przez hostele)
  • wycieczka przez agencję do Chepu to koszt 35tys. Można jechać na własną rękę. Autobus z Ancud do Chepu odjeżdża w poniedziałki, środy i piątki o 6.30. Wraca około 17-17.30. 1,5tys za osobę. Da się dojechać i wrócić stopem, ale to wymaga cierpliwości, bo ruch na drodze do Chepu jest minimalny
  • w Ancud w centrum obok targu jest kilka tanich restauracji z owocami morza. Polecamy. Świetne jedzenie w niezłej cenie. Curanto (tradycyjna lokalna potrawa z muszli i mięsa) kosztuje 2500, ogromny stek z łososia z kupą ziemniaków to 3500p.
  • Kilka kafejek internetowych, 500-700p/h
  • autobus do Castro odjeżdża co 30min z dworca autobusowego, 1200p
  • z Castro regularnie jeżdżą autobusy do Chanchi, 700p
  • Z Ancud autobusy do Osorno i Valdivia (to już na stałym lądzie) są co godzinę. Około 5tys za autobus do Osorno

Pucon i wulkan Villarica

  • spaliśmy na kempingu La Poza, 5 min piechotą od centrum. 3500p za osobę za dobę.
  • wejście na wulkan kosztuje od 35tys do 45tys. My wchodziliśmy z agencją Informationes (siedziba na głównej ulicy, niedaleko supermarketu, ale po przeciwnej od niego stronie ulicy). W cenie transport do i z parku narodowego, bilet wstępu do parku, ubrania ochronne, przewodnik. W cenę nie był wliczony opcjonalny wjazd wyciągiem krzesełkowym (5tys za osobę, zaoszczędza się w ten sposób godzinę marszu pod górę)
  • w okolicach Pucon jest dużo basenów termalnych. Niestety nie ma do nich transportu publicznego, dlatego trzeba korzystać z agencji turystycznych. Koszt to 10-15tys za transport + bilet wstępu
  • autobusy do Santiago odjeżdżają rano i wieczorem. Podróż trwa 10h. Jechaliśmy firmą Pullman, 20tys za osobę

Wyspa Wielkanocna

  • lotnisko jest 15 min piechotą od “centrum” miasteczka
  • na lotnisku po wylądowaniu samolotu czekają na przyjezdnych właściciele chyba wszystkich miejsc noclegowych na wyspie. Oferują bezpłatny transport
  • nocowaliśmy na kempingu Chez Cecilia (nie ta Chez Cecilia, która jest w przewodniku South America Handbook). To jest obok lokalnej dyskoteki, niedaleko miejsca gdzie schodzą się wszyscy co wieczór na zachód słońca. 4tys za osobę za noc, można korzystać z kuchni. 6tys za łóżko (a w zasadzie materac) w mikroskopijnym dormie na poddaszu. Jest na wyspie kilka innych kempingów, ale ten ma najlepszą zdaniem lokalizację
  • mapę wyspy można dostać za darmo w punkcie informacji turystycznej w centrum
  • na wyspie są trzy bankomaty, ale przyjmują tylko karty Master Card/Maestro/Cirrus. Właściciele Visa mogą wybrać pieniądze z karty w banku w okienku
  • wstęp do parku narodowego kosztuj 5tys. Opłata pobierana jest przy wejściu do Rano Raraku (“fabryka” moai) oraz Orongo. Bilet jest ważny przez 3 dni i umożliwia wejście w oba miejsce
  • kilka wypożyczalni rowerów i innych pojazdów. Rower kosztuje 10tys na dzień, skuter to 20tys, duży motor 30tys, auto od 40tys. Warto zapytać o zniżkę, bo konkurencja jest spora. Warto wypożyczyć skuter/motor, bo niektóre miejsca warte zobaczenia są dosyć daleko od miasteczka
  • ceny na wyspie są 2 do 3 razy wyższe niż na stałym lądzie, dlatego warto zabrać ze sobą różne rzeczy z Santiago. My zabraliśmy tylko produkty do przygotowania obiadów, ale byli i tacy, którzy przyjechali z kilkoma sześciopakami piwa, i mieli rację. Dla przykładu duża butelka wody kosztuje 1700p (na lądzie 400p), piwo w puszce 750p (na lądzie tyle kosztuje 1l piwa), Cola 1l 1600 (na lądzie 600). Wszystko inne łącznie z chlebem także kosztuje 2-3 razy więcej. Najtańszy zestaw obiadowy jaki widzieliśmy kosztował 4500p (na lądzie nie więcej niż 2500).
  • w miasteczku jest kilka kafejek internetowych, 1500p za godzinę. Na lotnisku jest bezpłatny wi-fi
  • na wyspę lata wyłącznie chilijska linia LAN. Wiele osób zatrzymuje się na wyspie w ramach stop-overu w drodze na/z Thaiti (zazwyczaj w ramach biletu RTW). Jeśli jednak ktoś chce polecieć na Wyspę z Santiago to skazany jest na LAN. Teraz uwaga! Ceny na europejskich stronach LAN są sporo droższe niż na chilijskiej wersji strony. Niestety dostęp do cen chilijskich można mieć teoretycznie będąc na terenie Ameryki Płd. Jeśli spróbuje się wejść na LAN Chile będąc w Polsce będziemy automatycznie przekierowywani na LAN europejski w momencie próby wyboru połączenia. A to skazuje nas na wysokie ceny. Można to obejść stosując poniższe instrukcje (dzięki temu nie będzie nas przekierowywać z LAN Chile na europejskie wersje strony): Otwórz Internet Explorer
    Kliknij na górze “Narzędzia” i wybierz “Opcje Internetowe”
    Kliknij “Połączenia”
    Kliknij “Ustawienia sieci LAN”
    Zaznacz okienko “Użyj serwera proxy dla sieci LAN…”
    W polu adres wpisz: 164.77.170.67
    W polu port wpisz: 8080
    Kliknij OK

    W pasek przeglądarki wpisz:
    http://www.lan.com/index-es-cl.html


Rapa Nui Dance

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Wyspa Wielkanocna

Żeśmy znowu zaszaleli i na Wyspę Wielkanocną pojechali. Szaleństwo, bo to koszmarnie daleko, więc i cenę swoją ma. Ale jak już nie raz na tym blogu wspomnieliśmy – raz się żyje :)

3700km od najbliższego stałego lądu (Chile kontynentalne). 2100km od najbliższej zamieszkanej wyspy (Pitcarn). Wyspa Wielkanocna to najbardziej odosobniona zamieszkana wyspa na świecie. Holender Jacob Roggeveen, który odkrył wyspę w 1722 roku miał spore szczęście, że w ogóle na nią trafił. No bo wyobraźmy sobie niewielki skrawek lądu – raptem 163km km² (to mniej więcej tyle co powierzchnia Katowic) – na otwartym oceanie. Ocean Spokojny, na którym leży wyspa ma za to 178,7 mln km². Czyli wychodzi na to, że Wyspa Wielkanocna zajmuje jakieś 0,0000916% powierzchni Oceanu. Nie wiem jakie jest prawdopodobieństwo trafienia “szóstki” w totka, ale mam wrażenie, że gdyby w 1722 roku istniał Toto Lotek, to Jacob Roggeveen miałby podobne szanse trafić szóstkę jak trafić na Wyspę Wielkanocną. A wtedy nie byłoby tej słynnej nazwy – Wyspa Wielkanocna. Bo Roggeveen odkrył wyspę w Wielkanocną niedzielę.

Umówmy się – gdyby na wyspie nie było słynnych posągów moai prawdopodobnie nikt by tutaj nie przyjeżdżał. Bo ta wyspa w niczym nie przypomina rajskich wysp południowego Pacyfiku, takich jak znaleźć można na Fidżi czy Polinezji Francuskiej. Nie ma kolorowej rafy, nie ma pięknych plaż (jedyne 2 plaże na wyspie znajdują się jakieś 18km od miasteczka), nie ma szumiących palm. W ogóle bardzo mało tam drzew. Jedna z teorii powstania posągów moai mówi, że ścięte drzewa były używane do przemieszczania posągów i dlatego ich teraz nie ma.

Czy to prawda do końca nie wiadomo, w każdym razie pewne jest, że z powodu braku drzew wyspa cierpi na ogromny deficyt cienia. Przekonaliśmy się o tym nie raz przez te sześć dni, które spędziliśmy na wyspie. A przede wszystkim na polu namiotowym. Bo jak się połączy brak cienia z bezchmurnym niebem, temperaturami w granicach 32 stopni i ortalionowym namiotem, to wychodzi dosyć niezdrowa odmiana sauny. Dlatego przebywanie w namiocie było możliwe tylko od zachodu słońca do mniej więcej godziny 9.00. Niestety przebywanie poza namiotem w pozostałych godzinach też nie należało do komfortowych, z powodu temperatury i braku cienia oczywiście. W dwa miejsca w miasteczku, w których funkcjonuje klimatyzacja, czyli do apteki i budki z bankomatem, głupio było za często chodzić się chłodzić, więc trzeba było sobie jakoś inaczej wypełnić czas.

Na szczęście mieliśmy na polu namiotowym kilka ciekawych osób, więc tematów do rozmów nie brakowało. Szczególnie jedna z nich zrobiła na nas wrażenie. Martha, 50-kilku letnia Niemka. W Niemczech przez lata prowadziła biznes. Pracowała po 12-14h na dobę. I w pewnym momencie stwierdziła, że już jej się nie chce. Sprzedała wszystko – od firmy, poprzez samochód, mieszkanie, jego wyposażenie itp – i postanowiła wyruszyć w świat. Najpierw pieszo (sic!) udała się z Niemiec do Hiszpanii, co zabrało jej 4 miesiące. Potem przyleciała do Ameryki Południowej, kupiła zwykły tani rower, który nie ma nawet lampy, i ruszyła nim na podbój Ameryki Południowej. Chce podróżować tak długo jak się da i będzie jej się chciało. W ogóle nie martwi się faktem, że nie ma do czego wracać. Życie jest krótkie. Trzeba z niego korzystać póki jest. Więc jeśli komuś nadal się wydaje, że to co my robimy to jest jakiś wyczyn (a z otrzymywanych e-maili wnioskujemy, że kilka osób tak właśnie uważa) niech pomyśli o owej Marcie.

A wracając do samej wyspy… Poza tym, że jest gorąco i nie ma cienia, jest tu jednak co robić przez kilka dni. Przede wszystkim są te piękne zachodu słońca, na które co wieczór pielgrzymowaliśmy z kartonem dobrego chilijskiego wina. Kilka razy wybraliśmy się pieszo oglądać atrakcje w okolicach miasteczka, ale tak nas to wymęczyło, że postanowiliśmy na jeden dzień wypożyczyć motor. Puste, choć miejscami mocno dziurawe drogi, wiatr we włosach. Super. Po drodze mijaliśmy męczenników na rowerach i kolejne moai. Jest ich na wyspie całkiem sporo, choć część w kiepskim stanie. Dwa miejsca, które zrobiły na nas największe wrażenie to Ahu Tongariki, czyli słynne 15 posągów ustawionych w rzędzie, i wulkan Rano Raraku, który nazwaliśmy fabryką moai. To właśnie tutaj wycinano posągi z wulkanicznej skały. Jeden 12-metrowy posąg nadal leży niedokończony, a na zboczu wulkanu stoi kilkanaście na wpół zasypanych na przestrzeni lat posągów. Wow.

Zresztą co tu dużo mówić. Wyspa – mimo, że do szczególnie pięknych nie należy – jest wyjątkowa.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Valparaiso

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Zdobywamy wulkan

Do Pucon pojechaliśmy tylko w jednym celu – żeby wejść na wulkan Villarica. Wulkan ma 2847 m npm, więc w porównaniu z powiedzmy Cotopaxi w Ekwadorze, to jednak popierdółka, że się kolokwialnie wyrazimy. Jednak mimo wszystko przygotowaliśmy się na spory wysiłek fizyczny, bo to jednak ciągle pod górkę.

Że każda agencja turystyczna w Pucon ma w swojej ofercie wejście na wulkan, to znalezienie tej najbardziej nam odpowiadającej – czyli najtańszej – było proste. Nie wiedzieć czemu różnica cen między poszczególnymi agencjami sięgała do 30%. Nie bardzo można zrozumieć skąd taka różnica. W końcu czy się płaci kwotę X czy też X + 30% to wejść trzeba na wulkan o własnych siłach. Nikt nas przecież nie wniesie tylko dlatego, że się więcej kasy wyłożyło.

Tak więc wybraliśmy najtańszą agencję i o szóstej rano następnego dnia ruszyliśmy zdobywać wulkan. Ubrano nas wszystkich w wodoodporne spodnie, kurtki i buty, na głowę włożono kaski, do ręki wsadzono nam czekan. Wyglądaliśmy w tym wszystkim mega profesjonalnie, ale później, już na szczycie wulkanu, okazało się, że ci którzy wybrali się z droższą agencją mają nowsze ciuchy, i w dodatku w modniejszych kolorach. Co za strata… ;)

Wejście okazało się być bułką z masłem. Może to dlatego, że trafiło nam się w grupie kilka słabych ogniw i do nich przewodnik dopasował tempo. Pierwszy etap – przejście z 1400m (na takiej wysokości zaczyna się szlak) na 1800m – odpuściliśmy sobie korzystając z wyciągu. Żadne to oszustwo, po prostu nie widzieliśmy powodu – tak samo zresztą jak wszyscy inni ludzie w naszej i pozostałych grupach – żeby męczyć się idąc po stromym zboczu pokrytym sypkim pyłem wulkanicznym. Od 1800m trasa była już w całości pokryta śniegiem, więc szło się dosyć łatwo.

Tak się zdarzyło, że byliśmy pierwszą grupą, która zaczęła tego dnia wspinaczkę. No i gdy weszliśmy kawałek do góry i obejrzeliśmy się za siebie, to okazało się, że poza nami wulkan zdobywa jeszcze jakieś 20 czy więcej innych grup (w każdej grupie do 8 osób). Co za widok! Sznurek ludzi, jeden za drugim, którego końca nie widać.

Dotarcie na szczyt było bardzo satysfakcjonujące. Widok ze szczytu był imponujący. Ale najlepsze było zejście w dół. To było pierwsze w naszym żywocie zejście w dół, które było przyjemniejsze od wejście (w naszym doświadczeniu zejścia mają to do siebie, że męczą kolana i wymagają skupienia i uwagi). Bo wyobraźcie sobie, że zejście z wulkanu polegało na zjechaniu z niego na tyłku. Trzeba było założyć specjalny ochraniach na cztery litery i najnormalniej w świecie zjechać na tyłku po śniegu. Nie zjeżdża się w pierwszym lepszym miejscu, tylko w wyjeżdżonych “kanałach” w śniegu. A że zbocza wulkanu są trochę strome, to przed zjazdem pierwszym tunel niektórzy trochę się stresowali (włącznie ze mną). Na zjazd każdym kolejnym nie można było się za to doczekać.

Świetny dzień, i nawet za bardzo się nie zmęczyliśmy :)

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Chepu, czyli o tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem

My ciągle tkwimy w Santiago, a tymczasem zaległe relacje

Chiloé to taka całkiem spora wyspa w Chile. Pojechaliśmy się tam trochę zrelaksować po Patagonii, gdzie pogodowo trochę nam się nie powiodło.

Na Chiloé zacumowaliśmy w Ancud, miasteczku na północy wyspy. Czas zatrzymał się tu chyba mniej więcej wtedy, gdy w Polsce obradował okrągły stół. Wystawy sklepowe taki właśnie mają klimat, a i architektonicznie jakoś tak wiekowo. Ale poza tym bardzo przyjemnie.

W Ancud nie jest źle, ale pomyśleliśmy, że warto by było zobaczyć coś więcej. Padło na Chepu, dziewiczą część wyspy z pięknym krajobrazem. Lokalne agencje turystyczne ściągają za odwiedzenie Chepu niezły haracz, więc pomyśleliśmy, że pojedziemy na własną rękę. Tylko, że to nie aż proste. Chepu to dziura tak wielka, że autobus kursuje tu tylko trzy razy w tygodniu, i to o niezrozumiale wczesnej porze – 6.30 rano.

Akurat tak trafiło, że wypadał dzień, w którym kursuje autobus, więc wybraliśmy się do Chepu z parą Chilijczyków z hostelu. Na miejsce dotraliśmy gdy zaczęło świtać. Aktywność o takiej porze dnia nie często nam się ostatnio zdarza, więc jakoś tak dziwnie było. Autobus powrotny do Ancud miał odjeżdżać dopiero za 10 godzin. Dużo czasu do zabicia. Uzbrojeni w mapę narysowaną przez kobitkę z hostelu ruszyliśmy przed siebie. Nad całą okolicą unosiła się mgiełka. Magicznie.

Celem była jaskinia przy plaży. Niby max 1.5 godziny spacerkiem. Mieliśmy tylko przejść przez wydmy, przekroczyć małą rzeczkę, pójść wzdłuż plaży i tam miała właśnie być jaskinia. Bułka z masłem. Tylko, że przez ostatnie kilka dni padało. Więc idąc wyznaczoną ścieżką grząźniemy w błocie. Potem – żeby je ominąć – idziemy przez wydmy. Idziemy tak dobrą godzinę, ale małej rzeczki, którą mamy przejść, jakoś nie widać. Chyba obraliśmy zły kierunek. Wpadamy więc na genialny pomysł, żeby wdrapać się na wyższą wydmę i wypatrzeć pequeño rio (czyli małą rzeczkę). W końcu namierzamy rzeczkę, tylko problem jest taki, że ona wcale nie jest pequeño. Po kilku dniach deszczu jest całkiem grande. Podejmujemy próbę przejścia przez wodę, ale po kilku krokach sięga nam ona do uda. Główkujemy co w związku z tym zrobić. Jest dopiero 11.00. Autobus dopiero za 7 godzin. Więc postanawiamy spróbować szczęścia ze stopem. Tylko, że Chepu to nie jest miejsce, przez które biegnie jakoś często uczęszczana droga. Wręcz przeciwnie. Skoro autobus przyjeżdża tu raptem 3 razy w tygodniu to możecie sobie wyobrazić. Czyli trzeba z buta. Do głównej drogi jest jakieś 16km. No ale i tak nie mamy nic lepszego do roboty.

Po pół godzinie marszu nagle pojawia się pick-up. Wystawiamy paluch i koleś się zatrzymuje. Wskakujemy na pakę i sru. W połowie dystansu koleś nas wysadza, bo dalej nie jedzie. Ale szczęście nas nie omija, bo nagle pojawia się na tej pustej drodze taksówka. Pusta. W dodatku wraca do Ancud. Cena śmiesznie niska, więc jedziemy.

Wycieczka średnio udana, ale w takiej podróży nie zawsze wszystko idzie według planu. I dobrze. Inaczej by było nudno.

alt

alt

alt

alt

alt


8.8 w skali Richtera

Wstrząsy obudziły nas około 3.30 w nocy. Najpierw niewielkie. Przemek początkowo pomyślał, że może koło hostelu przejeżdża jakiś ogromny samochód. Ale budynkiem trzęsło coraz mocniej. Bardzo mocno. Wszyscy zerwali się z łóżek i zupełnej ciemności pobiegli na dół. Tuląc się do siebie stanęliśmy pod wielką framugą drzwi wiejściowych. I czekaliśmy aż się skończy.

Trudno powiedzieć jak długo się trzęsło, ale mieliśmy wrażenie, że wiecznie. Gdy w końcu przestało zaczęlło się czekanie na wstrząsy wtórne. Było je czuć co jakiś czas do samego rana. Nawet teraz jak to piszę co jakiś czas czuje się delikatne wstrząsy.

W Santiago trzęsienie miało ponoć siłę 6.9. W Concepcion, jakieś 300km od stolicy, w epicentrum trzęsienia, jego siła wyniosła 8.8. To bardzo dużo. Mimo, że trzęsienia ziemii to w Chile nic niezwykłego (kraj leży na styku płyt tektonicznych) to zazwyczaj są one bardzo delikatne i nie powodują żadnych szkód. Ostatnie trzęsienie o takiej sile jak to dzisiejsze zdarzyło się 50 lat temu.

Prąd w Santiago włączono około 11.00. Ale zanim wszystko wróci do normy, upłynie trochę czasu. Nie działa metro. Na ulicach leży gruz i rozbite szyby. Lotnisko zamknięte do odwołania. W stolicy zginęło 13 osób. W epicentrum i okolicach prawdopodobnie przynajmniej 150. Zdjęcie z Concepcion, które widzimy w TV są nieciekawe. Zawalone domy, zerwane mosty, zapadnięte drogi.

Mamy nadzieję, że Chile szybko się pozbiera. I że nigdy więcej czegoś takiego nie przeżyjemy. Było bardzo nieprzyjemnie. Najnormalniej w świecie baliśmy się, i to bardzo.


Argentyna – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Walutą obowiązującą w Argentynie jest peso. Jego powszechnie używany symbol to $. Więc jeśli widzi się cenę z tym symbolem to nie jest to cena w dolarach.
W czasie naszego pobytu w Argentynie kurs wynosił mniej więcej 1 US$ = 3.8 pesos.

Bankomatów jest sporo, ale często trzeba się wystać w kolejce, żeby wybrać pieniądze. Część bankomatów obsługuje tylko lokalne karty, ale generalnie nie ma problemu z dostępem do pieniędzy. Jedyne odwiedzone przez nas miejsce, gdzie nie było bankomatu to El Chalten.

Nasze średnie dzienne wydatki w Argentynie wyniosły 315 pesos na dwie osoby, czyli około US$82. Z tego średnio aż 125 pesos dziennie szło na transport. To jest ta pozycja w wydatkach, która niestety rozwala w Argentynie budżet. W cenę transportu wliczyliśmy wszystkie przejazy autobusami, jeden wewnętrzny przelot (Buenos Aires – El Calafate) i wynajem samochodu na dwa dni (także koszty benzyny). Mozna bylo spokojnie przyoszczedzic na jedzeniu, ale trudno nam bylo odmowic sobie argentynskich stekow, miesa z grilla i wina :)

Generalnie im bardziej na południe tym drożej. Przynajmniej tak było w szczycie sezonu w Argentynie (styczeń – luty). Oczywiście najdrożej w Patagonii. Ta reguła szczególnie się sprawdza jeśli chodzi o noclegi.

Ceny wybranych towarów/usług:
zestaw obiadowy – 13-25p w zależności od miejsca
łóżko w dormie – od 30 na północy do 50-60 w Patagonii
dwójka w hostelu – 70-140p
woda 1.5l – 3-4p
picie kolorowe gazowane, duża butelka – 5-8p
empanada – 2-3p
pół kilo wołowiny w supermarkecie – około 17p
piwo 1litr w supermarkecie – od 3.5p za najtańsze + zwrotna kaucja za butelkę
butelka wina – od 6p
bagietka – 1.5p
chorizo suszone – 6-7p
internet – 2-3p/h
stek w restauracji – można trafić już za 25p

Transport

Transport autobusowy jest na bardzo dobrym poziomie. W Argentynie nie ma niestety wyboru pomiędzy lepszymi autobusami, a tzw. chicken bus, jak to jest np. w Boliwii. W Argentynie wszystkie autobusy są na bardzo dobrym poziomie, a za tym idzie cena.

Na długich trasach (powiedzmy powyżej 5 godzin) jeżdżą generalnie dwie klasy autobusów – semi cama oraz cama. Semi cama to typowe siedzenia autokarowe dodatkowo z podnóżkiem dzięki czemu śpi się dużo wygodniej.
Cama to coś a la business class w samolocie. Fotel jest gdzieś o 1/3 szerszy niż w semi-cama. Też jest podnóżek. Polecamy clasę cama na długie 20-kilku godzinne trasy. Różnica w cenie nie jest koszmarna, a można się wyspać i nie marnuje się części kolejnego dnia na odsypiane podróży. Jeśli semi-cama kosztuje na danej trasie powiedzmy 240p to cama będzie kosztować około 280p.
Niektóre firmy serwują na długich trasach posiłki, wliczone w cenę biletu. To może być tylko kanapka i kawa, a może być obiad w restauracji. Lepiej więc zapytać o szczegóły przy zakupie biletu.
Ceny u różnych firm na tej samej trasie są generalnie zbliżone, ale warto przed zakupem je porównać, bo czasem da się zaoszczędzić kilkadziesiąt pesos.
Bilety najlepiej kupować co najmniej dzień przed datą wyjazdu. Nie zdarzyło nam się jechać na dłuższej trasie w autobusie, w którym byłoby choć jedno wolne miejsce, więc popyt jest spory.

Na bardzo długie trasy typu Buenos Aires – Usuaia warto sprawdzić cenę biletu lotnicznego. Rezerwując z wyprzedzeniem można polecieć za mniej lub tyle amo co kosztowałby przejazd autobusem, a zamiast spędzać w trasie 40h, leci się tylko 4h. Spotkaliśmy w El Calafate Polaków, którym w szczycie sezonu udało się kupić bilet na samolot do Buenos Aires w cenie autobusu i to na 3 dni przed wylotem, więc warto pytać i sprawdzać.

Bardzo dużo osób podróżuje po Argentynie stopem. Stopowiczów widzi się ogromne ilości, więc można wywnioskować, że kierowców chętnych do podwożenia jest sporo. Nam raz zdarzyło się łapać stopa, co prawda na krókiej trasie, i zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochów. Pewnien spotkany Polak zdołał jednym stopem przejechać trasę z Bahia Blanca do Puerto Gallegos (jakieś 2tys km). Napawa to optymizmem

Ceny i czas przejazdu na wybranich trasach:
La Quiaca – Salta – 7h, 70p semi-cama
Salta – Cafayate – 3h, 35p, zwykły autobus
Salta – Iguazu – 23h, 241p semi-cama, 283 cama
Iguazu – Cordoba – 23h, 275p cama
Cordoba – Mendoza – 12h, 135p semi-cama
Mendoza – Buenos Aires – 15h, 205 semi cama
Busnos Aires – San Antonio de Areco – 3h, 30p
El Calafate – El Chalten – 3.5h, 70p
El Chalafate – Puerto Natales (Chile) – 5-6h, 60p
Bariloche – Puerto Montt (Chile) – 7h, 90p

Buenos Aires

  • Dworzec autobusowy jest bardzo dobrze skomunikowany z wszystkimi częściami miasta.
  • Metro kosztuje 1.1p za przejazd. Cena biletu na autobus miejski zależy od odległości. Najtańszy kosztuje 1.1p
  • Taxi z centrum na lotnisko międzynarodowe Eziza brane z ulicy kosztuje kolo 110p. Zamawiając taxi przez telefon można utargować do 80p (+5p za autostradę).
  • Na i z lotniska jedzie też autobus miejski numer 8. Występuje on w dwóch wersjach – szybsza przez autostradę i wolniejszy bocznymi drogami. 2-3p za przejazd.
  • Zatrzymaliśmy się w dzielnicy San Telmo. Najwięcej hosteli jest wzdłuż ulicy Chile i w uliczkach od niej odchodzących. Ceny w tych tańszych to około 40p za łóżko w formie. Najtańsza dwójka jaką znaleźliśmy kosztowała 115p, ale w hostelu nie było kuchni. Spokojnie można znaleźć dwójkę w hostelu z kuchnią i netem za darmo (wi-fi) za 125-140p. My zatrzymaliśmy się w Buenos Ayres Hostel. Niepozorne miejsce, w którym większość ludzi to długoterminowo mieszkający tam Argentyńczycy. Jeśli ktoś chce spotkać dużo innych turystów i się zabawić to nie jest to dobre miejsce. Hostel jest generalnie spokojny. 125P za dwójkę z łazienką, śniadanie, wi-fi
  • San Antonio de Areco

  • Z Buenos Aires jedzie tam mniej więcej co 1.5h Chavalier i Pulman. 30P
  • Hostel San Cayetano, 3 przecznice od „dworca” w kierunku plazy. Żółty budynek z flagami. Najtańszy nocleg w miasteczku. 80p za dwójkę z łazienką
  • Salta

  • polecamy Hostel Salta por Siempre. Koleś zbiera ludzi z dworca kolejowego (bezpłatny transport). Dwójka bez łazienki za 70p, z łazienką 80p. Są też dormy. W cenie śniadanie. Wi-fi
  • dworzec jest jakieś 20min piechotą od centrum
  • autobusy do Cafayate w kasie numer 18, 35p.
  • Autobusy do Puerto Iguazu, kasa nr 12 (Fecha Bus). Odjazd codziennie o 15.00. 241p za semi-camę i 283 za camę.
  • Cafayate

  • Hostel Huayra Sanjoy. 25p z łóżko w dormie, 30p za osobę za dwójkę. Hostel pilnie potrzebuje remontu
  • Inna opcja to Hostel Angel, 70p za dwójkę. Wypas.
  • Wycieczka do Quebrada de Cafayate kosztuje 60p, trwa 5h (od 14.30). Można zabukować w jednej z kilku agencji w miasteczku
  • także organizowane są wycieczki do Cachi z powrotem do Salty
  • Puerto Iguazu

  • polecamy nocleg Esquina de Bamboo, na rogu Calle El Uru i Calle Fray L Beltran. Jakieś 10min piechotą od dworca. Dwójka bez łazienki za 80p. W cenie śniadanie. Skromnie, ale
  • bardzo czysto. Przemili właściciele.
  • Autobus do wodospadów odjeżdża co 30min (10 i 40 po każdej godzinie) z dworca autobusowego. Kosztuje 5p. Powrót z parku 20 i 50 po każdej godzinie.
  • Wstęp do Parku Narodowego Iguazu kosztuje 60p.
  • Żeby zobaczyć wodospady od strony brazylijskiej (warto!) trzeba wsiąść na dworcu w autobus, który co pół godziny jedzie do Foz do Iguazu (Brazylia), 5p i wysiąść na pierwszym przystanku za brazylijskim punktem granicznym. Przejść na drugą stronę ulicy i łapać autobus do Parku Narodowego. Taki przejazd będzie kosztował 10p w jedną stronę.
  • Jest też nowy serwis autobusowy z dworca w Puerto Iguazu pod bramę wejściową Parku w Brazylii. Nie trzeba się przesiadać. Kosztuje to jednak 35p w dwie strony (więc prawie 2 razy drożej niż przejazd kombinowany). Są tylko 2 albo 3 odjazdy w ciągu dnia. Serwis oferuje firma Cruzero del Norte.
  • Po stronie Brazylijskiej wejście do Parku Narodowego kosztyhe 37reali
  • Cordoba

  • Hostel Che Salguero, Calle Obispo Salguero 724. Jakieś 6 przecznic od dworca, 15min piechotą. 40p za łóżko w dormie

  • Mendoza

  • Hostel Su Casa, calle Montevideo 480. 120p za dwójkę z łazienką i klimą. W innych hostelach także dormy, około 45-50 za łóżko
  • wycieczka po winiarniach – 50p (4h)
  • wycieczka Alta Montana (droga w kierunku granicy z Chile z możliwością zobaczenia Aconacua) – 100p
  • El Calafate

  • transfer z lotniska 26p (dowóz pod wskazany hostel)
  • fajny kamping za stację benzynową na końcu głównej drogi. Od 18 do 22p za osobę, w zależności od miejsca. Prąd, grille. Ciepła woda 24h. Wi-fi za darmo.
  • Transport na lodowiec Perito Moreno standardowo kosztuje 80p w dwie strony. Można zabukować na dworcu autobusowym lub przez każdy hostel/agencję w miasteczku
  • Żeby zobaczyć lodowiec trzeba zapłacić 75p za wstęp
  • godzinny rejs przy lodowcu kosztuje 50p
  • trekking po lodowcu + jest – 400p
  • autobus do Puerto Natales o 8.30 i 18.00, 5-6h, 60p
  • autobus do El Chalten o 8.00, 13.00, 18.30. 3h, 70p
  • El Chalten

  • w sezonie warto zarezerwować hostel, bo popyt jest ogromny, a miejsc wcale nie tak dużo. Łóżko w dormie kosztuje około 50-60p
  • 3 kempingi. Najtańszy (15p za osobę) jest przy wjeździe do miasteczka, ale jest przy samej drodze, do tego bardzo nierówny teren. Dwa o wiele fajniejsze kempingi są w północnej części miasteczka, w kierunku początku trasy na Fitz Roy. Oba kempingi są tuż obok siebie, ceny i standard taki sam. Bardzo spokojne, kawałek od drogi. 20p za osobę.
  • Kilka sklepów w miasteczku, ale słabo zaopatrzone. Warto zrobić zakupy w El Calafate
  • Przejazd Ruta 40 w kierunku Bariloche

  • z El Chalten odjedżają codziennie w sezonie rano minibusy do Bariloche. 23h non stop, 300p
  • druga opcja to autobus z firmą ChaltenTravel. Odjazd w dni nieparzyste o 8.00 z El Calafate i o 9.00 z El Chalten. Pierwszego dnia dojeżdża się do Perito Moreno (jakieś 13-14h w drodze), tam się śpi. Następnego dnia 13h jazdy do Bariloche. Kosztuje to 380p. Nocleg nie jest wliczony w cenę
  • Bariloche

  • dworzec autobusowy jest spory kawałek za centrum. Każdy autobus miejski zatrzymujący się na przystanku przy nim jedzie przez centrum
  • autobusy miejskie są dwa razy droższe niż w Buenos Aires. Najkrótksza trasa kosztuje 3p
  • najbliższy miasta camping nazywa się Selva Negra, jest 2.5km za centrum. Jedzie tam autobus numer 20 i 21. Kemping jest niestety bardzo drogi. Jedna noc to 39p za osobę za noc. Jeśli zostaje się na 2-4 noce to koszt spada do 35p za osobę. 5 nocy i więcej to 31p. Kemping jest bardzo przyjemny. Każde miejsce pod namiot ma dostęp do prądu. Jest też zadaszone miejsce z palnikami na gaz, więc nie trzeba marnować własnych zapasów. Wi-fi. Jakieś 30min piechotą od centrum lub 10 min autobusem.
  • Łóżko w hostelowym dormie można znaleźć od 45p, ale to będzie ciasny pokój na 10 osób. Coś przyjemniejszego to koszt od 50 do 60 za łóżko. Dwójki kosztują co najmniej 180p.
  • Wjazd na punkt widokowy na Cerro Torres kosztuje 55p za osobę. Warto wjechać, bo widoki są piękne. Pod kolejkę linową jeździ z centrum co godzinę bezpłatny autobus.
  • Auto wynajmowaliśmy w wypożyczalni Open. Są trochę tańsi niż seciówki typu Hertz czy Avis. Są na ulicy Mitre 171 (w pasażu). Najtańsze auto to była Corsa. 210p na dzień z limitem 200km na dzień. Z limitem 400km 295p. W cenie jest ubezpieczenie. Dwa dni z limitem 400km starczyło nam spokojnie na zrobienie Circuito Chico, Ruta de 7 Lagos aż do Junin de los Andes i powrót przez Ruta 40 i Lago Traful. Trzeba mieć kartę kredytową. Zabezpieczają na niej 3500p do czasu zwrotu auta.
  • Z Bariloche można bez problemu dojechać do wiele miejsc w Argentynie. W przypadku Chile są tylko autobusy do Puerto Montt przez Osorno. W Osorno można się przesiąść na autobus do Santiago.

Argentyńska kraina jezior

Zrobiliśmy rzecz szaloną – wynajęliśmy samochód. Bo wynajem samochodu w miejscu takim jak Bariloche, w szczycie sezonu, to finansowe szaleństwo. Tutaj płaci się za to jakieś dwa i pół raza tyle co w Sydney, więc możecie sobie wyobrazić. No ale nie było innego sposobu na to, żeby zobaczyć z krainy jezior coś więcej niż tylko Bariloche. Wynajęliśmy więc owy pojazd na dwa dni i ruszyliśmy w drogę.

Zawsze wiadomo było, że nie ma to jak własny środek transportu. Pełna elastyczność, można się zatrzymać kiedy i gdzie się chce. Ogląda się co i jak chce. Rewelacja. Znów się rozmarzyliśmy. Bo marzy nam się długa podróż samochodem, albo jeszcze lepiej motorem, po Ameryce Północnej albo Azji Centralnej (a najlepiej to i tu i tu).

Więc pykaliśmy sobie od jeziorka do jeziorka. Co jedno to ładniejsze. Tylko te drogi. Bo w Argentynie całkiem spora część dróg krajowych jest najnormalniej w świecie żwirowa. A taka Corsa czasem ma z tym problem.

No i jeszcze ten strasznie irytujący zwyczaj nadużywania świateł awaryjnych. Zupełnie nie można tego pojąć. Przecież producenci samochodów już dawno wymyślili światła na różne okoliczności. Jest światło stopu do hamowania, jest kierunkowskaz do zmiany kierunku jazdy, jest światło wsteczne, do cofania. Jednak tutaj to nie wystarcza i dodatkowo prawie każdy używa świateł awaryjnych. Chce taki zaparkować, to zamiast włączyć kierunkowskaz to daje światła awaryjne. Cofa – włącza światła awaryjne. Musi zwolnić, bo na drodze sznur samochodów – światła awaryjne. Nigdzie indziej w Argentynie czegoś takiego nie widzieliśmy. Jakiś lokalny, dziwny obyczaj.

Hitem okazało się jezioro Traful. Matko, co za kolory! Jak się patrzyło na tą wodę to się człowiek czuł jak na Fidżi, a nie w Argentynie.

Pofatygowaliśmy się też do mieścinki pod tytułej Junin de los Andes, bośmy wyczytali gdzieś, że to argentyńska stolica pstrąga. Ślinotok mieliśmy na myśl o pstrągu z grilla. Tylko, że cholera w Junin de los Andes nikt tych pstrągów nie sprzedaje. Przynajamniej nam nie udało się namierzyć miejsca, gdzie można by ową rybkę nabyć. A szukaliśmy wytrwale. Jedyna chyba opcja to sobie owego pstrąga złowić. A to nie jest bułka z masłem, szczególnie jak się nie posiada wędki.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Bariloche

Ktoś kiedyś napisał – chyba na jakimś blogu, że Bariloche to takie argentyńskie Zakopane. Coś w tym jest, ale nam się wydaje, że to bardziej argentyńskie Queenstown. No bo w Zakopanem jakoś bardziej swojsko i bardziej dla zwykłego zjadacza chleba. Można placki ziemniaczane, albo zapiekankę zjeść z budki, a i o nocleg za nie więcej niż 25zł za osobę nie trudno. W Bariloche 25zł za osobę to kosztuje rozbicie namiotu na lokalnym kempingu, a czegokolwiek w cenowym klimacie zapiekanki czy placków można ze świeczką szukać.
Lokalizacyjnie też jakoś bardziej jak w Queenstown niż w Zakopcu. No bo jeziora w samym Zakopanym niestety nie ma. A w Bariloche (i w Queenstown) jest. I to ogromne. I piękne.

Zaskakuje praktycznie nie istniejąca aktywność z dziedziny sportów wodnych na jeziorze. Ma się wrażenie, że gdyby to miejsce znajdowało się gdzieś w Europie (albo w Queenstown właśnie) to wybrzeże pełne byłoby wypożyczalni kajaków, rowerów wodnych, można by było wynająć żaglówkę, albo popłynąć na rejs po jeziorze. A w Bariloche nic z tych rzeczy. Może to kwestia pogody, ale nie wydaje się, żeby była ona mniej stabilna niż np. na Mazurach.

Tak więc rajem dla miłośników sportów wodnych Bariloche nie jest, ale z pewnością jest rajem dla miłośników czekolady. Takiego zagęszczenia sklepów z ręcznie robionymi czekoladkami, nie widziliśmy nigdzie indziej. Rekord świata bije sklep o nazwie Turista, który wielkością przypomina mały supermarket. Na 70% jego powierzchni sprzedaje się tylko i wyłącznie czekoladę (reszta to lody, przetwory owocowe itp.). Niespotykane. Mało który dorosły potrafi koło takiego miejsca przejść obojętnie. Tutaj każdy jest jak dzieciak w sklepie z zabawkami.

W Bariloche zajadaliśmy się więc czekoladkami przez kilka dni, a później ruszyliśmy na objazd argentyńskiej krainy jezior. O tym w następnym odcinku.

alt

alt

alt

alt


Yerba mate

Umiłowanie przez Argentyńczyków yerba mate to zjawisko o skali jakiej dotąd nie spotkaliśmy nigdzie. Boliwijczycy żują namiętnie liście koki, ale to się w zasadzie ogranicza do Indian. Birmańczycy żują zapewniający im pomarańczowo-czarne uzębienie betel nut, ale tu też zjawisko jest ograniczone – żują w zasadzie tylko mężczyźni. A w Argentynie yerba mate piją wszyscy bez wyjątku dorośli.

Na początku nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Ludzie w autobusie z termosami, z których systematycznie dolewają wrzątek do śmiesznych małych kubeczków. W kubeczkach fusów prawie po sam brzeg. A piją to coś przez rodzaj metalowej słomki. Bardzo ciekawe.
Na ulicach też widać ludzi z termosami przewieszonymi przez ramię, albo przymocowanymi do plecaków. Szybko okazało się, że picie yerba mate to w Argentynie zjawisko masowe.

Yerba mate to zmielone liście, coś na kształt zielonej herbaty, ale pije się to w niewyobrażalnie mocnym stężeniu. Spróbujcie nasypać sobie do szklanki zielonej herbaty do połowy wysokości naczynia i zalejcie tylko na tyle, żeby fusty zamoczyć. Napój jest tak niesamowicie mocny, że w pierwszej chwili odrzuca. W drugiej i setnej chwili też. Nie wiemy w jakim wieku zaczyna się pić yerba mate i ile czasu zabiera młodemu Argentyńczykowi przyzwyczajenie się do jej picia, ale jakimś cudem najwyraźniej wszystkim się to udaje.

Najfajniej obserwuje się kierowców autobusów na długich trasach. Zawsze jest ich dwóch. Na każdym postoju napełniają wrzątkiem dwa czy trzy termosy, które zawsze ze sobą mają (na stacjach benzynowych są stoiska z wrzątkiem za 1 peso). Potem ten, który akurat nie prowadzi zaczyna przygotowywać wywar. Wyrzuca z kubeczka stare fusy i hojnie napełnia je nową porcją. Potem dolewa wrzątek i najpierw sam pije przez metalową rurkę. Nie jest tego dużo – ze trzy łyki na jeden kubeczek. W końcu 80% jego objętości zajmują fusy. Uzupełnia kubek wrzątkiem i podaje go prowadzącemu. I tak w kółko, aż nie skończą przynajmniej jednego termosu. W międzyczasie fusy wymienia się kilkakrotnie. Godzine czy dwie później ceremonia się powtarza.

Zaopatrzyliśmy się w zapas yerba mate i kubeczek do jej picia, więc jak będziemy w Polsce to zapraszamy na degustację :)


Ruta 40

Ruta 40 na trasie El Chalten – Perito Moreno – Bariloche.

Zdjęć mało, bo i postojów było mało. No i jak się jedzie przez 24h praktycznie permanentnie przez pustkowia to sen trochę morzy ;)

alt

alt

alt

alt

alt

alt


El Chalten

Od spotkanych ostatnio ludzi o El Chalten słyszeliśmy głównie opowieści pogodowe. Że wichury, które potrafią porwać namiot, że dużo deszczu, że zamiecie śnieżne. Przygotowaliśmy się więc na powtórkę z Torres del Paine. Tym razem postanowiliśmy się zakwaterować w hostelu, bo w takich warunkach pogodowych przyjemniej mieć nad głową dach, a nie tylko mokry tropik. Jednak okazało się, że znalezienie noclegu w El Chalten to nie jest sprawa prosta. Odwiedziliśmy każdy hostel we wsi. I znaleźliśmy jedno wolne łóżko. Nie licząc oczywiście pokoi za US$60, ale te zupełnie nas nie interesowały. Nas jest dwójka, wole łóżko jedno, więc koniec końców wylądowaliśmy jednak na kempingu pod namiotem.

El Chalten to jest dziura przez duże D. Jeszcze 25 lat temu nie było tu kompletnie nic. Miasteczko powstało w ramach przepychanek terytotialnych między Argentyną i Chile. Argentyńczycy stwierdzili, że jak postawią tu sobie, tuż przy granicy, miasteczko, to Chilijczycy się odczepią. Powstała więc mieścina pod tytułem El Chalten. Kilka ulic, kilka miniaturowych sklepów, dużo drogich hosterii i zdecydowanie za mało tanich hosteli, kupa bezdomnych psów. Te teraz mają całkiem niezłe życie, bo turystów sporo, więc się zawsze coś trafi – ktoś podkarmi, albo chociaż pogłasze. Jak tu wygląda życie zimą trudno sobie wyobrazić.

Wstajemy rano, a tu zaskoczenie – niebieskie niebo. Trzeba z tego skorzystać. Czyli idziemy w góry. Po Torres del Paine chwilowo mamy awersję do chodzenia po górach z ciężkim plecakiem, więc tym razem bierzemy się za zaliczanie jednodniowych szlaków. Najpierw Laguna de Los Tres, żeby zobaczyć słynnego i pięknego Fitz Roya. Szlak jest pod emerytów. Do tego śliczna pogoda. Krótko mówiąc idealnie w związku z naszą chwilową niechęcią do chodzenia. Pogoda piękna, ale oczywiście nie w tych obszarach nieba, na których nam najbardziej zależy, czyli nad Fitz Royem. Wszędzie niebiesko, a nad górą oczywiście kupa chmur. Nad same jezioro de Los Tres nie dochodzimy, bo tam trzeba by jeszcze z godzinę wspinać się pod stromą górkę, a skoro takie zachmurzenie, to nie chce nam się wspinać. I tak nic nie zobaczymy.


alt

alt

Decydujemy, że zaliczymy dziś za jednym zamachem, korzystając z nadal w miarę niezłej pogody, inny szlak dla emerytów, ten do Laguny Torre. Przy lagunie – surprise, surprise – znów chmury nad górami, mimo że wszędzie indziej niebo błękitne. Szlag by trafił. Do tego przy samej wodzie wieje tak, że człowieka potrafi przewrócić. Spotkani po drodze Polacy (już 17 rodaków spotkaliśmy w Patagonii) mówią, że wczoraj rozjaśniło się dopiero późno wieczorem. Do wieczora w tej wichurze siedzieć nie będziemy, czyli chyba Cerro Torres nie zobaczymy.

alt

alt

I

alt

alt

Na następny dzień zapowiadają deszcz. A tu w okolicach południa robi się przepięknie. Szczyt Fitz Roya wyłania się znad gór otaczających El Chalten. Takiej pogody nie można zmarnować. I teraz dylemat – gdzie iść? Pod Torre czy Fitz Roya? Bo i tu i tu nie damy już dziś rady. Za późno. Wybór pada na Torre, bo jednak Fitz Roya widziliśmy. Zza chmur, ale jednak. A Cerro Torre nie wychyliło się w czoraj ani na moment zza gęstych chmur. O tym, że warto było jeszcze raz się tam przejść przekonują chyba najlepiej fotki.

Do El Chalten musimy jeszcze kiedyś wrócić. Koniecznie.

alt

alt

alt

alt


Lodowiec Perito Moreno

250km kwadratowych lodu. 30km długości. Średnio 74m wysokości ponad poziomem wody. W najwyższym miejscu aż 170m wysokości. Krótko mowiąc bardzo dużo lodu. W życiu nie widzieliśmy tyle lodu, w dodatku aż tak niebieskiego. To jedno z tych miejsc, które zachwyci każdego. Niesamowite jest do czego zdolna jest przyroda.

Przy okazji przekonaliśmy się czym jest patagońska pogoda. W ciągu 4 czy 5 godzin pobytu przy lodowcu ubieraliśmy się i rozbierali z niespotykaną regularnością. Niebieskie niebo, słońce, za chwilę nieba nie ma, a są tylko chmury. Deszcz. Znów słońce. Wichura. Ulewa. Słońce. Deszcz. Wiatr. Niebieskie niebo. Deszcz. I tak w kółko.

Poobserowaliśmy też jak świetnie działa lokalny przemysł turystyczny. Każdy chce zarobić. To wiadomo nie od dziś. Na przykład bardzo droga kawiarnia-bar przy lodowcu. Świetny zarobek zapewniła sobie w prosty sposób. (To oczywiście tylko nasza teoria i domysły, ale jakoś nie umiemy znaleźć powodu, żeby było minaczej). Otóż pod lodowiec z El Calafate większość ludzi jedzie rano regularnym autobusem/minibusem, który zabiera ich z powrotem do El Calafate po czterech godzinach. No więc te cztery godziny to jest w sumie sporo. Godzinka zleci na wycieczce łodzią przy lodowcu, ze dwie (przy dobrej pogodzie) szwędając się po “ścieżkach” biegnących przy lodowcu. No i zostaje jeszcze jedna godzina. Jak nie pada i nie jest za zimno, to można się jeszcze trochę powałęsać. A co jak pada i jest zimno? Wtedy idzie się do kafejki, przynajmniej część ludzi idzie. No i każda z tych osób coś tam kupi. Frytki za 10pesos, hamburgera za 20p, piwo za 15p. Kasa się zarabia.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


PN Torres del Paine, czyli o tym jak przegraliśmy z pogodą

Miało być tak pięknie. Sześć lub siedem dni wśród cudownych gór i lodowców. Obcowanie z naturą na najwyższym poziomie. W rzeczywistości było tak:

Dzień pierwszy

Dziś zaczynamy trek w Parku Narodowym Torres del Paine. Wybraliśmy trasę Circuite, w sumie jakieś 100km. Sześć lub siedem dni w trasie, zależy jak szybko będziemy szli. Autobus do parku odjeżdża z Puerto Natales przed 8 rano. Na dworze deszcz, wieje, zimno jak cholera, chmury wiszą nisko. Generalnie do bani. Trzeba mieć tylko nadzieję, że w parku będzie lepiej.

Całe dwie godziny w drodze do parku leje. Gór, które podobno widać w drodze, dziś nie ma. Siedzą ukryte za gęstymi chmurami. Dojeżdżamy do punktu startowego treku. Plecaki na plecy i w drogę. Plecaki ciężkie. Namiot, śpiwory, ciuchy na zmianę, jedzenie. To wszystko waży. Cały czas pada.

Po godzinie marszu trochę się przejaśnia, ale tylko na chwilę. Zanim się człowiek zdąży rozebrać z kurtki przeciwdeszczowej deszczu znów zaczyna padać. Ścieżka bardzo błotnista. Trzeba nieźle manewrować. Ktoś ułożył z kamieni na ścieżce wymowny napis Fuck U. Pewnie chodzi o to cholerne błoto.

Trafiamy na pierwszą przeszkodę – rzeczka bez mostku. Po oględzinach stwierdzamy, że jedyna opcja to ściągnąć buty i przez rzeczkę przejść. Tak też robimy.

Po jakiś 3 godzinach marszu w końcu wychodzi słońce, niebo robi się niebieskie. Kolejna rzeczka bez mostku. Próbujemy zbudować prowizoryczny, ale wytrzymuje tylko jedną osobę. Więc znów buty z nóg i na drugą stronę. Za nami idzie para, która postanawia rzeczkę przejść w butach. Dziwimy się strasznie, że tak z premedytacją moczą buty. Niewiele później okazuje się, że tutaj butów w suchości i tak nie da się długo utrzymać.

alt

alt

alt

Dochodzimy do kempingu. Do następnego jest 6 godzin marszu, nie damy rady dziś tam dojść, ale tutaj nie chcemy nocować. Mamy jeszcze jakieś 4 godziny do zmierzchu, a kemping kosztuje $8 za osobę. Nie mamy ochoty tyle płacić, więc idziemy dalej. Rozłożymy się gdzieś na dziko.

Zaczyna padać. Scieżka robi się koszmarnie błotnista. Błoto do kostek, w wielu miejscach nie ma go jak ominąć. Trzeba też przejść przed mokradła z wodą prawie do pół łydki. Był tu kiedyś podest, który nad nimi prowadził, ale zostały z niego tylko porozrzucane deski. Dalej ścieżka robi się bardzo wąska i biegnie wśród wysokich do biodra mokrych traw. Więc spodnie całe mokre. Szukamy kawałka płaskiego terenu na rozbicie namiotu, ale nie mamy szczęścia. A deszcz pada i pada. W końcu, po 3 godzinach od wyjścia z poprzedniego kempingu, znajdujamy kawałek płaskiego terenu, bez wysokiej trawy, w dodatku otoczony drzewami. Chyba nic lepszego nie znajdziemy. Rozbijamy się. Plecaki mokre, ale trzeba z nimi spać. Swoją drogą zastanawiamy się dlaczego jeszcze nikt nie wymyślił pokrowców przeciwdeszczowych na plecaki, które rzeczywiście chronią przed deszczem, a nie tylko chwilową mżawką. Może to jest pomysł na biznes??

Leje przez pół nocy. Gdy przestaje padać zaczynają się słynne patagońskie wichury. Nie da się spać. Co chwile słychać jak zbliża się kolejny podmuch. Na szczęście nie zrywa nam namiotu, pewnie dzięki drzewom wokół.

Dzień drugi

Wstejemy o 8.00. Znów pada. Mocno. Szybko się zbieramy i w trasę. Dziś postanawimy zrobić pożytek z przeciwdeszczowych spodni wypożyczonych w Puerto Natales (swoją drogą te spodnie to była świetna inwestycja). Na nogi wkładmy wczorajsze mokre skarpety i mokre buty. Leje jak z cebra, więc szkoda suchych skarpet. Patent z workiem w butach ma krótkotrwały żywot.

Po trzech godzinach dochodzimy do kolejnego kempingu. Robimy sobie przerwę śniadaniową-obiadową, bo dziś jeszcze nic nie jedliśmy. Chowamy się pod drzewem i wcinamy parówki z sucharami. Deszcz cały czas pada.

Kolejne cztery godziny to permanentne błoto i deszcz. Widoki żadne. Wszystkie góry są za nisko wiszącymi chmurami.

Namiot rozbijamy w deszczu. Szybka kolacja i do spania.

Dzień trzeci

Dziś rano nie ma deszczu. Jest za to śnieg. I to jaki gęsty! Szybko zwijamy namiot, ubieramy się ciepło (poza mokrymi butami) i w drogę. Niektórzy “twardziele” idą w trasę w krótkich spodenkach…

Mamy dziś do przejścia przełęcz na wysokości 1200m npm. Niby nisko, ale to jest Patagonia. Na przełęczy zamieć śnieżna, straszny wiatr. Brodzimy w śniegu po kolana. Czegoś takiego nie spodziewaliśmy się w środku lokalnego lata.

Za przełęczą nieziemska wichura. Zaczynamy schodzić w dół. Na kilka sekund trochę rozchodzi się chmura i po raz pierwszy widzimy niewyraźnie ogromny lodowiec Szary.

Zejście w dół jest koszmarne. Bardzo stromo, a po kilku dniach prawie ciągłego deszczu, kompletnie pokryte błotem. Do tego strasznie śliskie. Trzeba iść jak po lodzie. Na wielu fragmentach ścieżki płyną strumyki, więc znów brodzimy w wodzie.

Całe sczęście trochę się przejaśnia i możemy przez kilka chwil podziwiać lodowiec.

Pierwszy kemping na trasie omijamy i idziemy do kolejnego. Spotykamy na nim Polaków z Łodzi. Wspólnie pichcimy i wymieniamy się opowieściami z „pola bitwy”. Jutro planowali iść w kierunku przełęczy, ale gdy zobaczyly w jakim stanie są nasze buty i spodnie, zmienili plany.

Gdy kładziemy się spać znów zaczyna padać.

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Dzień czwarty

Jakiś cud nastąpił, bo dziś rano nie ma ani deszczu, ani śniegu. Za to wieje.

Nasze stopy, po trzech dniach przebywania praktycznie permanetnie w mokrych skarpetkach i butach, są w koszmarnym stanie. Bąble, spuchnięte palce i strasznie obolałe i nabrzmiałe od wilgoci paznokcie. Nie damy chyba rady skończyć trasy. Gdyby nam spadły z nieba suche buty – najlepiej chyba gumowce – to by nie było problemu. Ale na buty z nieba nie ma chyba co liczyć. Więc podejmujemy decyzję, że kończymy trek. Musimy tylko dostać się przed południem do punktu, z którego odpływa katamaran, bo to na tym etapie jedyna opcja wydostania się z parku inaczej niż na własnych nogach. Na miejsce udaje się dojść na czas. Łapiemy katamaran.

Udało nam się przejść dokładnie 75%.

alt

alt

alt

alt

alt


Un club cada dia mas grande

Wizyta na stadionie Club Atletico Boca Juniors, Buenos Aires

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Buenos Aires

I znów wylądowaliśmy w jakimś dziwnym hostelu. To znaczy hostel był w sumie normalny, ale ta lokalizacja! Na poziomie drugiego piętra, jakieś 30m od budynku, przebiega wiadukt, a na nim 3 pasy autostrady w każdym kierunku. To, że w hostelu było w związku z autostradą głośno to pół biedy. Gorsze było to, że za każdym razem, gdy autostradą w jednej chwili przejeżdżało równocześnie kilka aut (a częstotliwość tego była bardzo duża) cały budynek trząsł się, jakby zaraz miał się zawalić. To było zjawisko, do którego cieżko się przyzwyczaić, więc po nocy w trzęsącym się budynku postanowiliśmy się przenieść w nieco spokojniejszą lokalizację.

No ale miało być o Buenos Aires. Co tu dużo mówić. Miasto robi wrażenie. Jest rozległe, architektonicznie bardzo przyjemne, klimatycznie bardzo europejskie. Ilość tzw. atrakcji nie powala na kolana, ale tu samo spacerowanie szerokimi alejami i wąskimi bocznymi uliczkami jest atrakcją. Moglibyśmy tu mieszkać, i mówimy to zupełnie serio. Jest serio fajnie. Jedyny problem to siesta. Koło 13.00 zamyka się dosłownie wszystko, i otwiera się znowu dopiero koło 17.00. W biurach też kilku godzinna przerwa. Tak zresztą jest w całej Argentynie. Tutaj tak po prostu funkcjonuje życie, ale dla nas to jakiś kosmos. Nasza polska natura mówi nam, że w pracy trzeba jak najszybciej zrobić co jest do roboty i wracać do domu delektować się wolnym czasem. Nawet raptem godzinna przerwa na lunch w Australii wydawała nam się stratą czasu. O ile przyjemniej byłoby skoczyć godzinę wcześniej?

Turystów w Buenos jakoś nie widać. Ale to prewnie dlatego, że mieszają się z lokalnym tłumem, który wygląda dokładnie tak jak tłumy w południowej Europie. I to nam się tutaj najbardziej podoba.

alt

alt

alt

Buenos Aires, Argentina

alt

alt

alt

alt

alt

Buenos Aires, Argentina

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Zanim wyruszyliśmy w naszą podróż, byliśmy przekonani, że zaspokoi ona nasze wszystkie podróżnicze marzenia i potrzeby. Wydawało się, że kilkanaście miesięcy to tak strasznie dużo, że zobaczy się tyle świata, tyle przeżyje, poczuje, spróbuje. A to wcale nie prawda.

Bo z podróżowaniem jest jak z dobrym winem. Jak się spróbuje, zasmakuje, trochę czasu spędzi razem, to nagle trudno przestać myśleć o tym, co daje tyle radości i przyjemności. Chce się więcej i więcej. Można to chyba nazwać uzależnieniem. I to co na początku jest być może tylko przygodą, czymś fajnym, przyjemnym, odskocznią od rutynowej rzeczywistości, nagle staje się bardzo ważne, może najważniejsze. I nie chodzi o sam proces podróżowania, a bardziej o to co on nam daje. A daje wolność i radość.

Więc 13 miesięcy za nami, a my myślimy. Myślimy nad tym co by było, gdybyśmy mieli kolejny rok do wykorzystania; gdybyśmy znów mieli taki stan konta jak rok temu; gdybyśmy jeszcze raz mieli podjąć decyzję o tym, czy warto “zmarnować” kilkanaście miesięcy życia. I tu nie ma żadnych wątpliwości – dalej byśmy podróżowali. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia.

To tak troche o naszych aktualnych przemyśleniach :)



Na zachód od Mendozy

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Mendoza i wino

Winko, mniam mniam. To mówi Przemek, bo ja nie lubię za bardzo. Więc dla Przemka wizyta w Mendozie była jak wizyta w sklepie z zabawkami dla 3-latka.

Dawno, dawno temu francuskie wino było jedyne i najlepsze. Te czasy jednak już jednak minęły. Dziś wino robi się na wszystkich kontynentach i nie jeden kraj i region dogonił – a niektóre przegoniły – Francję. California, RPA, Hiszpania, Nowa Zelandia, Australia, Chile i Argentyna właśnie. A jak wino w Argentynie to tylko w Mendozie.

Odwiedziliśmy więc kilka winiarni. Jest z czego wybierać, bo w prowincji jest ich ponad 1200. Wizyta w winiarni przewiduje zajrzenie na plantacje, oglądanie maszyn, omównienie procesu produkcji i takie tam bajery, ale umówmy się – najlepsza w całej wizycie jest degustacja. Miła pani, pracownica winnicy, polewa wtedy dobre winko i przeprowadza ekspresowe szkolenie w kwestii tego jak pić owy napój. Kolor trzeba oceniać najlepiej w świetle naturalnym, potem winkiem wstrząsnąć, żeby je utlenić (nie wiem jak się to mówi po polsku), potem niby trzeba wąchać, ale i tak wszyscy czekają tylko na to, żeby się w końcu napić. Potem inne winko, czasem jeszcze jedno. Przyjemnie.

alt

alt

alt


Szok cenowy, czyli wracamy do Argentyny

Przyjazd do Brazylii był jak samobmójczy gol. W sensie finansowym oczywiście. Wiedzieliśmy, że będzie drożej niż w Argentynie, ale nie myśleliśmy, że będzie aż tak drogo. Po zastanowieniu się wyszło nam, że spędzenie na południu Brazylii – tak jak załozyliśmy – jakiś 3 tyg, powoli przemieszczając się w kierunku Buenos Aires, prawdopodobnie zrujnuje nas finansowo. Więc po 9 dniach postanowiliśmy wrócić do Argentyny. Jak się żyje z oszczędności to trzeba sobie pewnych rzeczy odmawiać…
Jednak do Brazylii jeszcze wrócimy. Ale to wtedy, gdy będziemy posiadać dochód :)


Głosowanie – ostatnie chwile

Niestety trochę spadliśmy w rankingu. Na tą chwilę jesteśmy na 10 miejscu. Żeby przejść do kolejnego etapu musimy utrzymać się w tej pierwszej dziesiątce.

Jeśli więc jeszcze nie zagłosowałeś wyślij SMS o treści D00045 (D zero zero zero 45) na numer 7144. Koszt to 1,22zł. Dochód z SMSów będzie przeznaczony na cele charytatywne. Głosowanie kończy się jutro (21 stycznia) o 12.00.

Dziękujemy za wsparcie

M & P


Paraty

Po Rio przyszedł czas na plażowanie i pracę nad opalenizną. Ilha Grande, wyspa niedaleko Rio, wydawała się idealnym wyborem. Tak się jednak złożyło, że nasza wizyta w Brazylii zbiegła się z tymi strasznymi ulewami, o których wieść dotarła ponoć także do Polski. Ilha Grande miała pecha, bo trafiło się tam ogromne obsunięcie ziemi. Wyspa duża i niby generalnie – mimo tragedii – funkcjonowała normalnie, ale jakoś nie uśmiechało nam się wylegiwanie na plaży, gdy obok prowadzona jest akcja ratownicza, a właściwie poszukiwawcza…

Pojechaliśmy więc do Paraty. To takie malutkie miasteczko ze śliczną starówką nad samym oceanem. Mamy sentyment do takich dziur. Dla nas żadne duże miasto – włącznie z Rio – nie ma klimatu nawet minimalnie zbliżonego do małych mieścinek. Zawsze w takie miejsca chętnie przyjeżdżamy.

W Paraty skupiliśmy się na kilka dni na lenistwie w postaci rejsu po okolicznych wysepkach i byczeniu się na okolicznych plażach. Upał był niemiłosierny, więc taki mało aktywny tryb życia był jedynym sposobem na przetrwanie.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Rio de Janiero

Brazylijczycy mówią, że Bóg przez sześć dni tworzył świat, a siódmy przeznaczył na Rio. Lokalizację wybrał miastu bajkową. Piękna zatoka, wzdłuż której ciągnie się jedna za drugą plaża, a na lądzie, prakycznie przy brzegu, pokryte gęstą dżunglą góry. Nie jakoś bardzo wysokie, ale jak często widzi się zielone góry nad brzegiem oceanu?

Miasto bardzo zróżnicowane.
Jest centrum, pełne biurowców i zagonionych biznesmenów.
Jest Santa Teresa, trochę na uboczu, na wzgórzu, miasteczko w środku metropolii.
Jest Lapa, nadal trochę podupadła, jej chodniki pokryte sporą warstwą śmieci, a obok nich śpią bezdomni.
Jest Sugar Loaf i Corovaco, wiecznie oblegane przez tłumy turystów.
Jest Niteroi, „sypialnia” Rio po drugiej stronie zatoki.
Są plaże, tak blisko centrum, a mimo to żyjące swoim życiem. Tu wakacje nigdy się nie kończą. Copacabanę odwiedziliśmy w noworoczny weekend. Takich tłumów na plaży nie widzieliśmy chyba nigdy wcześniej. Leżak przy leżaku, ciało obok ciała.
Jest wiele więcej.

Jednak jak w przypadku każdego innego miasta, kilka dni nie starczy, żeby je poznać. W kilka dni można najwyżej „liznąć” powierzchnię. Co więc można powiedzieć o Rio po kilku dniach obcowania z nim? Chyba tyle, że miasto bez dwóch zdań robi wrażenie. Jest inne, interesujące, na swój sposób unikalne. Warto było się tu pofatygować.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Głosowanie na Blog Roku rozpoczęte!

Rozpoczęło się głosowanie w konkursie Blog Roku. Nie ukrywamy, że nagroda główna (15tys zł na podróż) nas kusi, więc będziemy wdzięczni jeśli na nas zagłosujecie. To oczywiście pod warunkiem, że uważacie, że warto na nas głosować :)

Jeśli chcesz oddać na nas głos, wyślij SMS o treści D00045 (D zero zero zero 45) na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto.

Głosowanie trwa tylko do 21 stycznia. Z jednego telefonu można wysłać jeden sms na danego bloga.

Z góry dziękujemy za każdy głos.


Zmiana planu

Jesteśmy w Iguazu. Do Rio de Janeiro stąd jest raptem 23 godziny autobusem. „Raptem”, bo czym są 23 godziny, gdy się przyjechało taki kawał świata na odległy kontynent? A Rio to jedno z tych miast, które chyba każdy chciałby zobaczyć. Miasto Boga. Intrygujące.
No więc jak? Jedziemy? W ogóle nie planowaliśmy w tej podróży odwiedzenia Brazylii, bo to kraj ogromny i w zasadzie zasługuje na osobne kilka miesięcy. No ale Rio trzeba zobaczyć. Jedziemy!


Wodospady Iguazu

Nie ukrywam, że nigdy nie należeliśmy do wielkich fanów wodospadów. Po prostu trochę wody spadającej w dół do tej pory nie potrafiło na nas zrobić większego wrażenia. Owszem, odwiedzaliśmy wodospady to tu, to tam, i niektóre były nawet interesujące (jak na przykłąd ten niedaleko Luang Prabang w Laosie). Jednak nigdy nie trafiliśmy na wodospad, który zaoferowałby nam tzw. opad szczęki, czy też powalił nas na kolana. Nigdy, do czasu kiedy pojechaliśmy zobaczyć wodospady Iguazu na granicy argentyńsko-brazylijskiej…

Wodospady Iguazu to jedno z tych miejsc, obok których nie da się przejść obojętnie. Tu nawet takim ignorantom wodospadowym jak my, z wrażenia otwiera się buzia i brakuje słów.

Wodospady powalają swoim ogromem i mocą jaka od nich emanuje. Nie sposób nie zauważyć siły jaką niesie w sobie ten ogrom wody lecącej z hukiem nieprzerwanie w dół. Jakoś trudno ogarnąć to, że cała ta masa wody ma swój początek w wąskich strumykach gdzieś tam głęboko w dżungli czy w odległych górach.

I co z tego, że przewija się przez to miejsce nieustająca masa turystów. Widoki pozostają niesamowite. Trudno zdecydować, z której strony doznania są lepsze. Ze strony argentyńskiej można wodospady praktycznie dotknąć. Chodzi się obok nich i pod nimi, Niezwykłe. Po stronie brazylijskiej nie ma już tak bliskiego kontaktu z wodospadami, za to można podziwiać prawdziwie pocztówkowe panoramiczne widoki, których brakuje w Argentynie. Najlepiej więc zobaczyć Iguazu z obu stron.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

313

alt

alt

alt


S jak stek

Co kojarzy Ci się z Argentyną? Bo nam piłka nożna, tangi i steki.

O argentyńskich stekach słyszeliśmy historie przeróżne, z tym, że wszystkie pozytywne. Argentyńskie steki miały być najlepsze na świecie, bo nie tylko z wysokiej jakości mięsa, ale też fachowo przygotowane. Miały zapewniać uśmiech na twarzy w czasie jedzenie i wspomnienia na długie lata (albo przynajmniej na długie tygodnie). Oczekiwania były więc bardzo duże.

Pierwszego argentyńskiego steka zjedliśmy w Cafayate. Knajpkę wybraliśmy na chybił-trafił. Menu w łapki i wybieramy. Mięsiwa wybór spory, nie wiadomo co najlepsze. W końcu jest decyzja. W zasadzie też na chybił-trafił. Zamiawiany. Czekamy.

15 minut później stek jest gotowy. Wygląda idealnie. Pierwsze oględziemy wskazują na to, że mięciutki. Teraz czas na pierwsze cięcie – moment krytyczny, bo zaraz okaże się jaki stek jest w środku. Zamówiliśmy średnio wypieczony, więc powinien być w środku lekko różowawy i soczysty. Przecinamy. Kroi się jak masło. Jest idealny! Różowiutki, soczek się leje. Jak na razie na piątkę. Czas na pierwsszy kęs. Boski! Miękki, soczysty, zero jakiś żył i innych cudów. Po prostu idealnie czyste mięso. Rozpływa się w ustach. Poezja.

Najlepiej zrobiony stek jaki było nam zjeść do tej pory zjedliśmy w Argentynie :)

p.s. Eksperymentowaliśmy później ze stekiem w innej knajpie i na podstawie tych dwóch wizyt wniosem mamy na razie taki – lomo jest zdecydowanie lepsze niż bife. Więc jeśli zamawiacie steka w Argentynie to tylko lomo


Quebrada de Cayafate

Kilka fotek z wypadu do Cayafate, niedaleko Salty

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Argentyna

Argentyna przyniosła ze sobą kilka zmian.

Po raz pierwszy od praktycznie 100 dni (nie licząc pobytu na Galapagos) znaleźliśmy się na wysokości poniżej 2500m npm. Większość z tych 100 dni przebywaliśmy zdecydowanie bliżej nieba – powyżej 3300m npm, a nie rzadko powyżej 4000m npm. Taki urok Andów. A tu nagle jesteśmy w Salta na pólnocy Argentyny. Niewiele powyżej 1000m npm. A co za tym idzie temperatura o jakieś 10 stopni wyższa niż w takiej na przykład Tupizie. Upał przeokropny. Piekarnik. Nie da się wytrzymać. Ostatni raz tak przeraźliwie gorąco było chyba w Wietnamie. Do łask wróciły sandały, klapki i krótkie spodenki. Już nie trzeba nosić ze sobą wszędzie bluzy, bo nie wiadomo, kiedy zrobi się zimno. Tu można by całą dobę chodzić w samym stroju kąpielowym (mimo, że do najbliższego morza/oceanu daleko). Krótko mówiąc pocimy się i to bardzo.

Co do innych zmian mocno dających się zauważyć można na pewno wspomnieć ceny. Prawie europejskie, co po bardzo taniej Boliwii jest trudne do przełknięcia. No ale nic z tym zrobić się nie da. Trzeba się przyzwyczaić.

Hiszpański też jest inny. Jakby twardszy, mniej wyraźny. Nie u każdego, ale u całkiem wielu osób. Po bardzo przyjaznym do ucha i łatwo zrozumiałym hiszpańskim w Ekwadorze, Peru i Boliwii tu jest trochę trudniej. Pewnie potrwa kilka dni zanim załapiemy co i jak.

Zniknęli wszędzie dotąd obecni Indianie w swoich strojach i z nieodłącznymi tobołkami na plecach. Tu w kwestiach mody – tak jak i w kwestiach cen – Europa. Obyczajowo też jakby bliżej do starego kontynentu niż do tej Ameryki Południowej jaką dotąd znamy. Ale zobaczy się. To dopiero w końcu pierwsze dni. Najważniejsze, że pierwsze wrażenia są jak najbardzie pozytywne.


Boliwia – informacje praktyczne

Pieniądze i koszty

Walutą Boliwii jest boliviano. $1 to 7bs. W większych miejscowościach są bankomaty (nie spotkaliśmy żadego w Copacabanie). Nie wiem jaki jest limit wypłat, ale w jednej tranzakcji udało mi się wybierać 3000bs.
Koszty podróżowania są bardzo niskie. To najtańszy kraj na naszej trasie. Wykorzystaliśmy to i trochę zaszaleliśmy biorąc lepsze hostele i stołując się w droższych knajpach. Przy takim rozrzutnym życiu nasze dziennie wydatki wyniosły $40, w tym różne wycieczki, przejazdy, jedzenie, noclegi, piwko itp. Króko mówiąc wszystko. Gdybyśmy po Boliwii podróżowali w takim standardzie jak np. po Peru, to spokojnie zmieścilibyśmy się w $32-35, a może i w $30.

Ceny wybranych produktów:
• zestaw obiadowy w restauracji dla lokalsów – 14-16bs
• mała pizza w knajpie turystycznej – 25bs
• butelka wody (2.5l) – 3bs
• duże piwo – 7-10bs
• świeżo wycisnięty sok z pomarańczy – 2bs
• pranie – 4 ba za 1kg
• internet – 3 bs za godzinę
• znaczek na kartkę do Polski – 5.50bs
• paczka do Polski, droga morska – 360bs za 9kg
• autobusy dalekobieżne – $1-1.5 za godzinę jazdy.

Copacabana i Isla Del Sol

• hostele od 15bs za osobę. Za 25bs za osobę można mieć dwójkę z łazienką i tv.
• Autobusy do La Paz odjeżdżają mniej więcej co godzinę. W La Paz zatrzymują się przy mającym bardzo złą sławę cmentarzu. Żeby cmentarz ominąć można pojechać do La Paz autobusem „turystycznym” o 13.00, 25bs. Autobus zatrzymuje się niedaleko głównego dworca autobusowego.
• łódź na północną część Isla del Dol odpływa o 8.30, 15bs.
• dużo hosteli na południowej części wyspy. Ceny 40-50bs za dwójkę.
• przechodząc przez wyspę z północy na południe trzeba dwa razy wykupić „bilet wstępu” za 5bs każdy
• z południa wyspy do Copacabany łodzie odpływają o 10.30 i 13.30. 20bs.

La Paz

• najtańszy hostel jaki znaleźliśmy w okolicach Plaza de San Francisco (a tam szukaliśmy) to Hostal El Viajero. Dwójka z łazienką za 60bs. Jednak stan materacy i pościeli był taki, że nawet za darmo byśmy tam nie spali. Pokoje wyglądają jakby były w trakcie remontu. Okropnie, ale jak komuś zależy na dobrej cenie to może się skusi.
Niechcący wylądowaliśmy też w imprezowym Wild Rover Hostel. Ta sama bajka co popularna sie hosteli Loki, czyli głośno i tłoczno. Dla nas beznadziejne miejsce. Średnia wieku koło 23 lata. Bardzo drogo. Łóżko w dormie od 45bs (8 osób w pokoju) do 56bs (4 osoby w pokoju). Dwójki bez łazienki za 180bs.
• W końcu trafiliśmy do Hostal Fuentes na tej samej uliczce, gdzie znajduje się Witches Market. Dwójka bez łazienki, ze śniadaniem za 110bs. Bardzo ładny hostel, spokojny, osłonięty od ulicy więc cichy. Internet za darmo. Piękne widoki z pokoji na trzecim i czwartym piętrze.
• Dworzec autobusowy jakieś 20min piechotą od Plaza de San Fracisco.
• Radio taxi kosztuje 10bs na trasy po mieście. Lokalsi mówią, że lepiej dzownić po taxi, niż łapać na ulicy, bo wielu taksówkarzy dorabia napadając na turystów.

Sucre i Tarabuco

• obeszliśmy całe centrum w poszukiwaniu fajnego hostelu na nasze „wakacje” w Sucre. Najtaniej było w Hostal Potosi – 50bs za prostą dwójkę (bez łazienki). Bardzo dużo innych hosteli jest na ulicy Ravelo. My zatrzymaliśmy się w Hotel Libertad. Niski sezon, więc za dwójkę z łazienką, kablówką, lodówką, wi-fi i śniadaniem płaciliśmy 110bs (normalna cena 160bs). Drogo, ale to były w końcu wakacje, a standard był bardzo wysoki.
• Na mercado central na piętrze można tanio zjeść obiad (do godziny 15.00). Dania od 3bs za zupę do 7-12bs za dania mięsne. Polecamy milanesa de pollo, picante de mollo, mondongo, chorizo, sopa de mani. Na dole sprzedawane są świeże soki owocowe. Polecamy
• Na niedzielny targ w Tarabuco odjeżdża z Plazy turystyczny autobus za $7 w dwie strony. Jadąc transportem publicznym można tą samą trasę zrobić za mniej niż połowę tej ceny. Najpierw trzeba wsiąść w autobus nr 7 pod mercado central i pojechać nim do Parada Tarabuco (1,5bs). Tam wsiąść minivan do Tarabuco (1.5h, 8bs). Trasa w dwie strony kosztuje w ten sposób w sumie 19bs, czyli mniej niż $3.

Potosi

• Hostal Casona. Dwójka ze śniadaniem (bez łazienki) za 80bs. Wi-fi
• Wycieczka do kopalni 80bs (rezerwowana przez hostel), 5h. W cenie jest ubranie ochronne, kask, latarka itp. Polecamy
• Autobusy do Uyuni odjeżdżają z miejsca nazywanego Parada de Uyuni o 11.00 i 18.00. 7h, 36bs

Uyuni

• Hostal Kory Wasi. Bardzo przyjemny, ładny wystrój. Dwójka z łazienką za 80bs
• autobus do Tupizy o 6.00. 7h, 50bs. Jest też opcja dojazdu pociągiem (wyjazd o 2.00 w nocy)
• wycieczki na Salar i Altiplano – co do agencji to nie ma zupelnego znaczenia, ktora sie wybierze. Dlaczego? Po pierwsze, cena standardowej 3-dniowej wycieczki z Uyuni jest w kazdej agencji taka sama i wynosi 600bs. Mozna spokojnie wytargowac 550bs. Po drugie, kazdy jeep jedzie dokladnie ta sama trasa, bez wzgleu na to z jakiej jest agencji. Po trzecie, wszyscy spia w tych samych miejscach (w sensie o takim samym standardzie, nie koniecznie w tym samym hostelu). Po czwarte, jedzenie tez jest zasadniczo takie samo dla wszystkich. Po piate, zaden kierowca-przewodnik nie jest na stale zwiazany z zadna agencja. Dzis Pablo jedzie jako przewodnik z agencja X a w przyszlym tyg z Y. Po ostanie, norma jest, ze w jeepie sa ludzie z dwoch lub trzech roznych agencji. Tak wiec na dobra sprawe sukces zalezy od tego na jakich ludzi sie trafi w jeepie.

Tupiza

• Hostal Colorado, 1 przecznica od plazy, jakieś 15min piechotą od dworca. 50Bbs za dwójkę bez łazienki, ze śniadaniem
• różne opcja wycieczek po okolicy. Jazda konna (z przewodnikiem) 35bs za godzinę. Tzw. triatlon (jazda konna, jazda na rowerze, jeep) 250bs. Polecamy agencję Tupiza Tours. Także 4-dniowe wycieczki na Salar i Altiplano
• autobus do Villazon o 4.00, 10.30, 13.00, 14.00 i 19.00. 3h, 15bs

Villazon (granica z Argentyną)

• drogie i pełne hostele. Jedyny wolny pokój jaki znależliśmy kosztował 100bs (dwójka z łazienką). Lepiej przespać się w Tupizie i autobusem o 4.00 razo pojechać do Villazon, unikając tym sposobem noclegu w miasteczku
• granica otwarta od 6.00. Warto być wcześnie, bo później są kolejki. Granica jest jakieś 10min piechotą od centrum


Tupiza, czyli Wild Wild West

Z Uyuni do Tupizy jest raptem 7 godzin jazdy autobusem. No chyba, że autobus się zepsuje. Wtedy podróż trwa 11 godzin. Nasz autobus zepsuł się na 30 minut przed metą. Kierowca ubrał się od razu w roboczy kombinezon. Kombinezon bardzo brudny, więc pewnie często używany. Pomyśleliśmy, że jak często używany, to zapewne kierowca ma spore doświadczenie. Błąd. Kierowca odkręcił chyba wszystkie możliwe śrubki w autobusie, ale i tak go nie naprawił. W końcu chyba zrozumiał, że tym razem mu się nie uda i posłał po mechanika do Tupizy. Ten zjawił się w 3 i pół godzinie po awarii i rozwiązał problem w 30 minut.
Zanim przyjechał mechanik, czując, że trochę czasu nam zejdzie na czekaniu, próbowaliśmy złapać stopa do Tupizy. Starania jednak spełzy na niczym. W ciągu 3 i pół godziny w kierunku miasteczka przejechały 3 pojazdy, z czego jeden był motocyklem, a drugi załadowaną po brzegi mini ciężarówką. Trzeci był pusty, ale twierdził, że nie jedzie do Tupizy, tylko gdzie indziej. No więc czekaliśmy i czekaliśmy.

Okolica, w której leży Tupiza wygląda jak żywcem wyjęta z westernu. Czerwone skały i kaktusy. Bosko. Postanowiliśmy zobaczyć tę okolicę właśnie w westernowym stylu. Czyli w kapeluszu i na koniu. Oh yeah.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Altiplano, czyli brak słów

Altiplano to miejsce, na którego opisanie brakuje słów. Te wszystkie jeziora w magicznych kolorach, tysiące flamingów, góry, wulkany, pustynie, gejzery i formacje skalne są tak niezwykłe, piękne i powalające, że aby to zrozumieć trzeba to miejsce po prostu zobaczyć. Widokowo to dla nas jak na razie numer jeden w Ameryce Południowej, a może i w całej podróży. Zresztą zobaczcie sami (w rzeczywistości te miejsca wyglądają jakieś 15 razy lepiej niż na zdjęciach).

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Salar de Uyuni

Sa takie miejsca, których uroku nie oddają żadne, nawet najlepsze zdjęcia. Jednym z takich miejsc jest Salar de Uyuni. Kiedyś było tu słone jezioro, teraz została po nim skorupa soli o powierzchni 12 tysięcy kilometrów kwadratowych (to ponad 4.5 raza więcej niż powierzchnia Luksemurga!). W środku jeziora warstwa soli sięga do 150 metrów. Trudno to ogarnąć, gdy jedzie się jeepem po idealnie płaskiej powierzchni jeziora, a we wszystkich kierunkach po horyzont widać tylko biel soli i kontrastujący z nią błękit nieba.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Nagle w tej bieli soli wyrasta wyspa. Niesamowity kontrast. Wyspa jest wulkaniczna i całkowicie porośnięta kaktusami, z których najstarszy ma 1203 lata, a najwyższe sięgają 12 metrów w górę. Ze szczytu wyspy we wszystkich kierunkach widać tylko sól. Coś niesamowitego. A po Salar de Uyuni miało być jeszcze lepiej…

alt

alt

alt

alt


Feliz Navidad, czyli rok w drodze za nami

Dokładnie rok temu braliśmy udział w fantastycznej kolacji wigilijnej z moimi rodzicami i naszymi przyjaciółmi w Sydney. Dzień później, czyli 25 grudnia, zaczęła się nasza podróż.

Rok później. Znów Wigilia. Też bardzo ciepło, ale tym razem bez rodziny i przyjaciół. Spędzamy ten czas w Argentynie, gdzie dotarliśmy na dzień przed Świętami. Argentyńczycy, podobnie pewnie jak i Polacy, w amoku ostatnich przedświątecznych zakupów.

Nie udało nam się kupić ryby, więc Wigilia będzie po argentyńsku, czyli mięsna. Nie będzie też choinki, bo w hostelu nie wiedzieć czemu jej nie rozłożyli. Zresztą może choinka nie jest argentyńskim zwyczajem, bo nie widzieliśmy tu ani jednej na ulicach czy w sklepach.

Nie będziemy się w tą”rocznicę” wyjazdu bawić w żadne podsumowania. Poczekamy z nimi na koniec podróży. Za to z przyjemnością złożymy Wam życzenia. Niech to będą dla Was cudowne Święta, ze śniegiem, choinką, karpiem, najbliższymi. Jedzcie i pijcie i cieszcie się z tych cudownych chwil!

Feliz Navidad! Wesołych Świąt!


Piekielne Potosi

Pierwsze kopalnie w Potosi zbudowali Hiszpanie. Oczywiście w celu wywiezienia do Europy jak największej ilości srebra. Dlatego zmuszali do morderczej i niewolniczej pracy lokalnych Indian. W Potosi mówią, że na każdy funt wydobytego srebra życie musiał stracić jeden człowiek. Inna legenda mówi, że srebro zrabowane przez Hiszpanow wystarczyłoby do zbudowania mostu pomiędzy Potosi a Madrytem…

Hiszpanie wyjechali, kopalnie zostały. Najpierw były państwowe, ale gdy okazało się, że interes się nie opłaca, kopalnie zamknięto. Teraz funkcjonują na zasadzie spółdzielni. Jest ich w Potosi 35, w sumie pracuje w nich 12 tysięcy ludzi. Pracują w warunkach prawdziwie średniowiecznych. Kopalnie nie są wentylowane ani oświetlone. Jedyne światło pochodzi z latarek noszonych przez górników. W powietrzu unosi się gęsty pył. Mało który górnik nosi maskę. Mówią, że ciężko się w masce oddycha. Kruszec wypychają z kopalni w wagonikach siłą własnych mięśni. Jeden pełny wagonik to pół tony ciężaru. Żeby dostać się do kruszcu przechodzą setki metrów niskimi korytarzami zalanymi wodą. Często trzeba iść na czworaka. Pracują po 6-7 godzin dziennie. Więcej się nie da. Chyba, że cena kruszca idzie do góry. Wtedy pracują nawet po 12 godzin. W końcu trzeba zarobić na życie. A życie mają nie tylko ciężkie, ale też bardzo krótkie. Typowy górnik nie dożywa więcej niz 45 lat. Pylica, niedotlenienie skóry, problemy ze wzrokiem.

Trud pracy próbują zagłuszyć rzując liście koki, paląc fajki i popijajac 96-procentowy spirytus. To wszystko pod ziemią w czasie krótkich przerw w pracy. W końcu nie ma w życiu górnika w Potosi wielu przyjemności.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt


Cuzco

Posted on 26 listopad 2009 by Magda

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt



Machu Picchu

Nie zaczyna się za dobrze. Jest straszna mgła i praktycznie nic nie widać. Te wszystkie fotki, które dotąd widzieliśmy pokazują MC przy pięknej pogodzie, z niebieskim niebem itp. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że może być inaczej. A tu deszcz, mgła, nisko wiszące chmury. Generalnie do bani. Pogoda ? constant. Jedyna zauważalna zmiana to zwiększająca się liczba ludzi.

alt

alt

alt

alt

Bilety na Huayna Picchu mamy na 10.00, więc liczymy na to, że może do tego czas się poprawi. W międzyczasie spacerujemy to tu to tam i w końcu dochodzimy do miejsca, gdzie kończy się Inca Trail. Widoki są stąd potencjalnie piękne. Co jakiś czas na kilka sekund w chmurach pojawia się przerwa i co nieco widać. Jednak mimo beznadziejnej pogody podoba nam się. Klimat jest tu niesamowity, pewnie trochę także przez tą mgłę. Wszystko ma dwie strony?.

Jest 9.30 i nagle się rozchmurza. Jesteśmy dosyć daleko od wejścia na Huayna Picchu, ale szybko podejmujemy decycję, że próbujemy dostać się na górę. Może zdążymy. Szybkim krokiem udaje nam się dojść do wejścia na Huayna Picchu na kilka minut przed 10.00. Przy okazji udaje nam się zobaczyć MC z bliska bez chmur.

alt

alt

Zaczynamy wspinaczkę na górę. Jest stromo i ślisko, bo w końcu wcześniej padało. Im jesteśmy wyżej tym pogoda robi się coraz gorsza, i zanim docieramy na szczyt mocno pada, a niebo zasnute jest kompletnie chmurami. Z boskich widoków MC chyba nici. Raz na jakiś czas chmury troszkę się rozpraszają i coś tam widać, ale nie za dużo. Czekamy prawie 2 godziny na lepszą pogodę, ale ta kompletnie nie chce się zmienić. Schodzimy więc na dół. Kręcimy się jeszcze trochę wśród ruin, ale ciągle pada. Po prawie 8 godzinach w MC decydujemy się na powrót do Aquas Calientes. Zanim dochodzimy na miejsce niebo jest błękitne i słońce świeci jak szalone?



W drodze do Machu Picchu

Czas na najpopularniejszą atrakcję turystyczną Ameryki Południowej, czyli Machu Picchu (dalej nazywane dla uproszczenia MC).
Do MC dotrzeć można zasadniczno na trzy sposoby. Sposób pierwszy ? najpopularniejszy ? to pociąg. Tu do wyboru mamy trzy klasy. Bilet na najniższa, którą ktoś chyba dla jaj nazwał backpackerską, kosztuje jedyne $48 w jedną stronę. Osobiście nie znam żadnego backpackera, dla którego wydatek w sumie $96 na przejazd, który trwa 5h w jedną stronę, był czymś normalnym. Jeśli ktoś jednak nie ma ochoty na podróż z tak zwanymi backpackerami, może pojechać klasą wyższą, w której bilet kosztuje o ile dobrze pamiętam $130 w jedną stronę. Okazuje się jednak, że i to dla niektórych za mało, bo w sezonie kursuje także opcja trzecia, coś a la Orient Express. Tu bilet to wydatek w kwocie $307 w jedną stronę. Kupując bilet w dwie strony szczęśliwiec dostaje upust i płaci jedyne $588 (zamiast $614). Z wiadomych względów opcja pociągu nas nie interesowała.

Opcja druga to trekking. Ten najpopularniejszy, czyli Inca Trail, zrobić można tylko z agencją, która za ową przyjemność skasuje nas jakieś $350-$400. Są też alternatywne trasy, ale, że musielibyśmy wypożyczyć sprzęt biwakowy (namiot, karimaty itp) to całość też nie wychodziła tanio.

Opcja trzecia to opcja autobusowo-piesza. Element pieszy wynika z faktu, że do Acuas Calientes, miasteczka przy MC, nie ma drogi. Prawdopodobnie brak drogi to umyślny zabieg peruwiańskiego rządu. W końcu jeśli nie ma drogi to prakycznie kązdy jedzie pociągiem. Choć jakby się nad tym zastanowić to na braku drogi najwięcej zyskuje chilijska firma obsługująca połączenie kolejowe. (Swoją drogą trudno zrozumieć dlaczego peruwiański rząd przekazał tak dochodowy interes firmie z innego kraju).

W każdym razie pojechaliśmy do MC z wykorzystaniem opcji trzeciej. Przy okazji pomyśleliśmy, że zatrzymamy się w Urubambie i zobaczymy znajdujące się niedaleko tarasy solne. Jednak jakoś tak wyszło, że w Urubambie nie zostaliśmy, ale za to pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości Ollantaytambo, jakieś 2.5h od Cuzco. Jedziemy tam collectivo, czyli minibusem. Minibus orginalnie przeznaczony do przewozu 10 pasażerów , tu w Peru, po drobnych przeróbkach wewnątrz, mieści 25 pasażerów, przy czym tylko jedna osoba stoi. Cała reszta siedzi. To się nazywa efektywne transport zbiorowy.

Ollantaytambo okazuje się być niezwykle przyjemne, choć dosyć mocno turystyczne. Spędziliśmy tam popołudnie i noc, a następnego ranka mieliśmy ruszyć w dalszą trasę.

alt

alt

alt

alt

Jest więc ranek, czyli idziemy na rynek czekać na autobus do Santa Maria. Autobus przyjechał, zabieramy się do wsiadania, a kierowca mówi nam, że nie ma miejsc. Możemy oczywiście jechać na stojąco. Santa Maria jest w końcu ?jedyne? 4h stąd, więc idziemy na tą opcję, bo następny autobus jest dopiero za 5h. Nie ma więc co czekać, bo przecież też może być pełny. Droga wije się niesamowiecie, w zasadzie składa się z samych zakrętów, więc trzeba trochę się wysilić balansując na stojąco. Pewniem miły peruwiańczyk ustępuje mi na godzinę swojego miejsca.

Dojeżdżamy do Santa Maria i od razu przesiadamy się w kolejny pojazd. Tym razem taxi do pobliskiego miasteczka Santa Teresa. Jadą z nami jeszcze dwaj gringo ? Nicole z Czech i Dale z Australii. Kierowca nie oszczędza zawieszenia i po górskiej, krętej drodze bez nawierzchni jedzie jak wariat. 50min później w Santa Teresa kolejna przesiadka ? jedziemy collectivo do Hydroelectrica, skąd zaczyna się element pieszy, czyli 11km wzdłuż torów. Lenie mogą przejechać ten odcinek pociągiem, ale $8 za 11km wydaje się być ceną trochę na wyrost. Tak więc z buta i w drogę.

alt

Dwie godziny później docieramy do Aquas Calientes. Podejrzewam, że gdyby nie MC, to miasteczko by nie istniało. Aquas Celientes składa się z torów kolejowych, hoteli wszelkiej maści i jeszcze większej ilości restauracji. Konkurencja jest ogromna, co zasadniczo działa na korzyść klinetów. Wystarczy minimalne zainteresowanie menu, żeby cena pizzy spadła z 40 na 25 soli, a zestawu obiadowego z 20 na 15. Ceny nadal wyższe niż gdzie indziej, ale można obejść się bez bankructwa.

Wieczorem kupujemy bilety wstępu do MC na następny dzień. Nicole i Dale mają lewe legitymacje studenckie (do wyrobienia za 15s w drukarniach w Cuzco), więc płacą połowę ceny. Szlag nas trafia, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej. Umawiamy się na rano na 4.00.

Poza nami w kierunku MC wczesnym rankiem zmierza jeszcze kilkanaście osób. Zaczynamy wspinaczkę do bramy wejściowej. Jest zaskakująco ciepło jak na tak wczesną porę, i bardzo wilgotno. W ciągu kilku minut jesteśmy przepoceni. Powoli, ciężko oddychając zbliżamy się do celu. Na miejsce docieramy około 5.20. Przed nami dotarło tu jakieś 15 osób. Strażnik rozdaje limitowane bilety na Huayna Picchu, skąd rozpościera się ponoć najlepszy widok na MC. Załapujemy się. Kilka minut przed 6.00 zaczynają podjeżdżać pierwsze autobusy z amerykańskimi wycieczkami. Bramy otwierają się punkt 6.00. Nicole i Dale wpadają ze swoimi lewymi legitymacjami (trzeba je tu jeszcze raz pokazać). Muszą dopłącić różnicę. Czyli czasami nie opłaca się kombinowanie.

Wchodzimy na teren ruin.

CDN?


Do Cuzco przyjechaliśmy zmęczenie, głodni i źli. Autobus, który z Nazca miał wyjechać o 20.00 i na miejsce dotrzeć w 14h, wyjechał o 22.00, a do Cuzco przybył 21h później. Bezpośrednia droga do Cuzco okazała się być nieprzejezdna, więc jechaliśmy tam przez Arequipe. Czyli przez jakieś 2/3 trasy oddalaliśmy się do Cuzco zamiast się do niego zbliżać.

Na dworcu autobusowym zostaliśmy z łapanki zabrani do hostelu w centrum, co w zasadzie było nam na rękę, bo transport był za friko, a i hostel ok. Padliśmy w wyra, a cały następny dzień kompletnie przebimbaliśmy, odzyskując siły stracone w przedłużonej podróży autobusowej. A że kolejnego dnia była niedziela, to pomyśleliśmy, że skoczymy do pobliskiego miasteczka Pisac na słynny ponoć niedzielny targ. Według naszego przewodnika miał to być targ, na którym lokalsi handlują między sobą różnymi towarami. Na miejscu okazało się, że 80% powierzchni targu zajmują sprzedawcy pamiątek, w dodatku w canach przyprawiających o zawrót głowy. Najciekawsze z całego targu było oczywiście te 20%, gdzie odbywał się bardziej autentyczny handel z udziałęm lokalnych Indian.

Nasz przewodnik wspomina też o ? cytat ? ?rewelacyjnej? twierdzy inkaskiej na jednej z gór otaczających miasteczko. Wybraliśmy się więc tam, ale, że na oficjalnym wejściu poproszono nasz o wykupienie biletu w prawdziwie europejskiej cenie (60 soli, czyli około $20), to ruszyliśmy do ruin inną ścieżką. Ścieżka używana przez lokalsów, bez budek z biletami. A że przy okazji ścieżka też prowadziła do tych samych ruin, to przecież nie nasza wina. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić? Ruiny takie sobie, ale przynajmniej mieliśmy spacer :)

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Peru | 1 komentarz ?


Nazca

Posted on 18 listopad 2009 by Magda

Nie do końca możemy się zdecydować, czy słynne linie w Nazca warte są ceny, którą trzeba zapłacić za ich oglądanie, czy nie. Jest to z pewnością miejsce inne niż wszystkie, unikatowe, owiane tajemnicą, ale to także jedno z tych miejsc, które ? według nas ? lepiej wygląda w telewizji i na (pewnie nieźle podrasowanych) zdjęciach w albumach o Peru. W każdym razie linie zobaczyliśmy, bo będąc tak blisko doszliśmy do wniosku, że wypada.

Linie oglądaliśmy z pokłądu najmniejszego samolotu, jakim było nam dotąd lecieć ? pilot plus trzech pasażerów. Za sterami zasiadł kapitan Mirek Gurecky (tatuś Polak), który nawet kilka słów po polsku znał. Lot był zaskakująco spokojny, zupełnie nie rzucało, choć byliśmy przygotowani na karuzelę w powietrzu. Wzorów na ziemi zobaczyliśmy kilkanaście, niektóre dosyć niewyraźne. Pocykaliśmy fotki, pooglądaliśmy krajobraz i po zabawie. Linie zobaczyliśmy, ale żeby nas powaliły na kolana to nie powiem.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Peru | 1 komentarz ?


Z górki na pazurki

Posted on 16 listopad 2009 by Magda

Huacachina to taka niby-oaza na przedmieściach miasta Ica, otoczona przez wydmy. Centrum oazy stanowi jeziorko, które tak na serio jest po prostu większą kałużą, w dodatku dosyć brudną. Ale to w zasadzie nieistotne. Istotne jest to, że wydmy wokół oazy oferują zabawę jakich mało. Dawno nie mieliśmy takiej frajdy. Część pierwsza to jazda po wydmach. Nie jest to jednak jazda zwykła. To coś co bardziej przypomina wizytę w wesołym miasteczku i jazdę na najstraszniejszej karuzeli, niż jazdę samochodem. Kierowcy są szaleni i robią wszystko, żeby pasażerom dostarczyć jak najwięcej atrakcji i także stresu. Wjeżdżają na wydmy, których zbocza wydają się być prawie pionowe po to, żeby zjechać z nich z maksymalną prędkością. Stresujące, ale równocześnie bardzo ekscytujące. A potem było zjeżdżanie na deskach z wydm. Najpierw z niskich, a potem z takich całkiem wysokich. Ależ była zabawa!

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Peru | 1 komentarz ?


Morza szum, plaków śpiew

Posted on 14 listopad 2009 by Magda

Z Limy pojechaliśmy do Pisco. To takie małe miasteczko kilka godzin na południe od stolicy, obok któego leży inna wiocha ? Paracas. W Pisco się zakwaterowaliśmy, ale w Paracas były atrakcje, dla których tu przyjechaliśmy. Pisco to jeden wielki plac budowy. Trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło okolicę 2 lata temu, dosyć poważnie zniszczyło miasteczko. Prace naprawcze idą powoli do przodu, więc ma się wrażenie, że trzęsienie ziemi było nie 2 lata, ale nie więcej niz 6 miesięcy temu. Za to ludzie tu są fantastyczni. Co chwila ktoś nas gorąco wita i dziękuje za przyjazd do Pisco.

Następnego ranka jedziemy na wyspy Ballastas. Mówią o nich ?Galapagos dla ubogich?. Jeśli chodzi o ilości ptaków to nigdzie na Galapagos tylu nie widzieliśmy. Co do różnorodności Galapagos zdecydowanie wygrywa. Na Ballastas ilość ptaków przyprawia o zawrót głowy. Jest ich tu chyba kilka milionów, i pisząc to nie przesadzam. Podobno populacja samych tylko pelikanów to milion. Taka ilość ptaków na tak niewielkim obszarze oznacza straszny smród, bo ptaki nic nie robią tylko jedzą i walą kupy. Dwa ptaki postanowiły zrobić swą kupę na mnie. Przemek był 20cm obok, ale to mnie cholery zbombardowały dwukrotnie, a nie jego?

alt

alt

alt

alt

alt

Po Ballastas jedziemy do Rezerwatu Paracas. To ciekawe zjawisko w postaci pustyni nad oceanem. Jest dużo piasku, dużo wody i sporo rybaków, którzy z wysokich klifów łowią bez wętki, na samej tylko żyłce.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Peru | 1 komentarz ?


Lima esta linda ???

Posted on 10 listopad 2009 by Magda

Wyjeżdżając z Limy widzieliśmy po drodze w kilku miejscach wielkie billbordy z bardzo dziwnym napisem ? Lima esta linda (Lima jest ładna). Napis dziwny, bo o Limie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest to miasto ładne. Ta Lima, którą widzieliśmy była dokładnym przeciwieństwem ładności. Miasto jest pokryte grubą warstwą kurzu, zaśmiecone, a dzielnice wokół centrum wyglądają jak po trzęsieniu ziemi. Do tego korki, wieczny dźwięk klaksonów, wolna amerykanka na ulicach. Krótko mówiąc bardzo nijak. Historyczne centrum niby ok, ale zajmuje ono tak niewielką część stolicy, że trudno oceniać miasto na jego podstawie. Może jesteśmy niesprawiedliwi w ocenie Limy, ale jakoś tak się dzieje, że im dłużej jesteśmy w podróży, tym mniej nam się duże miasta podobają. A Lima szczególnie nam się nie podobała.

Zatrzymaliśmy się w centrum w Hostalu Espana, który okazał się być porażką ? głośno, syfiaste łazienki, niemiła obsługa. Nie wiem, może nam się trafił urlop sprzątaczki. Hotel chyba bardzo popularny wśród polskich wycieczek, bo spotkaliśmy tam rodaków w ilościach wręcz hurtowych ? przynajmniej 30 osób. Miało się wrażenie, że nic nie robią tylko wiecznie czekają na resztę grupy w lobby hotelu. Właśnie dlatego nigdy nigdzie nie jeździmy z biurem podróży.

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Peru | Komentarzy: 5 ?


Cordillera Blanca

Posted on 8 listopad 2009 by Magda

Dwie pod rząd noce spędzone w autobusie odespaliśmy w noc jedną w Caraz. A następnego ranka, uzbrojeni w namiot, karimaty, śpiwory i żarcie na 4 dni, ruszyliśmy na szlak Santa Cruz. Szlak miał być łatwy, więc zdecydowaliśmy, że nie skorzystamy z usług żadnej agencji, która za pośrednictwem osłów będzie nam niosła przez te cztery dni wszystkie graty, tylko poniesiemy te graty na własnych plecach. Ci, którzy czytają ten blog w miarę regularnie, zauważyli pewnie, że nie należymy do ludzi jakoś bardzo w podróży aktywnych, i generalnie intensywnie się obijamy i mało wysilamy (taki był zamysł). Jeśli to z lektury bloga nie wynika, to znaczy, że nieźle sprawiamy wrażenie zapracowanych w tej naszej vojaży hehe? W każdym razie rzecz w tym, że kiedy takie lenie jak my wybierają się na cztery dni w góry, i w dodatku taszczą wszystko sami na plecach, to szlak, który ma być łatwy, wcale niekoniecznie takim jest. Obiektywnie rzecz biorąc trasa serio była lajtowa. Przez jakieś 70% dystansu płasko lub z górki, tylko 30% w górę. Subiektywnie jednak było ciut trudniej niż się spodziewaliśmy, głównie za sprawą naszego dotychczasowego lenistwa i braku tzw. formy.

Pierwszego dnia z zazdrością patrzyliśmy na osły niosące bagaż mijanych wycieczek. Ale, że było już za późno, to na zazdrości trzeba było poprzestać. Drugiego dnia było już lepiej. Dystans krótki, prawie ciągle płasko, widoki dużo lepsze niż dzień wcześniej, a i plecak jakoś mniej ciągnął ku ziemi. W nocy za to dużo chłodniej, czego efektem był zaszroniony namiot i podmarznięty gaz w butli.

Trzeci dzień to był dla naszych zwiotczałych i zasiedziałych mięśni killer. W zasadzie powinnam pisać w liczbie pojedyńczej, bo zanim nastał dzień trzeci, Przemek był już w pełnej formie i zasuwał z plecakiem pod górę, jakby się z nim urodził. Mi przychodzenie do formy zajmuje więcej czasu, więc dreptałam do góry sporo w tyle za Przemem. Wspiąć się trzeba było na 4850 m npm, a potem zejść na 3850 m npm. I jeśli ktoś myśli, że wchodzenie jest gorsze niż schodzenie to stanowczo się myli. Nie ma gorszej rzeczy dla kolan i palców stóp niż złażenie przez 3h dół.

Ostatni dzień minął nie wiadomo kiedy, i zanim się zorientowaliśmy było po wszystkim. Zostały tylko trochę obolałe mięśnie, niezbyt przyjemna woń unosząca się z naszych ciał, no i satysfakcja.

Co do widoków to było mniej więcej tak:

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Peru | Komentarzy: 2 ?


Jesli dzis poniedzialek, to jestemy w Peru

Posted on 2 listopad 2009 by Magda

Ostatnie dni w Ekwadorze minely nam na dosyc intensywnym obijaniu sie. Choc plan byl inny. Ale nie po raz pierwszy okazalo sie, ze planow w takiej podrozy lepiej za wiele nie miec, bo dosyc czesto szlag je trafia. Tak bylo i tym razem. Z Cuenca pojechalismy do Vilcabamba, malej wsi na poludniu kraju, z planami na trekking, jazde konna, czyli generalnie na intensywne spedzenie czasu. Szlag ten plany trafil, gdy pierwszego dnia nie zauwazylam kraweznika i walnelam w niego duzym palcem prawej stopy. Ze mialam na nogach ulubione buty podroznika, czyli gumowe japonki, to nic palucha nie ochronilo. Pobolalo i myslalam, ze rano bedzie po wszystkim, ale rano paluch byl spuchniety, w kolorze glebokiego fioletu, i na tyle bolacy, ze przez trzy kolejne dni chodzic moglismy tylko na posilki do pobliskich restauracji. Tak wiec przebimbalismy ostatnie dni w Ekwadorze. I wraz z koncem miesiaca ruszylismy do Peru.

Najpierw z Vilcabamba do Loja ? 1h. Potem cala noc z Loja do Piury w Peru ? 9h. Kolejne 7h do Tujillo, 5h czekania, i kolejny nocny autobus do Caraz ? 10h.

Na miejsce dotarlismy mega zmeczenie i srednio pachnacy. Prysznic, kimanko, rekonesans, zakupy i jutro ruszamy na 4 dni w gory. Gory ponoc piekne ? Cordilliera Blanca. Wiec aktywnosci blogowej nie planujemy wczesniej niz w sobote. Wiec do soboty (a moze niedzieli).

Zamieszczony w: Ekwador, Peru | 1 komentarz ?


Cuenca

Posted on 31 październik 2009 by Magda

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Ekwador | Zostaw Komentarz ?


Pociąg

Posted on 29 październik 2009 by Magda

We wszystkich przewodnikaich po Ekwadorze jakie wpadły nam dotąd w ręce jest napisane, że jedną z głównych atrakcji kraju jest przejazd pociągiem przez Nariz del Diablo. To taka góra, z której pociąg zjeżdża w dół zygzakiem ? raz do przodu, raz do tyłu. Widoki w drodze z Riobamby do Nariz del Diablo są według przewodników rewelacyjne. No więc pofatygowaliśmy się do Riobamby w celu przejechania się owym pociągiem. Tym co z pewnością przyciągało do pociągu sporą liczbę turystów była także możliwość jazdy na dachu. Piszę ?była?, bo to już niestety przeszłość odkąd dwójka pewnych Japonczykow prawdopodobnie w wyniku ekscytacji wstała w czasie jazdy, nie zauważyła kabli i straciła w efekcie głowę.

No ale skoro widoki miały być takie super, to jedziemy ? mimo że na dachu nie można.

Cała trasa zabiera raptem 4.5h, ale z jakiegoś powodu pociąg odjeżdża już o 6.30 rano. Strasznie to bez sensu, ale przecież dla nas rozkładu nie zmienią. Zaspani przychodzimy na stację kolejową. Szukamy pociągu. Nigdzie go nie widać, za to jest coś co wygląda jak autobus postawiony na torach. Nie, no to nie może być to. To ma być w końcu wycieczka pociągiem, a nie autobusem. Ale wygląda na to, że tym autobuso-pociągiem mamy jechać.

No więc wsiadamy i jedziemy. Oczywiście 90% pasażerów stanowią gringos. Trafia nam się w ?pociągu? emerytowana ekwadorska nauczycielka, która za wszelką cenę chce zostać gwiazdą imprezy i wymyśla jakieś głupie zabawy, kóre wcale nie są zabawne, a do których wszystkich zmusza. Widoki ? owszem ? przyjemne, ale nie powiem, żeby nas powalały na kolana. Jazda zygzakiem w dół Nazir del Diablo ? owszem ? interesująca, bo nigdy takiego rozwiązania zjazdu stromym zboczem góry nie widzieliśmy, ale to także nie powala. Jesteśmy pewni, że 80% zachwytu jaki zionie z przewodników po Ekwadorze na temat tej trasy wynika z tego, że ich autozy jazdę odbyli na dachu prawdziwego pociągu, a nie w środku autobusu na torach. Nie ma dwóch zdań ? gdyby i nam dane było przejechać się na dachu to teraz czytalibyście serenady na temat tej trasy. Ta wycieczka to był dowód na to, że punkt widzenia zdecydowanie zależy od punktu siedzenia.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Zamieszczony w: Ekwador | 1 komentarz ?


Cotopaxi

Posted on 25 październik 2009 by Magda

To był nasz pierwszy śnieg w tej podróży. To znaczy pierwszy jaki mogliśmy dotknąć. Wcześniej widzieliśmy śnieg w Nowej Zelandii i w Chinach, ale tylko na odległość. Tu było go pod ręką na tyle, że można było lepić bałwany. No ale nie na bałwany przyjechaliśmy do Parku Naradowego Cotopaxi. Cotopaxi to jeden z najwyższych, aktywnych wulkanów świata. Dotąd wybuchał dosyć regularnie ? mniej więcej co 100 lat. A że ostatnia erupcja miała miejsce 106 lat temu, to miejscowi mówią, że kolejny wybuch może nastąpić choćby jutro. Chyba można się nie stresować tym specjalnie, bo w Ekwadorze ? kraju pełnym atywnych wulkanów ? specjaliści potrafią chyba przewidzieć zbliżający się wybuch z wyprzedzeniem większym niż jeden dzień. Póki co ostrzeżeń nie ma, więc Cotopaxi niczemu i nikomu nie zagraża.

Samochodem wjechaliśmy na 4500 m npm. Pierwszym zadaniem było wejście do schroniska na 4800. Czyli wchodzimy 300 m wyżej. Dystans do przejścia ? 1 km. I to był chyba nasz najdłuższy kilometr w życiu. Podejście bardzo strome, podłoże bardzo luźne, bo to w końcu wulkaniczne kamienie. Pierwsze 10 minut idziemy bez przerwy, ale potem trzeba się zatrzymywać co kilkanaście kroków. Ciężko się oddycha, powietrze wyraźnie rzadsze. Z trudem dochodzimy do schroniska. Jeśli wcześniej marzyło mi się wejście na 6-tysięcznik w Boliwii to teraz stwierdzam, że chyba mogę na chceniu poprzestać. Przemek też nie jest szczególnie zainteresowany. No ale zobaczymy?

alt

alt

alt

alt

Drugie zadanie to wejść jeszcze trochę wyżej, na 5000 m npm, żeby zobaczyć lodowiec. Tu jest dużo łątwiej. Nie jest tak stromo, jest dużo śniegu, więc grunt pod nogami bardziej stabilny. Jesteśmy na 5000 m npm! Wyżej nas wcześniej nigdy nie było :) Do szczytu jest jeszcze 897m.

alt

alt

alt

alt

alt

alt

Schodzimy na dół na 4500, i tam zabieramy się za trzecie zadanie. Najprzyjemniejsze. Zjazd na rowerze w dół. 14km z górki. Przemek idzie na całość i zanim się orientuję jest tak daleko, że nie bardzo potrafię go namierzyć na horyzoncie. Ja zaczynam trochę zachowawczo, ale szybko decyduję, że trzeba zaszaleć. W końcu ubezpieczenie mamy ;) Popuszczam hamulec i też zasuwam w dół. Jest świetnie. Piękne uczucie.

alt

alt

alt

alt

Cotopaxi w pełnej krasie nie udaje nam się jednak tego dnia zobaczyć. Wulkan schował się w chmurach. Za to widzieliśmy go kilka dni wcześniej z samolotu wracając z Galapagos. Co to był za widok! Niebo zasnute chmurami, a znad chmur wystaje wulkan. Bajka.

p.s. Tez zwierz na zdjeciu to lis

podziemia

podziemia

miasta

miasta

zamki i pałace

zamki i palace

skanseny

skanseny

parowozownie

parowozownie

muzea

muzea

miejsca wyjątkowe

miejsca wyjatkowe

forty i twierdze

forty i twierdze

zabytki sakralne

zabytki sakralne

Woda

spływy kajakowe

splywy kajakowe

polecane rejsy

polecane rejsy

imprezy

imprezy wodniakow2

Żaglowce

Góry

rajdy, zloty

rajdy i zloty

imprezy górskie

imprezy gorskie

szkolenia

szkolenia porady

testy sprzętu

testy sprzetu

przewodnicy

baza przewodnikow

schroniska

schroniska gorskie

fotorelacje

fotorelacje

wyprawy

wyprawy

serwisy pogodowe

 SERWIS POGODOWY

komunikaty GOPR, TOPR

 
komunikaty GOPR TOPR

 

 

 

mapy Tatr online

 

Małopolska Gościnna

SKANSENY I MUZEA PLENEROWE W MAŁOPOLSCE 3   Zamki i obiekty obronne w Małopolsce 2  PODZIEMIA W MAŁOPOLSCE 2
 
 
Wybrane i polecane szlaki rowerowe
 

Aleja Podróżników, Odkrywców i Zdobywców

 
 
 
testy sprzętu outdoorowego
 
gmina Złoty Stok atrakcje
 

Polecamy

Obiekty UNESCO w Polsce

 
Polskie obiekty na Liście UNESCO
 
Szczyty Tatr Polskich alfabetycznie
 

szczyty pasm górskich w Polsce

 
niebezpieczne zwierzęta w Polsce
 
najbardziej niebezpieczne lotniska na świecie
 
najniebezpieczniejsze rośliny świata
 
najwyższe drzewa świata
 
najdłuższe mosty świata
 
najdziwniejsze budynki świata
 

Odwiedza nas 139 gości oraz 0 użytkowników.