Nazwa użytkownika   Hasło   Pamiętaj mnie     Przypomnieć login?   Zarejestruj się  

Submit to FacebookSubmit to Google PlusSubmit to Twitter
 
MIEJSCA WYJĄTKOWE     MIASTA     GÓRY     WODA     PODZIEMIA     ZAMKI I PAŁACE     ZABYTKI SAKRALNE     PAROWOZOWNIE      SKANSENY    MUZEA     FORTY I TWIERDZE     EUROPA     ŚWIAT   KONKURSY     WSPIERAMY     CIEKAWOSTKI     MEDIA     NEWSY     REKLAMA

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Bolywood za kulisami


Data: 27.12.2009 - 18.01.2010 
Rejon: Indie:  New Dheli, Varanasi, Akra, Jaipur, Ranthambore National Park, Jaisalamer, Palolem Beach(Goa)
Skład: Piotr Kowalczyk, Tomasz Oleś
Partnerzy i Sponsorzy: brak

Chyba trochę za dużo na oglądaliśmy się tych filmów Bollywod. Myśleliśmy, że Indie to w miarę rozwinięty kraj, pełen kolorów, skaczących i śpiewających ludzi… ależ skądże! Pierwsze dwa dni, to przeżyliśmy mały szok kulturowy. Z lotniska New Dehli od razu do hoteliku na Main Bazar..no to wydawało by się, że w miarę główna ulica, więc musi być porządna. A tu się okazuje, że jakaś zaśmiecona, wąska, brudna uliczka, gdzie co parę metrów ktoś śpi na chodniku. Nie wiedzieliśmy, że to w sumie normalne i wszystkie ulice tak wyglądają. Przeludnione miasta nie mają gdzie pomieścić wszystkich; stąd wiele ląduje na ulicy. To samo jest z pracą. Dużo osób chciałoby robić cokolwiek, byle móc zarobić grosz na życie..ale nie mogą, nie ma dla nich tej pracy. Szczęściarzem kto ma prace, dach nad głową i wie że będzie miał co włożyć następnego dnia do garnka.

Dżigi, dżigi!




Delhi. Potrzebowaliśmy dobrych dwóch dni i litra czeskiego rumu, żeby się zaklimatyzować do tej kultury. Tłok, hałas, bród, smród, biegające po mieście krowy i małpy, na każdym kroku żebrzący bezdomni i chorzy, i jakieś takie ogólne zamieszanie. W końcu podjęliśmy decyzję: Robimy szybki plan pobytu w Indiach, rezerwujemy przez jedną z mniejszych biur podróży bilety kolejowe na wszystkie kolejne etapy podróży; tak żeby za każdym razem nie stresować się skąd i gdzie nabyć bilety, poza tym na niektóre odcinki trzeba było rezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem. I tak wychodzimy mając w ręce: bilety do Varanassi, Agry, Jassalamer, i na Pd: Goa. Załatwiamy też przewodnika na odcinek Agra-Jaipur-Rotnambore, jako gratis wciskają nam przewodnika po New Dheli.

I następnego ranka budzi nas okrąglutki, wesoły człowieczek w swoim mercedesie „Tata”, czyli najtańszym samochodem Azji. Od razu: ‘heeloł maj friend! Slip gut? Go fast, lot to sii!’ Hoho! Co za ‘translajtor’! Ale zabawnie zaczęło się dopiero w aucie. Od razu wbiliśmy się w tą rzekę chaotycznie płynących pojazdów: ciężarówki, samochody osobowe, motoriksze, motory, motorowery i piesze riksze; ruch prawostronny - z tymże to bardziej teoria niż praktyka; między samochodami przebiegają hindusi, co chwile na srodku drogi jakaś tępa uparta krowa żuje mordą i się gapi w ten płynący wokół niej zgiełk. Skręcasz – trąbisz, chcesz kogoś wyprzedzić – trąbisz, przejeżdżasz przez skrzyżowanie – trąbisz, chcesz zwrócić uwagę że ktoś pcha się pod prąd – trąbisz; widzisz pieszego lub krowę – trąbisz. Jedziesz od zderzaka do zderzaka, popychanie innych uczestników - normalne, pierwszeństwo – kto odważniejszy; świateł nie potrzeba nawet w nocy, natomiast pojazd uważa się za odpowiednio załadowany gdy na dachu też już nie ma miejsca.

I tak mknęliśmy w tym zamieszaniu, natomiast przewodnik próbował nas zagadać swą łamaną angielszczyzną. Widząc, że ma do czynienia ze zwariowanymi studentami, od razu totalnie wyluzował, spuścił okno i trąbiąc zaczął wykrzykiwać do hinduski skulonej za kierownicą swojego czterokółkowca, po czym odwrócił się do nas i tekstem: „nice girl, nice! Dżigi dżigi! Dżigi dżigi!” po czym posuwistym ruchem pokazał nam o co mu chodzi.

W New Dehli jako samo miasto nie jest bardzo ciekawe. Jednak znajduje się parę perełek, obok których nie można przejść bez zatrzymania. Pierwszym jest Jama Mosque; czerwonobrunatna budowla(kolor od piaskowca z dużą zawartością żelaza) z pięknymi zdobieniami i obszernym placu, na którym podczas świąt odbywają się modlitwy wiernych. Kolejna atrakcja, pod którą zostaliśmy podwiezieni rowerową rikszą wynajętą przez naszego przewodnika, jest uważana za jedną z najpiękniejszych w stolicy: Akshardham. Jednak szczerze, zdecydowanie przereklamowane miejsce. Jest to potężny kompleks świątyń z charakterystyczną indyjską architekturą i wielkimi ogrodami, jednakże dosyć nudne miejsce. Poza tym jak na ten kraj, płaci się horrendalnie wysoką cenę za wstęp. I co najlepsze: ‘białasy’ płacą 500 rupi, hindusi 25 rupii. Z tą „sprawiedliwością” spotkaliśmy się nieraz podczas naszego wyjazdu.
Jedną z przewspaniałych motywów w tym mieście jest wieczorny spacer po parku Lodhi Park. Znajdują się tam w mistyczny sposób oświetlone ruiny starych świątyń. Jeśli ktoś grał w taką grę „Thom Rider” - to sceneria była praktycznie identyczna. W pewnym momencie wydawało mi się, że jestem Larą Croft skaczącą po murach i lianach w poszukiwaniu ukrytego skarbu.
Z Ciekawszych miejsc to by było na tyle. Podczas pożegnania z naszym przewodnikiem po New Dheli poznaliśmy jakim to on jest naszym „Friendem”: daliśmy mu napiwek równoważny dwóm porządnym obiadom w restauracji, natomiast on się oburzył i obraził; że z niego kpimy dając taką sumę.

Co ty zrobiłeś!? Do więzienia z Tobą!

W dalszą drogę ruszamy indyjskim pociągiem. Tu warto poświęcić parę słów temu środkowi komunikacji. Każdy wagon to niczym więzienie na kółkach. Okna okratowane, tak więc w razie wypadku ciężko by było nawet się wydostać. My podróżowaliśmy w tzw ‘second class sleeper”, tańsza opcja, gdzie masz zapewnione coś co odpowiada naszej kuszetce, otwarte przedziały, a sąsiadami są rdzenni mieszkańcy, co też bywa często ciekawym doznaniem. Jeśli chodzi o czystość.. z tym nie najlepiej. Gdy pociąg rusza, to jest czysty na pierwszej, drugiej stacji. Z powodu braku czasu czasem tworzy się gruba warstwa śmieci, niczym liści w jesieni. Z kolei na końcowej stacji wskakuje służba porządkowa z łopatami niczym do śniegu i wypycha wszystko z wagonów.. i pociąg gotowy na nowy kurs!
I tak powolutku mkniemy nudnym, zamglonym południem Indii w kierunku Varanassi. Jest to ważny ośrodek kultu wyznawców hinduizmu i buddyzmu. Miejsce znane jest z rytualnych kąpieli w świętej rzece Ganges i palenia zwłok zmarłych. Legenda głosi, iż miasto zostało założone przez samego Śiwę. Pewne jest jedno, że miasto liczy ponad 2,5 tyś lat. Z 6-cio godzinny opóźnieniem docieramy do miasta i wtedy zrozumieliśmy, że mapa miasta do niczego nam się nie przyda. Co z tego, że na papierze każda ulica dokładnie podpisana, gdy w rzeczywistości brak tabliczek z nazwami ulic! Zmęczeni i z pierwszymi objawami choroby żołądkowej skorzystaliśmy z pomocy chłopca naganiacza: w lewo, prawo, prosto, w prawo, przez dziedziniec i w lewo… istny labirynt! Ale muszę przyznać, że zaprowadził nas do naprawdę super hoteliku – była ciepła woda, europejski kibelek(a nie jakaś dziura nad którą trzeba bawić się w Małysza), zamkiem była wielka kłódka no i położenie: parę kroków od magicznego, przepięknego ‘Manikarnika ghat’. Tu od razu wyjaśnię: ‘Ghat’ – jest to ciąg kamiennych schodów prowadzących ku rzece, miejsce gdzie zbierają się pielgrzymi by odbywać oczyszczające kąpiele i medytować.
Krótko wracając do chłopca-naganiacza, gdyż to jest dobry przykład, jak ciężko ma osoba, która urodzi się w tym miejscu. Chłopak skończył szkołę, chciał kontynuować naukę, ale nie miał na to pieniędzy. Biegle mówi po angielsku, wielki maniak Szwajcarii. Z przejęciem i tym błyskiem w oczach opowiadał nam o tym, w sumie dobrze nam znanym kraju i o jego marzeniu by kiedyś tam pojechać. Dobrze wiedzieliśmy, że to marzenie nigdy się nie spełni i prawdopodobnie do końca życia będzie naganiaczem na sklepy/hotele, ewentualnie kupi sobie łódkę i wiosłując będzie oprowadzał turystów po najsłynniejszych ghatach. Ale, nie wiem jak to jest – czasem są takie dziwne zbiegi okoliczności – wziąłem ze sobą koszulkę, w której nigdy nie chodziłem i stwierdziłem, że może się przyda jako „towar wymienny” za coś innego. I niesamowite – gdyż byłą to koszulka reprezentacji narodowej Szwajcarii! Gdybyś widział dogi czytelniku tą radość w tych młodych oczach!
Nasza radość szybko się skończyła gdy nas dopadło zatrucie żołądkowe. 31 grudnia, a my śpimy! Jednak udało się przebudzić przed samym nowym rokiem; niestety piotrek wykończony gorączką musiał zostać. Ruszyłem na samotny spacer w poszukiwaniu noworocznej imprezy.. jednakże hindusi nie skłonni do świętowania tej daty. Zostałem tylko wplątany w rozmowę z jakimś „upalonym” staruszkiem, który chciał mi wciskał pieniądze, nie wiem za co. Uratował mnie jakiś brodaty Brytyjczyk, który chwycił za rękę wołając: „big party! Come on!” Polecieliśmy do małego hoteliku, gdzie przyłapaliśmy portiera na wgłębnym studiowaniu portali xxx. I tak spędziłem sylwestra na dachu tego hoteliku, z grupą podróżników z całego świata i szalonych hindusów, przygrywających na bębnach i tańczących w obłędnym transie. Na pewno jeden z ciekawszych sylwestrów jakie kiedykolwiek spędziłem!
Następnego dnia pobudka skoro świt – w końcu jak to mowią fotografowie: „Zdjęcia robi się tylko przez godzinę, tuż po wschodzie słońca. Jak masz później robić, to nie mów, że jesteś profesjonalnym fotografem!” Do tej myśli mam tylko małe sprostowanie.. była mgła i do 13stej nie było słońca:). I co najlepsze – dobrze! Bo rozproszone światło sprzyjało pstrykaniu portretów hindusów zgromadzonych nad wodą. I teraz mała przestroga dla tych co nie lubią czytać przewodników czy informacji o zwyczajach w danym kraju/kulturze. Akurat płynąłem sam w wynajętej łódce, gdyż Piotrek z powodu napadu choroby musiał zostać w hoteliku. Postanowiłem porobić troszkę zdjęć słynnej starożytnej „Złotej Świątyni”, na dziedzińcu której palił się wieczny ogień, na którym też spalało się zmarłych. Zaraz za nią wychodziłem na brzeg skąd chciałem udać się do mojego hotelu. A tu na powitanie rzucają się na mnie hinusi. I tym razem nie chcą jałmużny, a wrzeszczą i krzyczą. Chwytają mnie pod pachy gdzieś prowadząc.. zaczynam się stresować. Uwalniam się mówiąc, że nigdzie nie idę. I w końcu któryś mi wytłumaczył: zrobiłem zdjęcie świętego ognia, co jest zakazane i karane. Grozi mi 3 miesiące więzienia i 2000$ grzywny. Super. Dają mi wybór rozmowy z jakimś szamanem. Będąc sam, bezbronny, wobec kilku podnieconych hindusów niewiele mogłem zrobić. Tak więc udałem się na wieżyczkę do siwego staruszka, który wyszedł, popatrzył na mnie pogardliwym wzrokiem i walnął, że zgrzeszyłem i mogę to wykupić jedynie płacąc mu ofiarę na drewno na święty ogień. No to pytam się ile? 50rupii?100(coś koło 2 euro)? A on: 100 euro! No to mu szczerze powiedziałem że go po…myliło! Ja student a nie żaden Niemiec z kieszenią bez dna! Z łaski zniżył na 50. Dalej nie byłem wstanie mu tyle dać, więc ostro się z nim argumentowałem, a on z kolei się obraził i kazał mnie zanieść do placówki wojska.. no to zacząłem przepraszać i udawać gupka – na takich to czasem działa – i bingo; skończyło się na 8 euro. Czy bym trafił do więzienia? Wątpię. Myślę że to ściema. Ale – jeśli więzienie ma wyglądać gorzej, niż to w czym żyją ci ludzie i ja miałbym trafić w takie miejsce – wolę zapłacić.

24.

Wystarczy już tego kąpania się w „świętej wodzie”, czas się wydostać z Varanasi i udać się w kierunku słynnego Taj Mahal w Agrze. Nie przepuszczaliśmy jednak, że ta podróż będzie jedna z najcięższych podczas tego wyjazdu. Na dworcu kolejowym dowiadujemy się, że nasz pociąg będzie trochę opóźniony. Zmęczeni siedzimy na kamiennej ławce. Wpierw mija nas krowa. Ok., pewnie wykąpała się w Gangesie i też czeka na jakiś pociąg. Za chwilę zaczyna mnie coś smyrać po nogach.. co jest!? A to wredny szczurek poszukujący czegoś do zjedzenia! No to siu! Sprzedałem mu kopniaka.. schował się w szczelinie muru.. jednak po 2 minutach znów wyłania się jego owłosiona osobowość. Nic nie daje płoszenie go szuraniem czy tupaniem – niczym nieustraszony ‘Knight Rider’, wciąż wraca w kierunku naszych plecaków.
Siedząc na peronie zaintrygowała nas jeszcze jedna rzecz – ciągły, nieustający szum. Pierwsza myśl – pewnie woda gdzieś płynie. Jednak okazało się, że to zupełnie coś innego. Podchodzimy do samych torów, a tam dosłownie rzeka szczurów(pewnie rodzina tego co sobie upodobał nasze placaki)! Biegają tam i z powrotem szukając odpadów wyrzuconych przez zatrzymujące się pociągi. Lubię zwierzątka, ale tego już było za wiele. Przenieśliśmy się na poczekalnię; tam tylko mała szara myszka wyjadała resztki Masali Tika z kartonowego kubeczka. Pomijam, że ona też oberwała, tyle że z kubeczka po kawie.. Długie czekanie na pociąg, nerwy, choroba, głód.. człowiek zaczyna tracić panowanie nad sobą. Tam też spotykamy ciekawą grupę turystów: jacyś wypucowani europejczycy z przewodnikiem indyjczykiem, który jak dziecko co chwilka się podlizuje robiąc gupie żarty i miny. Z ciekawych obserwacji jeszcze warto wspomnieć, że hindusi są chyba przyzwyczajeni do takich kilkugodzinnych opóźnień pociągów i nic sobie z tego nie robią. Zawijają się w szmaty, kładą się na ziemi i idą spać. Też rozwiązanie. Ogólnie widać, że u nich czas nie jest tak cenny jak w europie.
W końcu, przyjeżdża ta błękitna okratowana puszka. Podróż nie jest przyjemna. Pociąg co chwilka staje a my nie wiemy czemu. Po kilkunastu godzinach pobytu w pociągu zaczynamy się stresować. Byliśmy umówieni w Agrze z przewodnikiem na kolejny etap wyprawy. Gdy dowiadujemy się, że prędko nie dotrzemy do celu, gdyż miały miejsce 2 czołowe zderzenia pociągów - dopiero sprzątają wraki pociągów, próbujemy skontaktować się z biurem podróży, żeby poinformował naszego przewodnika o naszym spóźnieniu. Nasze komórki nie działają, więc widząc przewodnika tej grupy europejskiej co spotkaliśmy na dworcu w Varanasi, postanowiliśmy go poprosic o pomoc. A on: „nie mam doładowanej komórki”. Że *** co!? Jakaś wypasiona nokia n95 i nie masz pieniędzy na komórce!? W końcu, łaskawie użyczył telefonu i wow – nawet nie chciał żeby mu zwrócić pieniądze za rozmowę!
Jak się jednak okazało, to jeszcze nie koniec przygód w pociągu. Znów potoczyliśmy się kawałek i zatrzymali w Kanpur. Wielkie, kilku milionowe miasto, o którym się nie wspomina w przewodnikach. Co to oznaczało? Rzucili się na nas żebracy i chorzy. Wchodzą na nasze kuszetki i jęczą jacy oni biedni i głodni, odsłaniają rany, prawdopodobnie wynik trądu i zaczynają głaskać tymi rękami.
 
 
My z Piotrkiem w spokoju się od nich odpędzamy, raz do czasu krzyknąwszy na jakiegoś. Brytyjczyk który jechał w naszym przedziale, opanowany buddysta wracający z czegoś jakby pielgrzymki z Nepalu, stracił nerwy: wyciąga kije trekingowe przeganiając dzieciaki, siada obok chodzącego na rękach sparaliżowanego chłopaka i zaczyna z nim gadkę: „Czujesz coś w tych nogach”, tamten z uśmiechem na twarzy : „Nie!” A Brytyjczyk kontynuuje „Ja mam duży nóż. To co – może utniemy???” Hmm – atmosfera zaczął robić się nieprzyjemna. Konduktor zaproponował nam zmianę przedziału na klasę wyżej, gdzie już nie będziemy mieć problemu z żebrakami. Z tymże musimy dopłacić jakąś absurdalną cenę – jasne. Z ulgą opuszczamy ten straszny dworzec, budzimy się już w Agrze, po 24-godzinnym opóźnieniu, gdzie czeka już na nas zaspany przewodnik.
To 1,5 milionowe miasto położone jest na południowym brzegu Jamuny. Zostało założone na przełomie V i VI wieku. Miasto słynie z wspaniałego mauzoleum wniesionego przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mongołów, na pamiątkę przedwcześnie zmarłej ukochanej żony Mumtaz Mahal. Trzeba przyznać: główna gigantyczna, śnieżnobiała świątynia z wielką kopułą w kształcie cebuli robi wrażenie! Wokół niej wystrzeliwują w niebo cztery minarety – wieże strażnicze. Oprócz tego przepiękne i zadbane ogrody i równie imponująca czerwona brama, symbolizująca wrota do raju.


Kici, kici.. Gdzie jesteś kotku!?

Indie to nie tylko zabytki, ciekawa kultura i ciekawi ludzie. Pomimo dosyć gęstego zaludnienia i przystosowania większości obszarów pod cele rolnicze (w końcu ponad miliard ludności, trzeba to stado jakoś wyżywić), uchowało się jeszcze parę dzikich kawałków dżungli, które aby chronić, przerobiono na parki narodowe. Jednym z najsłynniejszych, ze względu na dużą ilość dziko żyjących tygrysów, jest Park Narodowy Rotnambore.
Rotnambore był naszym kolejnym celem, do którego pojechaliśmy samochodem wraz z naszym przewodnikiem. Trzeba przyznać, że dopiero jadąc samochodem widzi się te prawdziwe Indie. Biedne, brudne wioski, ludzi kopiących studnie w poszukiwaniu wody, myjących się jednej misce na ulicach między biegającymi brudnymi zwierzakami. Wszystko wykorzystane do granic możliwości. Wchodzi się nie tylko do samochodu ale i na samochód. Na każdym kroku prowizorki, tak jak pojazd składający się tylko z podwozia, małej przyczepki i prostego nieobudowanego silnika..w sumie to funkcjonowało jako rodzaj miejscowego busa. Warkot silnika zagłuszała absurdalnie głośna indyjska muzyka – pewnie specjalnie, żeby ewentualni chętni wiedzieli, że nadciąga.

Odnośnie tej podróży samochodem muszę jeszcze przytoczyć jedną, teraz trochę zabawną sytuacje. Utknęliśmy w korku przed przejazdem kolejowym czekając aż przetoczy się to długie „więzienie na kółkach”. Oczywiście bystre dzieciaki spostrzegły „białe małpy” i od razu się na nas rzuciły, waląc swymi małymi piąstkami w szyby i prosząc o pieniądze i cukierki. Nagle ku memu zdziwieniu, spostrzegam, że biały jak ściana Piotrek(wciąż go gnębiła choroba żołądkowa) zaczyna otwierać okno. Pomyślałem sobie : „Pewnie chce na nich krzynąć..przecież cukierka nie da!” . W każdym razie dzieci podskoczyły podniecone czekając na jakiś prezent, a Piotrek : „bleeeeeeeeeee” – poczęstował ich śniadaniem z rana…
Jak to typowy przewodnik, zaciągnął nas do jakiegoś drogiego hotelu (twierdząc że załatwił nam jakaś mega zniżkę). Do tego okazało się, że safari po rozciągającej się w pobliżu dżungli nie jest wliczone w cenę i trzeba za nie zapłacić samemu. Mało tego – normalnie safari załatwia się dzień przed. Hotel oferuje 'last minute' – 30% drożej. W końcu nam zdradzają, że możemy wykupić safari bezpośrednio w biurze parku narodowego: o 4tej rano. Przychodzę w wyznaczone miejsce a tam już spora grupka hindusów grzeje się przy ognisku. Każdy przyszedł na zlecenie jednego z hotelików. Z niedowierzaniem patrzyli na mnie, białego, który ruszył swoje zacne cztery litery o tej nieludzkiej porze (kto wie...może byłem pierwszym idiota który postanowił oszczędzić parę groszy i załatwić to na własną rękę). Przez dobre półtorej godziny czekaliśmy na otwarcie biura. W międzyczasie następowała integracja: zostałem dopuszczony do ogniska, poczęstowany herbatą z przyprawami : tee masala, oraz ichniejszym strasznie mocnym papierosem. Co ciekawe, dużo osób pali je „przez garść”. Prawdopodobnie dlatego, że pozwala to spalić go praktycznie do końca a nie parzą sobie ust. A przyalona ręka? Pół biedy, najważniejsze że papieros spalony do końca.
Dżungla; tu się nie będę długo rozwodzić. Wyglądało to bardziej jak gęsty suchy las. Krążyliśmy naszym terenowym gratem dobre dwie godziny, a tygrysa ani śladu! Inne zwierzęta tez się pochowały. Piotrek to nawet usnął! (tak naprawdę nie najlepiej się czuł, ale zabawne było: samochód pokonuje jakąś ściankę z nachyleniem 50 stopni, wszyscy wypatrują tygrysa, a kolega... śpiii) Dostrzegliśmy tylko trochę ptactwa, parę małp, antylop i hit całego wyjazdu – jeleń. Nie ma to jak przelecieć kilka tysięcy kilometrów żeby zobaczyć zwykłego jelenia. Niezapomniane przeżycie!


Byle wytrzymać

Szybko przemieszczamy się do Jajpuru. Oczywiście, nasz przewodnik

załatwia jakiś super wypasiony hotelik na kształt hinduskiego pałacyku i chwali się, że jaki to on nie jest wspaniały i że ile to normalnie kosztuja tam pokoje. Ale zauważyliśmy, że mieszkaliśmy w najgorszym możliwym pokoju, więc wątpię by cokolwiek co mówił było prawdą. Wpierw Amber Okolica Jaipuru słynie głównie z górującego na szczycie fortu Amber. Pierwsz wzmianki o tej twierdzy siegaja 1000 roku. Amber pełnił rolę solicy Radźputów, Miasto słynie z dosyć nietypowego środka komunikacji: słoni. Dla chętnych istnieje mozliwość przejażdżki z miasteczka na dziedziniec wyżej położonego fortu. Niestety nasz budżet nie przewidywał takich atrakcji i pozostało nam zadowolić się oglądaniem co chwila mijających nas szarych olbrzymów. Widok z twierdzy był wspaniały. Jednakże oprócz tego to małociekawa zabudowa. Jedyne co jest godne polecenia to ubikacja. Jest to nadzwyczaj nowoczesna toaleta, jak na standardy indyjskie. Do tego stopnia, że jest chłopak klozetowy, który każdemu pokazuje jak działa kran na fotokomórkę.
Kolejnym, wsumie już ostatnim punktem zwiedzania było samo miasto Jaipur. Po drodze mijamy wodny pałac (całkowicie odcięty od lądu). Samo centrum dosyć ciekawe; bardzo dużo warsztatów ziemieślniczych, sklepów z różnobarwnymi tkaninami, pamiątkami i smakołykami. Jednakże jesteśmy dosyć zmęczeni, mnie dopada ostrzejszy nawrót choroby żołądkowej. Tak więc po obejrzeniu Hawa Mahal (warte zwiedzania! Wspaniała indyjska architektura połączona z panoramą na całe miasto i okoliczne wzgórza ) Dalej już kierujemy się daleko, daleko na zachód – w kierunku obszarów pustynnych Thar.

Brytyjka z "mocą"

Wsiadamy w pociąg na zachód Indii – Jajsalamer. Nie robi na nas wrażenia czterogodzinne opóźnienie; w sumie dosyć punktualnie i w ogóle – i tak dobrze żeśmy dojechali cało na miejsce! Jak zwykle; nie mamy żadnego namiaru na nocleg i postanawiamy tym razem skorzystać z naganiaczy. Trafiamy do nowowybudowanego hoteliku który, jak się okazuje, jest prowadzony przez Brytyjkę co poślubiła indyjczyka. Nie mogliśmy lepiej trafić. Pokoje naprawdę luksusowe jak na tą cenę, a do tego Roof-top restaurant z widokiem na położone na wzgórzu, otoczone wysokim murem. stare miasto. Od razu zajęliśmy wygodne krzesła i wygrzewając się w słoneczku (w końcu słońce! Do tej pory rzadko wychodziło z gęstych mgieł) czekali na herbatę. Od kilku dni zjedliśmy zaledwie parę suchych herbatników zapijając zwykłą wodą mineralną. Ale nie widzieliśmy innego wyjścia: choroba rozłożyła nasze żołądki które już nie były wstanie nic strawić. Chcieliśmy dalej trzymać dietę, a tu Brytyjka okazała się bardzo otwartą osobą wyznająca Reiki (w sumie w to nie wierze, ale..) i wmówiła nam że nic nam nie zaszkodzi, będzie dobrze, żeby jej zaufać. Makaron po włosku a później Pizza. Miała rację! Cos miała w sobie, że człowiek dobrze się przy niej czuł i i jakoś tak dostawał tą pozytywna energię.
Jajsalamer zostało założone w 1156 roku władcę radźpuckigo Rawal Jaisala, jako nowa stolica państwa Radźputów. Początkowo stanowił funkcję fortu, jednakże z czasem został zamieszkany. Wciąż jednak można podziwiać przepiękny pałac królewski i świątynie Dżinijskie. Godne uwagi są charakterystyczne, bardzo kolorowe i zdobione cekinami, ręcznie robione dywany. Jak już jest się na miejscu warto podjechać na piaszczyste wydmy pustyni Thar. Nam się udało w ostatniej chwili; na zachód słońca. Dla kogoś kto pierwszy raz na pustyni to na pewno wielka atrakcja, jednak porównując do Sachary - nuuuda.

Coco-time spend in coco-hut betwen coco-palm on coco-beach

Południe. Sam dojazd był już nielada przygodą: pociąg - opóźniony jakieś 7 godzin, co powodowało, że nie zdążymy na przesiadkowy z New Dheli na Goa Express. Wybór: całkowicie rezygnujemy z południa Indii robiąc dodatkowy plan po północy, albo rezerwujemy jakiś lot, który oczywiście swoje kosztuje. Decyzja była szybka. Mamy już dosyć szarości na PN, chcemy trochę odpoczynku i spokoju. Jednakże brak karty kredytowej troszkę utrudniał wszelką rezerwację, szczególnie jak znajdowaliśmy się daleko od jakiegokolwiek lotniska. Pozostała nam tylko jedna opcja : Brytyjka. I rzeczywiście! Znów nam pomogła, tym razem zdobyć bilety New Dheli – Goa na następny dzień.


Na miejscu. Mkniemy między polami bananowców i gajami palm kokokosowych. W końcu docieramy na miejsce : Palolem Beach. Trochę niedowierzając własnym oczom wychodzimy z taksówki - to jest to! Raj na ziemi! Niczym z filmów wzięta szeroka piaszczysta plaża z uginającymi się nad nią palmami kokosowymi. Zamieszkaliśmy w gaju palmowym 20m od morza w chatce zbitej z dykt i z dachem zrobionym z liści palm. Jako, że wszystko wokoło miało przedrostek ‘coco’ : coco-bar with coco-drinks, coco-hats with coco-view, coco-beach with coco-girls..przesada! Temperatura? Cały czas powyżej 20. Morze? Cieplutkie, nawet nie trzeba się przyzwyczajać. Jedzenie? Temu to trzeba poświęcić krótki akapit.
Był to już ostatni tydzień, i trzeba przyznać, że byliśmy trochę spłukani i musieliśmy oszczędzać. Stąd poświęciliśmy trochę czasu w poszukiwaniu idealnego, taniego miejsca na napełnienie brzuchów czymś, co będzie strawne dla naszych żołądków. I tak trafiliśmy do małej obskurnej restauracyjki; Shiw Sai. A tam : ryż po chińsku (micha ryżu z kawałkami kurczaka i jajkiem, nazywałem to żarciem dla psa – bo tak wyglądało) za 80centów, śniadanie Set breakfast : 2 tosty, frytki, sałatka, dżem, kawa/herbata za 1euro, jak było święto to pozwoliliśmy sobie na hamburgera rybnego albo na Mix fruit panecake.. O tak! To ostatnie „wymiatało”! naleśnik z świeżymi owocami polany miodkiem. Pycha! Zamówiliśmy go kilka razy, tak, że obsługa już się z nas śmiała.


Jedzienie było naprawdę dobre ale…zawsze jest to ale. Od zamówienia czekało się od 30min do 1h!Jak to indyjczycy – czasu nie liczą (jak np. śniadanie – serwowane dopiero koło 10tej) Każdym razie ta sielankowa atmosfera, zaprzyjażniona obsługa no i ceny, zatrzymały nas w tej knajpie do końca wyjazdu.
Jak wyglądał pobyt w Palolem Peach? W Sumie to cały czas coś się działo! Chyba tylko ze 2 razy był moment kiedy można było w spokoju przysiąść na plaży i chwilkę odsapnąć. Już pierwszego dnia wybraliśmy się ze sprzętem foto na spacer w jedną stronę plaży. Myśleliśmy, że piasek będzie się ciągnął kilometrami, jednak trochę rozczarowani po paru godzina wyrastają przed nami wielkie skały i urwiste wybrzeże. Z kolei lądem nie ma jak przejść, gdyż porasta go gęsta dżungla, gdzie aż się roi od komarów(w sumie to dopiero teraz sobie zdałem sprawę, że tam chyba też jest obszar zagrożenia malarią..)! Innego dnia zrobiliśmy wycieczkę w przeciwnym kierunku natrafiając na podobne, nie do przebycia przeszkoday. Ale i tak się nie nudziło.

Co chwila pojawiały się jakieś małpy czy też kolorowe ptactwo zamieszkujące pobliskie fragmenty dżungli. Na wybrzeżu uganialiśmy się za krabami „trójwymiarowymi” (tak je nazwałem, gdyż w przeciwieństwie do większości żyjących między skałami, dosyć płaskich, te były bardziej kulkowate, grubsze, a żyły w norkach w piasku. Z ciekawostek: żywią się prawdopodobnie planktonem lum drobnymi żyjątkami w piasku. Stąd chodzą i cały czas go przeżuwają costawiając za sobą malutkie kuleczki. Często powstaje na piasku niesamowity wzór ułożony z takich kuleczek)
Miejscami błąkaliśmy się po małych nadmorskich wsiach oglądając jak wygląda życie codzienne tutejszej ludności. Żyją z trzech rzeczy. Wynajmują chatki turystom, zajmują się zbieraniem nadbrzeżnych małż, łowieniem ryb, albo mają własne fragmenty gajów palmowchy - często widziało się brązową postać z maczetą która niczym brązowa małpka szybciutko wspinała się w koronę palm. W każdym razie życie wygląda zupełnie inaczej niż tych na północy. Owszem, też są niezmiernie biedni, jednakże żyją w lepszych warunkach i zwykle mają czym się zająć. Warte zobaczenia są liczne świątynie w tej okolicy. Nam się udało dostać niestety tylko do jednej, Szantadura Tample. Musimy przyznać że miała swój urok. Całe wnętrze rzeźbione w drewnie, liczne figurki bogato zdobionych bożków.


Z bólem serca opuszczamy ten rejon i kierujemy się już na nasz samolot z New Dheli. Podróż jak zwykle nie obyła się bez przygód. Po pierwsze to stres, czy w ogóle zdążymy na lot (niby mieliśmy kilkanaście godzin zapasu, ale pociąg znów zaczął się zatrzymywać, tak że rówieśnik z Rosji z przedziału obok nie zdążył na swój). Ze śmieszniejszych sytuacji opowiem jeszcze o jednej rodzince. Wbiła się pod koniec drogi, na nasze nieszczęście do naszego przedziału: dziadek, ojciec, matka, córka, syn.. Córka – straszna! Z twarzy widać, że wredna niesamowicie, dziadek – cały czas.. puszczał bąki, a reszta rodziny się wydzierała i nie dawałą spokoju. W pewnym momencie zaczęli ostentacyjnie wcinać jakieś orzeszki gapiąc się na nas rzucając puste łupki na ziemie, tak jakby chcieli nas tym zdenerwować. W sumie udało im się, tak więc wzięliśmy naszą kiść bananów (było ich chyba ze 20! Kupiliśmy po śmiesznie niskiej cenie na jednej ze stacji) i zaczęliśmy szybko pochłaniać słodkie wnętrze, a łupy rzucać na podłogę. I tak jedna strona: orzeszki, druga: banany. Oj..ale powstał syf w przedziale!

więcej wypraw Piotra i Tomka

http://www.globtroterzy.net/obrazki/1_resize.png

podziemia

podziemia

miasta

miasta

zamki i pałace

zamki i palace

skanseny

skanseny

parowozownie

parowozownie

muzea

muzea

miejsca wyjątkowe

miejsca wyjatkowe

forty i twierdze

forty i twierdze

zabytki sakralne

zabytki sakralne

Woda

spływy kajakowe

splywy kajakowe

polecane rejsy

polecane rejsy

imprezy

imprezy wodniakow2

Żaglowce

Góry

rajdy, zloty

rajdy i zloty

imprezy górskie

imprezy gorskie

szkolenia

szkolenia porady

testy sprzętu

testy sprzetu

przewodnicy

baza przewodnikow

schroniska

schroniska gorskie

fotorelacje

fotorelacje

wyprawy

wyprawy

serwisy pogodowe

 SERWIS POGODOWY

komunikaty GOPR, TOPR

 
komunikaty GOPR TOPR

 

 

 

mapy Tatr online

 

Małopolska Gościnna

SKANSENY I MUZEA PLENEROWE W MAŁOPOLSCE 3   Zamki i obiekty obronne w Małopolsce 2  PODZIEMIA W MAŁOPOLSCE 2
 
 
Wybrane i polecane szlaki rowerowe
 

Aleja Podróżników, Odkrywców i Zdobywców

 
 
 
testy sprzętu outdoorowego
 
gmina Złoty Stok atrakcje
 

Polecamy

Obiekty UNESCO w Polsce

 
Polskie obiekty na Liście UNESCO
 
Szczyty Tatr Polskich alfabetycznie
 

szczyty pasm górskich w Polsce

 
niebezpieczne zwierzęta w Polsce
 
najbardziej niebezpieczne lotniska na świecie
 
najniebezpieczniejsze rośliny świata
 
najwyższe drzewa świata
 
najdłuższe mosty świata
 
najdziwniejsze budynki świata
 

Odwiedza nas 102 gości oraz 0 użytkowników.