Nazwa użytkownika   Hasło   Pamiętaj mnie     Przypomnieć login?   Zarejestruj się  

Wyszukaj w portalu

Submit to FacebookSubmit to Google PlusSubmit to TwitterSubmit to LinkedIn
 
 
 
 
06.08.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników "Śródziemie"
Kraków Piwnica pod Baranami
Wojtek Ziemnicki
Islandia - czasem zielona wyspa


"Islandia - czasem zielona wyspa"
Wojtek Ziemnicki
06.08.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników "Śródziemie"
Kraków Piwnica pod Baranami
o godz. 18,37 zapraszamy na antenę Radia Plus 106.1

Islandia…kraj tyleż groźny, co beznamiętnie piękny i czarujący. Z liczbą grubo ponad stu wulkanów, stanowi istny przedsionek piekieł, jednak w słoneczne dni potrafi onieśmielić każdego, intensywnością prezentowanych barw. Położone w jej granicach lodowce dzierżą miano jednych z największych i najniebezpieczniejszych na świecie. Wzmożona aktywność wulkaniczna powoduje w ich rejonie ogromne powodzie, które w niczym nie przypominają tych corocznie nawiedzających Polskę.

Wnętrze wyspy jest jedną wielką lawową pustynią, zaś okalająca ją droga łączy w jedną całość jedynie kilka przyklejonych do wybrzeża niewielkich miasteczek. Jej mieszkańcy zajadają się baranimi jądrami, a dobre piwo można kupić w sklepach jedynie między godziną 13, a 18.

To wyspa, którą szczególnie upodobali sobie nasi rodacy, którzy dziś tworzą najliczniejszą na niej mniejszość narodową, a tak powszechny w naszym kraju wafelek Prince Polo, jest przez Islandczyków, obok Coca Coli, najbardziej lubianym importowym przysmakiem.

Islandia to kraj, w którym mityczne elfy wytyczają bieg dróg, a wszędobylskie trolle potrafią postraszyć niejednego podróżnego. Tu pogoda zmienia się szybciej niż w kalejdoskopie, a wiejący nieprzerwanie od setek lat wiatr, panuje niepodzielnie na jej terenach. Jej powierzchnia tak bardzo przypomina księżycowy krajobraz, że to właśnie Islandię upodobali sobie przygotowujący się do wyprawy na Księżyc astronauci z NASA.

Dziś mało kto wie, że to na Islandii obradował najstarszy parlament w dziejach nowożytnego świata, a mieszkańcy tej wyspy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem.

Tylko tutaj stanąć można jedną nogą w Ameryce, a drugą w Europie i tylko tutaj dostrzec można „na żywo” geologiczne procesy, które w innych częściach globu zachodzą przez miliony lat.

Ta wyspa jednych zachwyca, dla innych stanowi jedynie mało gościnne środowisko. Jedno jest jednak pewne…W sercu każdego odciska piętno i nikogo nie pozostawia obojętnym.

O Islandii oraz o swej samotnej wyprawie rowerowej dookoła tej wyspy opowie Wojtek Ziemnicki.


http://www.szewskapasja.type.pl/islandia/galeria.html














Samą podróż udało mi się opisać w książce  pt.: „Islandia – czasem zielona wyspa” ( w przygotowaniu)

fragment ksiązki :

Rozdział IV

Islandia…czasem zielona wyspa.

Moje myśli dawno już zdominowały marzenia o noclegu w ciepłym i suchym śpiworze. Pędzony bardziej siłą woli, aniżeli własnych mięśni, coraz słabiej naciskałem rowerowe pedały. Podmiejska okolica prezentowała się iście wybornie. Wszystko zdawało się ociekać sokiem barw, tak bardzo przykurzonych na pokonanej niedawno lawowej pustyni. Pełen zachwytu nad cudem natury, jakim bez wątpienia była okolica Kirkjubæjarklaustur, co chwilę sięgałem po trzymany pod ręką aparat. Do tej chwili podziwiane przeze mnie islandzkie kolory niczym nie różniły się od barw deszczowej Szkocji, czy mglistego Londynu. Wystarczyło jednak kilka promieni słońca, by krajobraz przerodził się w iście baśniową scenerię.

Islandia…czasem zielona wyspa…chciałoby się powiedzieć.

Kirkjubæjarklaustur stanowił swego rodzaju półmetek dla podróżujących południowym wybrzeżem wyspy. Dla mnie miasto to zapoczątkowywało ponad dwudniową jazdę u stóp największego europejskiego lodowca Vatnajökull, którego długość wynosi około 200 km, a szerokość ponad 100 km, przy jednoczesnej ponad kilometrowej wysokości pokrywy lodowej. Nim jednak przyszło mi zmierzyć się z tym spędzającym sen z powiek gigantem, z ogromną przyjemnością wyciągnąłem znajdujące się w pokrowcu namiotowe śledzie i czym prędzej postawiłem namiot. Możliwość schowania się w jego wnętrzu, była najlepszą nagrodą, jaka mogła mnie spotkać po całodziennym pedałowaniu. Temperatura w jego wnętrzu zazwyczaj niewiele tylko przekraczała tę odnotowywaną na zewnątrz, jednak osłona przed zimnym wiatrem rekompensowała wszystko, aż nadto. Poza tym na ogromnej otwartej przestrzeni, namiot był jedynym miejscem, w którym mogłem poczuć odrobinę prywatności i spokoju. W ten wyjątkowo słoneczny islandzki wieczór, długo jeszcze siedziałem na progu namiotu spoglądając na rozpromienioną słońcem okolicę, ciesząc się nadzwyczaj piękną, jak na Islandię pogodą.

 

Kirkjubæjarklaustur często nazywane jest przez miejscowych po prostu Kirk
-ja. Będąca w powszechnym użyciu krótsza nazwa szczególnie podoba się odwiedzającym wyspę cudzoziemcom, którzy nierzadko łamią sobie język, próbując wymówić trudne islandzkie słowa. Miasto to początkowo było małą celtycką osadą monastyczną, jednak z powodu nietolerancji sąsiadujących z mnichami wikingów, osada ta została przez mnichów opuszczona. Rzucona przy tym klątwa, miała na wieki odstraszać żądnych nowych ziem wikingów. Mimo tego kolejni pionierzy osiedlili się w zielonej oazie południa wyspy. Wśród nich był pewien samotnik imieniem Ketill, który porzucając wiarę w skandynawskie bóstwa, postanowił w tym miejscu zacząć nowe, nie-pogańskie życie. Każdy jednak inny z jego pobratymców, chcąc osiedlić się na tym terenie, przypłacić to musiał życiem.

 

Dalsza historia miasteczka w mniejszym lub większym stopniu związana była z coraz bardziej dominującym wśród miejscowej ludności chrześcijaństwem, jednak najważniejsze karty w dziejach miasta, zapisał leżący nieopodal wulkan Laki. Podczas pamiętnej erupcji w roku 1783, niemal wszyscy mieszkańcy osady zginęli, podobnie zresztą, jak ich hodowlane zwierzęta. Gdy wydobywająca się z wulkanu i płynąca w stronę miasta ogromna fala lawy niszczyła wszystko na swojej drodze, ludzie bezradnie rozkładali ręce. Wtedy to miejscowy kaznodzieja Jón Steingrímsson, w obecności wszystkich mieszkańców miasteczka, wygłosił cudowne kazanie w stojącym na drodze rozpędzonej lawy kościele. Widok zmieniającej swój nurt i opływającej kościółek, rozgrzanej do czerwoności fali, poczytany został przez mieszkańców za cud. Na pamiątkę tego wydarzenia postawiona została pamiątkowa tablica, by nigdy nie zapomniano o tzw. Ogniach Skaftá.

 

Dziś miasteczko liczy sobie zaledwie kilkuset stałych mieszkańców, jednak pomimo tak małej liczby ludności, jest jedną z większych osad na południu wyspy. Pozostałe umieszczone na mapach w tej części wyspy nazwy, oznaczają w rzeczywistości nierzadko pojedyncze gospodarstwa rolne, czy też ich niewielkie skupiska. Warto zatem pamiętać, planując wyjazd na wyspę, że to co dla europejczyka z kontynentu bywa nazywane miasteczkiem, tu rozumiane jest zupełnie inaczej. Senna atmosfera Kirk-ja, wtapia się w ogólny bieg czasu na Islandii. Niespieszne tempo życia mieszkańców, doskonale współgra ze skłaniającą do lenistwa pogodą. Obserwując z wolna mijający na Islandii czas, ma się wrażenie, że jedynie pojawiające się często na niebie chmury, pędzą tutaj jak szalone.

 

Dla mnie jednak dzień powoli się kończył i za żadne skarby świata, nie miałem ochoty się spieszyć. Postawienie namiotu było zaś istną nagrodą za całodzienny morderczy wysiłek. Kupione w przydrożnej stacji benzynowej piwo (w wersji light) smakowało nader wybornie, a pogoda zachęcała do spędzenia choćby kilku chwil przed rozstawionym kilka minut wcześniej namiotem.

 

Sącząc powoli nad wyraz chłodne (zapewne na rozgrzewkę…) piwo, spoglądałem teraz na oddalone o kilkaset metrów budynki Kirk
-ja. Smak piwa odprężał mnie nadzwyczaj skutecznie, jednak jeszcze dwadzieścia lat wcześniej, jego spożycie było na wyspie absolutnie zakazane. Nawet dziś ten złocisty trunek sprzedawany jest w sklepach, jedynie od godziny 13 do 18. W pozostałym czasie możliwe jest tylko nabycie piwa w wersji light. Przez niemal cały XX wiek islandzki rząd silną ręką pilnował wprowadzonej na początku stulecia (w 1915 r.) prohibicji, jednak zapotrzebowanie na mocniejsze doznania w nadzwyczaj depresyjnym klimacie spowodowało, że 1 marca 1989 roku zezwolono na sprzedaż piwa. O randze tego wydarzenia niech świadczy fakt, że głosowanie w parlamencie nad dopuszczeniem trunku do sprzedaży, oglądała przed telewizorami rekordowa liczba widzów. Od tego pamiętnego wydarzenia co roku na Islandii 1 marca obchodzony jest przez wszystkich bardzo hucznie, jako Dzień Piwa. Słynący z nocnego życia Reykjavik przyciąga wtedy rzesze turystów z innych krajów, w szczególności z Wielkiej Brytanii. Piwo leje się hektolitrami, a zabawa trwa do białego rana we wszystkich islandzkich barach.

 

Tak czy inaczej nawet niewielka ilość alkoholu (wersja light zawiera go zaledwie 2,25 %) skutecznie uśmierzyła ból nadwyrężonych mięśni i szybko wprawiła mnie w głęboki sen. Była sobota 19 czerwca, a rowerowy licznik wskazywał już 256 pokonanych kilometrów. Do założonych prawie 1500 było jeszcze daleko, ale i tak nie spodziewałem się nocować w sobotę tak daleko od stolicy.

 

Silny wiatr gwizdał na zewnątrz tak głośno, że obudziłem się tego dnia nad wyraz wcześnie. Świecące jasno słońce zachęcało skutecznie do wcześniejszego niż zwykle opuszczenia namiotu. Tak też uczyniłem nie zastanawiając się nad tym zbyt długo. Mam wrażenie, że gdyby za każdym razem w nowym dniu Islandia witała mnie w blasku słońca, oświetlającego soczyście zielone zbocza okolicznych wzgórz, śmiało mógłbym nazwać tę wyspę rajem na Ziemi. Niestety częściej wyspa okryta jest turbanem z chmur i sprawia raczej mało optymistyczne wrażenie. Tym razem jednak pogoda postanowiła dać mi nieco odpocząć od często padającego do tej pory deszczu. Cieszyłem się na to słonko podwójnie, gdyż czekał mnie właśnie najmniej bezpieczny, jak mi się zdawało, odcinek drogi. Zbliżałem się bowiem nieuchronnie do potężnego lodowca Vatnajökull, który sam w sobie nie stanowił co prawda żadnego niebezpieczeństwa, jednak kilka naprawdę groźnych wulkanów umiejscowionych pod jego lodową czapą, mogło w każdej chwili wywołać nie lada powódź na południowym wybrzeżu. Co prawda komunikaty sejsmologiczne milczały w tej kwestii, jednak biorąc pod uwagę nieprzewidywalność islandzkiej natury, moja wyobraźnia wręcz szalała…

 

Niedzielne słoneczne przedpołudnie wypędziło z domów na łono natury chyba wszystkich Islandczyków. Mijające mnie, często zapakowane po brzegi autokary oraz bardziej rodzinne kampery, potwierdzały jedynie moje przypuszczenia o turystycznym nalocie, na co ciekawsze miejsca w okolicy. Już za pierwszymi górami okalającymi miasto, krajobraz szybko się zmienił. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otaczające drogę skały, znów przybrały bladozieloną barwę, a wiejący teraz na otwartej przestrzeni zimny wiatr znad lodowca, szybko ostudził mój zapał do dalszej jazdy.

 

Daleko na horyzoncie dostrzec wreszcie mogłem zarysy ogromnej bryły lodu. Wiejący z kierunku lodowca wiatr, niósł ze sobą lodowate powietrze. Walka z jego silnymi podmuchami była z natury rzeczy nierówna, jednak mimo przeciwności losu, uparcie podążałem przed siebie. Rozwiewany na wszystkie strony pył wgryzał się w każdy zakamarek bagażu, jak i mojego ciała. Czasem jakiś pojedynczy podmuch spowalniał osiąganą przeze mnie prędkość do zera. Nie miałem siły, a każdy metr był wyzwaniem dla coraz bardziej zmęczonych nóg. Wtedy zrozumiałem po raz kolejny, że psychika w tej walce jest równie ważna, a może i ważniejsza, od najlepszego nawet przygotowania fizycznego.

 

Lodowiec z wolna zajmował coraz więcej miejsca na horyzoncie. Widoczne z odległości wielu kilometrów, schodzące w stronę oceanu, ogromne lodowe jęzory, jak choćby Skeiđarárjökull czy Skaftafellsjökull, zwiastowały początek zupełnie innego świata. Przez ostatnie dni często zastanawiałem się nad jego wyglądem i teraz mogłem wreszcie zweryfikować wcześniejsze wyobrażenia z rzeczywistością. Pomimo majestatycznego piękna tego lodowca, chciałem mimo wszystko, jak najszybciej mieć za sobą ten, źle wpływający na moją psychikę, odcinek drogi.

 

Powierzchnia Vatnajökull wraz z pozostałymi islandzkimi lodowcami, takimi jak choćby Hofsjökull, Langjökull, czy pozostawiony w daleko w tyle Mýrdalsjökull, stanowi ponad 11% powierzchni całej wyspy. I mimo, że nie uważa się ich dziś za pozostałość dawnego lądolodu, jaki występował przez tysiąclecia na wyspie, sprawiają one wrażenie pamiętających początki wyspy. Fantazyjne rzeźby stworzone na ich powierzchni przez naturę, zachwycają swym bezgranicznym pięknem. Wespół z wulkanami, stanowią jednak one iście wybuchową mieszankę. Skrywane przez wieki pod ich powierzchnią ogromne wulkany, co jakiś czas przypominają o swym istnieniu, powodując ogromne powodzie (hlaupjökull). Jeszcze przed wyjazdem spędzały mi one sen z powiek. Co prawda aktywność sejsmiczna na wyspie oraz stan infrastruktury drogowej jest nieustannie monitorowany, jednak wszelkie alarmy i informacje o powodziach, kierowane są raczej do zmotoryzowanej części użytkowników dróg. Dla mnie, z rowerem przy boku, jakiekolwiek doniesienia o powstałej z nagła fali powodziowej i tak nie miałyby żadnego znaczenia. Pokonując drogę ze średnią prędkością 15 km/h, nie uciekłbym bowiem zbyt daleko przed żywiołem.

 

Położone na południe od lodowca tereny Skeiđarársandur są zupełnie niezamieszkałe. Znajduje się tam jedynie szara, kamienista ziemia, poprzecinana dziesiątkami mniejszych i większych rzek, spływających z lodowca wprost do oceanu. Jeszcze nie tak dawno, przed wybudowaniem obwodnicy spajającej wszystkie najodleglejsze islandzkie miejscowości w jedną całość, ten fragment drogi można było pokonać jedynie konno z pomocą któregoś z mieszkańców Núpsstađur, doskonale znających te niegościnne tereny. Dziś drogę w tym miejscu urozmaicają solidnej konstrukcji mosty, które jednak, jak bywało choćby w 1996 roku w wyniku ogromnej powodzi, mogą w każdej chwili zniknąć z powierzchni ziemi. Częste piaskowe burze w tym rejonie Islandii, potwierdzają jedynie piekielny charakter tego odcinka drogi.

 

W rejonie lodowca Vatnajökull znajdują się przyciągające rzesze turystów ogromne tereny rekreacyjne. Utworzony w 1967 roku Park Narodowy Skaftafell rozciąga się na powierzchni ponad półtora tysiąca kilometrów kwadratowych. Organizowane na szeroką skalę off-roadowe samochodowe wyprawy, czy choćby piesze wędrówki po lodowcu stanowią nie lada gratkę dla najbardziej nawet wybrednych , szukających mocnych wrażeń turystów.

 

Skupiając się na drodze i odmierzając kolejne pokonywane z mozołem kilometry, nie bardzo jednak miałem ochotę na dodatkową dawkę adrenaliny. Mijane kolejno żółte przydrożne słupki, przykuwały moją uwagę, skutecznie pozwalając zapomnieć o otaczającej mnie skalnej pustyni. Pokonywane co kilka kilometrów mosty uświadamiały z kolei potęgę i siłę, z jaką z wysokich gór spływała tędy woda. Pokonanie tego odcinka drogi rowerem, bez asfaltowej wstęgi, jeszcze niedawno w ogóle nie było możliwe. Byłem zatem urodzonym w odpowiednim czasie szczęśliwcem, któremu nowoczesna myśl inżynieryjna, pozwalała zrealizować tlące się od dawna w głowie szalone marzenie.

 

Tego dnia udało mi się minąć kolejne lodowcowe jęzory Skeiđarárjökull, Skaftafellsjökull i Svinafellsjökull. Zbliżałem się powoli do największego z nich Öræfajökull. To nad jego powierzchnią wznosi się najwyższy islandzki szczyt, mierzący 2119 m n.p.m. Hvannadalshnúkur, który jak przystało na Islandię, jest jednocześnie wulkanem. Okalająca go droga, pokierowała mnie najpierw w stronę południowego wschodu, by na wysokości wierzchołka góry zmienić kierunek na północno-wschodni. W mniejszej niż dotychczas odległości od oceanu miała mnie teraz zaprowadzić, aż do oddalonego o ponad sto kilometrów miasta Höfn. Nim to jednak nastąpiło, czekał mnie nocleg u podnóża pobliskiego Hvannadalshnúkur.

 

Teren w jego okolicy był nieco bardziej zielony, niż jeszcze kilkadziesiąt kilometrów wcześniej. Nadawał się więc idealnie do rozbicia namiotu. Słoneczna pogoda zachęcała mimo wiejącego silnie wiatru, do krótkiego choćby odpoczynku na zewnątrz, w cieniu namiotu. Oddalony o kilka kilometrów i schowany pod lodową czapą najwyższy islandzki szczyt wyglądał nader spokojnie i nic nie wskazywało na jego wulkaniczne pochodzenie. Ja zaś cieszyłem się niezmiernie, że mimo tak trudnych warunków udało mi się dołożyć kolejnych 91 km.

 

 

podziemia

podziemia

miasta

miasta

zamki i pałace

zamki i palace

skanseny

skanseny

parowozownie

parowozownie

muzea

muzea

miejsca wyjątkowe

miejsca wyjatkowe

forty i twierdze

forty i twierdze

zabytki sakralne

zabytki sakralne

Woda

spływy kajakowe

splywy kajakowe

polecane rejsy

polecane rejsy

imprezy

imprezy wodniakow2

Żaglowce

zlot zaglowcow

Góry

rajdy, zloty

rajdy i zloty

imprezy górskie

imprezy gorskie

szkolenia

szkolenia porady

testy sprzętu

testy sprzetu

przewodnicy

baza przewodnikow

schroniska

schroniska gorskie

fotorelacje

fotorelacje

wyprawy

wyprawy

serwisy pogodowe

komunikaty GOPR, TOPR

mapy Tatr online

Małopolska Gościnna

MAŁOPOLSKIM SZLAKIEM ZAMKÓW, SKANSENÓW I PODZIEMI TURYSTYCZNYCH
 
       
 

Wyprawy pod naszym patronatem



Klubpodroznikow.com wykorzystuje pliki cookies w celach prawidłowego funkcjonowania serwisu. Jeżeli nie wyrażasz na to zgody możesz opuścić tę stronę lub wyłączyć ciasteczka (tutaj dowiesz się jak to zrobić).

Aleja Podróżników, Odkrywców i Zdobywców

 

Polecamy

 
 

 

Odwiedza nas 121 gości oraz 1 użytkownik.

  • admin