HIGHLANDER - moja górska przygoda życia

HIGHLANDER - moja górska przygoda życia

HIGHLANDER - moja górska przygoda życia

 
   Paradoksalnie, na całej tej trasie, najtrudniejszym momentem było podjęcie decyzji - jechać czy nie jechać?. Po otrzymaniu maila z zapytaniem czy zechcę wziąć udział, nastąpiło spięcie myślowe, a po kilkunastu sekundach rozmyślań za i przeciw, zdecydowałem na tak. Później był już tylko prosty przekaz z Legii Cudzoziemskiej - "Maszeruj albo giń". Jak się okazało, bariery są tylko w naszej głowie a że "nie dam rady" nigdy do plecaka się nie pakuje to...

 

 

Góry Al-Hadżar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

 

Ale od początku. 

Góry w Emiracie Ras al Khaimah miałem okazję poznać z bliska już rok wcześniej. Wówczas jadąc na najdłuższej tyrolce świata oglądałem góry z pozycji ptaka. Surowość otoczenia robiła niesamowite wrażenie. To było zdecydowanie odmienne od tych gór jakie mam na co dzień, czyli Tatry zmieniające się z każdym miesiącem a nawet porą dnia, z soczystą zielenią i dużą ilością wody a nawet zwierząt. 
Góry Al-Hadżar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich z najwyższym szczytem Jebel Jais (1934 m n.p.m.) to sama skała i absolutnym brakiem wody. Deszcze padają tutaj zaledwie kilka razy w roku a ZEA to jeden z 10 najbardziej suchych krajów świata. Do 2018 r. czyli do uruchomienia Najdłuższej Tyrolki Świata, ten rejon był praktycznie niedostępny. Wraz z budową wyjątkowej atrakcji zaczęto budować drogi. To pozwoliło przyciągnąć nie tylko mieszkańców kraju ale i turystów z zagranicy. Następstwem było także wytyczenie szlaków i zorganizowanie wyjątkowego marszu górskiego czyli Highlandera - najtrudniejszej edycji z kilkunastu jakie organizowane są na całym świecie.

 

 

Numer i pakiet startowy otrzymany w Bear Grylls Explorers Camp

 


Przygotowania

W górach w Polsce czy Europie bywam dosyć często i to jak się przygotowuję i jak pakuję plecak, uzależnione jest głównie od pory roku i długości wyjazdu. Wyjazd na Highlandera w Al-Hadżar uwarunkowany był przez organizatora długą listą sprzętu a niedostosowanie się skutkować mogło niedopuszczeniem do startu. 
Cóż było począć. Zacząłem mozolne kompletowanie sprzętu i odzieży, gdzie podstawowym kryterium była waga i funkcjonalność. Waga to oczywiście podstawa bo wszystko co potrzebne na trzy dni wędrówki i dwa biwaki, należało spakować do plecaka i nieść przez całą trasę. Mowa oczywiście o namiocie i wszystkim co jest potrzebne do nocowania a także do jedzenia no i woda... a gdy zaczniesz nosić własną wodę, poznasz wartość każdej kropli.
Nie, nie wystarczyła karimata i jakieś buty. Klimat jest trudny bo w dzień upał przekraczający 30 stopni i brak jakiegokolwiek cienia a w nocy chłodno, gdzie śpiwór puchowy był nieodzowny. Poranek także był bardzo rześki a wraz z pojawieniem się słońca temperatura wzrastała gwałtownie. Niby zaledwie trzy dni a jednak plecak 45 l wypakowany był po brzegi. No i woda... minimum wymagane przez organizatora to 5 litrów z początku wydawało mi się przesadą ale po dotarciu do pierwszego punktu kontrolnego przekonałem się dlaczego. 

 

Tuż po wyjściu na trasę z Bear Grylls Explorers Camp. Jeszcze jest radość i energia.

 


Ruszamy na trasę

Po nocy spędzonej pośród gór, w Bear Grylls Explorers Camp czyli obozie założonym przez brytyjskiego komandosa  Edwarda Michaela znanego jako Bear Grylls, nastał rześki poranek. To właśnie tutaj był start trzydniowej przygody. Jeszcze przed świtem stanęły punkty rejestracji i wydawania pakietów startowych i także przed świtem rozpoczął się napływ uczestników Highlandera. Na starcie zameldowało się ponad 230 osób z całego świata a wśród nich i ja. Plecak spakowałem znacznie wcześniej więc stanąłem w kolejce po pakiet startowy zawierający m.in. paszport uczestnika. Po kilkunastu minutach byłem gotowy do wymarszu a wczesna pora działała jeszcze usypiająco ( w Polsce 3 w nocy). Uczestnicy wyruszali na szlak bez określonej kolejności, co przełożyło się na rozciągnięcie całości w przedziale ok 2 godzin. Tłoku nie było. Pierwsza godzina to spokojna wędrówka wąwozem w cieniu, z dosyć szybkim nabieraniem wysokości. Po wyjściu na przełęcz zaczęło się. Tutaj każdemu oczy otwierały się szeroko widząc co nas czeka i stąd też zaczynała się prawdziwa wędrówka. Dlaczego tutaj? Ano dlatego że od tej pory słońce pokazywało swoje pazurki aż do zachodu czyli do ok godz. 17.00. Słońce, skały, prawie niewidoczny szlak wijący się zakosami coraz wyżej. Szlak który został wytyczony zaledwie miesiąc przed naszą imprezą a nieistniejący jeszcze na żadnych mapach.    

 

Jeszcze jest radość i energia. Pierwszy punkt kontrolny zdobyty.

 


Tak mijały kolejne godziny marszu, mijając po drodze innych odpoczywających uczestników czy będąc mijany przez innych gdy to ja odpoczywałem, szukając choćby skrawka cienia za nieco większymi skałami. 
Po około pięciu godzinach docieram do pierwszego punktu kontrolnego. Tutak mogę wbić pieczątkę do paszportu uczestnika. Jest to jedna z pięciu jakie muszę zebrać na całej trasie. Z ulgą przyjmuję także niespodziewaną możliwość skorzystania z napojów dostarczonych tutaj przez organizatorów. Ponownie w plecaku mam zapas 5 litrów wody. Plecak jakoś dziwnie stał się cięższy...a może to zmęczenie?...
Ruszam dalej.

 

Pierwszy punkt kontrolny

 


Zboczem góry na Jebel Jais


Daleko nad nami widać wierzchołek Jebel Jais czyli najwyższej góry w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tam także zaplanowany jest nasz pierwszy biwak i nocleg. Szlak którego nie widać, wije się pomiędzy skałami i warstwami rumoszu, przecinając urwiste zbocza grzbietu górskiego. Przede mną kilkugodzinna mozolna wędrówka przerywana postojami na odpoczynek i picie. Na jedzenie w tych warunkach nie mam absolutnie najmniejszej ochoty. słońce jest bezlitosne i mimo połowy listopada, temperatura sięga +32 stopni w cieniu a w słońcu jest nie do wytrzymania. Dookoła tylko skały. Krok za krokiem i tak mijają kolejne godziny. W końcu dochodzę do miejsca gdzie zbocze pokryte różnej wielkości skałami kończy się kilkaset metrów wyżej betonowym murkiem zakrętu drogi. Wysoko nade mną na skale widzę jakąś postać. Czuję ulgę bo to znak że jestem już prawie u celu. Celu dzisiejszego odcinka. Kolejne kroki i minuty podejścia resztkami sił i wreszcie słyszę okrzyki i oklaski. Tak witani byli wszyscy dochodzący do kolejnych punktów. Mam też drugą pieczątkę jaka jest konieczna do potwierdzenia przejścia całej trasy. 
Przechodzę na spory plac będący parkingiem przy przejściu granicznym z Omanem. Sporo namiotów jest już rozbitych, co w tych warunkach także jest wyzwaniem. Tutaj nie ma ziemi gdzie można by wbijać śledzie i naciągnąć linki namiotu. Skała ma swoje prawa a jedynym sposobem jest wykorzystanie kamieni jako obciążenie. Samonośne konstrukcje namiotów tutaj się sprawdzają. Mój namiot poza tym że waży zaledwie 1 kilogram, także pozwala na uniknięcie wyginania kolejnych śledzi przy próbach ich wbijania. 
Nie minęło pół godziny jak ze słonecznego i gorącego dnia zrobił się chłodny wieczór, choć wieczór to nadużycie bo zachód słońca trwał nie dłużej jak 15 minut i już jest ciemno. Ciemno i zimno. Zmęczenie dało znać o sobie więc szybko kończę ten dzień.

 

Nieoczywisty przebieg szlaku zboczem tej góry.

 


Droga bez odwrotu

I nastał poranek dnia drugiego. 
Słońce jeszcze nie wstało a na terenie obozu spory ruch. Część namiotów jest już złożona a nawet sporo osób wyruszyła już na szlak. Bez poranne kawy oka nie otwieram a co dopiero jakiekolwiek poważniejsze ruchy. Palnik w ruch i po kilku minutach z kubkiem gorącej kawy zbieram myśli. Małżeństwo z Zambii z którym zaprzyjaźniłem się jeszcze w obozie Beara Gryllsa byli na podobnym etapie jak ja i wspólnie dopingowaliśmy się do pakowania. W punkcie organizatorów uzupełniłem zapasy wody i zgarnąłem jabłko. To było całe moje śniadanie. Na drogę miałem w plecaku batony energetyczne jakie przywiozłem jeszcze z kraju. Poprawiając przyciężki plecak ruszyłem w drogę. 
Skoro ruszałem z najwyższego punktu na całej trasie, wydawało mi się że dzisiejszy szlak prowadzi tylko w dół. Miałem rację, wydawało mi się ale o tym przekonałem się w w trakcie dnia. Nie powiem, początek marszu był bardzo przyjemny bo schodząc góry szlak prowadził grzbietem masywu a to pozwalało podziwiać zarówno potężny masyw górski z częścią Omanu po lewej, jaki i Zatokę Perską po prawej. Mijałem także miejsce które już znałem sprzed kilku dni oraz sprzed roku, gdzie miałem przyjemność zjechać na najdłuższej tyrolce na świecie (dwukrotnie) zjechałem nowo wybudowanym torem saneczkowym Jais Sledder oraz zjadłem pyszny obiad w najwyżej położonej restauracji w ZEA, 1484 by Puro która działa od niespełna roku. To było a teraz mijałem te miejsca ze świadomością, że zamiast zjazdów ma marsz a zamiast wykwintnego obiadu mam czystą wodę i batony energetyczne. No cóż, sam chciałem. Kilka zdjęć, spojrzenie na miejsce tętniące życiem i ruszam dalej. Po drodze zdobyłem kolejny szczyt, przygotowany dla lokalsów niczym nasz Kasprowy. Kilkaset metrów poniżej była oczywiście restauracja a nieco dalej na murku kilka butli z wodą. Zdziwiło mnie to nieco, bo woda ustawiona była ewidentnie pod uczestników Highlandera czyli naszej imprezy. Niezbyt zainteresowany przeszedłem obok, nieświadomy swojego błędu. 

 

Pierwsza noc pod szczytem Jebel Jais (1934 m n.p.m.)  obok przejścia granicznego z Omanem.

 


Koniec cywilizacji i przyjemności

Tutaj skończyło się zejście a rozpoczęło się mozolne podejście i trawersowanie dwóch całkiem sporych gór. Nie muszę przypominać że oczywiście nic poza skałą nie było a słońce nie odpuszczało w swoim ataku z każdej strony. +32 przy odczuwalnej ok +50 stopni. Zacząłem mijać kolejne osoby z różnymi dolegliwościami a punkt odwrotu dla chcących się wycofać z trasy minęliśmy kilka kilometrów wcześniej. TOPR tutaj nie działa podobnie jak nie lata helikopter. Półki skalne i specyfika terenu nie pozwalają nawet dotrzeć karawanie z osłami. Takie fragmenty Orlej Perci tylko bez łańcuchów i jakiejkolwiek zieleni. Moje obycie i częste wędrówki w Tatrach tutaj się przydały, tylko nie w tm słońcu i takim ciężarem na plecach... ech, wody coraz mniej a pić się chce cały czas. Mając w pamięci punkt kontrolny z dnia poprzedniego i możliwość uzupełnienia zapasów wody także i dzisiaj, przyspieszyłem kroku. Nastało południe. W oddali widzę grupę ludzi co by znaczyło że zbliżam się do punktu gdzie wbiję pieczątkę i dostanę wodę. Pieczątka była i to by było na tyle...Do tego miejsca nie sposób dostarczyć czegokolwiek a każdy niósł wyłącznie swoje zapasy. Z moich 5 litrów pozostało niespełna 1,5 a to dopiero połowa dzisiejszej drogi, znacznie dłuższej niż wczoraj. Skała, piach i słońce, wściekłe słońce...mijają kolejne kilometry, mijamy się i my wzajemnie. Na całej trasie każdy przechodząc obok osoby siedzącej czy leżącej pytał czy wszystko w porządku. Ja byłem pytany wielokrotnie bo prawie każda większa skała dająca choćby skrawek cienia była miejscem krótkiego odpoczynku. To działało, więc krótkimi skokami do przodu marsz. 
Od dłuższego czasu wypatrywałem wzrokiem czy gdzieś w oddali nie majaczy grupa namiotów, będąca kolejnym miejscem obozu i odpoczynku. Owszem, była ale kolejne kilka kilometrów dalej, w rozległej dolinie oddzielonej przełęczą. To na tej przełęczy stał namiot z punktem kontrolnym, grupką osób radośnie witających okrzykami i oczywiście z pieczątką. Czwartą pieczątką z pięciu dających komplet. 

 

Początkowy odcinek drugiego dnia wędrówki i pożegnanie z cywilizacją.

 


Noc w dolinie

Ponad 20 kilometrów w takim terenie i w takich warunkach dało mocno w kość. Dzień szybko zakończył się dla wielu z nas, bo wraz z zachodem słońca wiele osób poszło spać. Ja chciałem jednak coś zjeść by mieć cokolwiek w żołądku poza litrami czystej wody. W takich warunkach sprawdzają się liofilizaty a mój bigos z Polski zrobił spore poruszenie. Teren obozu to na szczęście ziemia gdzie bez problemu można było rozbijać namioty. Usytuowanie miało także swoje złe strony, o czym wszyscy przekonali się po przebudzeniu. Było jeszcze ciemno gdy zaczął się ruch w obozie. Ostatni dzień i wizja mety działała na wszystkich mobilizująco. Zacząłem powolne wychodzenie z namiotu i ja. W pierwszym momencie pomyślałem że od mojego oddechu sporo pary skropliło się wewnątrz namiotu. Prawda okazała się bardziej dokuczliwa. Mokre było absolutnie wszystko. Punkt rosy mocno zamanifestował się na każdym elemencie odzieży, śpiworach, namiotach, plecakach. Nie było innego wyjścia jak ubrać się w mokre rzeczy i spakować do plecaków mokry sprzęt. Godzinę później było już wszystko jedno, czy mokra odzież jest od nocnej rosy czy od potu.    

 

O poranku namiot jak i wszystko w namiocie było zupełnie mokre.

       
      
 
Ostatni etap - do mety

Po porannej kawie wiedziałem że cel już blisko i mogę sobie pozwolić na delektowanie się miejscem gdzie jestem i ludźmi jacy uczestniczyli wokół mnie od dwóch dni. Wyszedłem z obozu naładowany energią ale często przysiadałem na poboczu by obserwować mijających mnie uczestników. Widziałem ból i wysiłek jaki towarzyszył części z nich. Plastry i bandaże na nogach, utykanie czy wręcz kulejące osoby wspierające się na kijkach. Oni także nie odpuszczali bo wiedzieli że meta już niedaleko. Ostatni odcinek trasy nie był wymagający przebiegiem szlaku ale słońce nie odpuszczało. W myślach na mapie odcinałem kolejne kilometry, wiedząc że pozostawało już coraz mniej. Aż nadszedł ten moment. Przechodząc dłuższym niewysokim grzbietem górskim, widziałem rozległe doliny i w pewnym momencie zauważyłem kilka dużych namiotów. Z kolejnymi metrami do moich uszu zaczęły dobiegać dźwięki. Te dźwięki to syreny oznajmiające przekroczenie linii mety kolejnych uczestników. Przystanąłem na chwilę by napawać się tą chwilą. Kolejne metry i kolejne zakosy prowadzące stromo w dół. I w końcu jest ostatnia prosta. Idę tylko ja pomiędzy szpalerem flag prowadzących do mety, niesiony głośną muzyką... już się nie spieszę.

 

 


Podsumowanie 

Tym, co sprawia, że Highlander jest naprawdę wyjątkowym przeżyciem, jest fakt, że wszyscy uczestnicy przyjeżdżają z różnych stron świata i przechodzą tę samą trasę, a każdy z nich ma swoje niepowtarzalne doświadczenie i historię na zakończenie swojej przygody życia. Edycja w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest najbardziej wymagająca przez różnice temperatur i surowość terenu jakim poprowadzone zostały szlaki.
Nie można było zejść z trasy w dowolnym momencie a najkrótsze odcinki trudnego terenu pomiędzy punktami kontrolnymi wynosiły powyżej 5 kilometrów. 
Na całej 55 km trasie całość sprzętu wymaganego listą startową należało mieć w plecaku. 
Czy zrobił bym to ponownie ? Zdecydowanie tak, bo mimo że na trasie wypiłem jak nigdy w życiu, aż 17 litrów wody, schudłem 6 kilogramów, spaliłem nos i ramiona piekielnym słońcem, to jednak kolejny raz podniosłem poprzeczkę wytrzymałości swojego organizmu. Poznałem fantastycznych ludzi, pasjonatów tak jak ja zakręconych, nie bojących się ogromnego wysiłku i braku wygód, którym za wieczorny prysznic wystarczały 2 nasączone chusteczki higieniczne a zamiast zimnego piwa, łyk ciepłej wody. 

Kocham moje Tatry, uwielbiam Alpy i Pireneje, ale góry Al-Hadżar w najpiękniejszym emiracie Ras Al Khajmah także mają swoją magię. Byłem tam po raz drugi i mam nadzieję że jeszcze tam wrócę.  

 

   

Kiedyś Profesor Wiktor Zin powiedział "Jestem jak helikopter, ciągle muszę ruszać swoimi skrzydłami i wtedy dobrze się czuję. Zabija mnie bezczynność".

Tak też i ja się czuję gdy miewam spokojniejsze dni. Muszę ruszać skrzydłami.

 

Albin Marciniak

Góry Al-Hadżar 18-20.11.2022

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pokrewne artykuły

Administratorem Twoich danych osobowych jest Fundacja Klubu Podróżników Śródziemie Aleja Podróżników KRS: 0000556344 na podstawie art. 6 ust. 1 lit. b RODO. Skontaktować się z nami możesz mailowo alejapodroznikow@gmail.com

Jeżeli chcesz wykorzystać materiały naszego autorstwa zamieszone na portalu skontaktuj się z nami: alejapodroznikow@gmail.com